Przez trzy tygodnie między eurowyborami a niedzielną elekcją niewiele się zmieniło. Oprócz samopoczucia Francuzów.

W niedzielę (30 czerwca) Francuzi wybiorą deputowanych do parlamentu. Zaczną wybierać, gdyż zasady są podobne do tych, które w Polsce znamy z głosowania prezydenckiego: zakładają drugą turę, jeśli żadne z ugrupowań nie zdobędzie w okręgu ponad 50 proc. głosów przy frekwencji wynoszącej przynajmniej 25 proc. uprawnionych. W dość rzadkich, ale jednak możliwych sytuacjach do drugiej tury (7 lipca) mogą się zakwalifikować nie tylko kandydaci z dwóch pierwszych miejsc w turze pierwszej.

Jeśli wierzyć, że mechanizmy historii są niezmienne, to można się spodziewać, że tym razem takich sytuacji będzie sporo. O ile w 2022 r. do „wyborczych trójkątów” doszło w ośmiu okręgach, a w 2017 r. tylko w jednym, o tyle w 1997 r. – kiedy o rozwiązaniu parlamentu i przyspieszonych wyborach zdecydował Jacques Chirac – było ich 100 i dopiero w wyniku zawiązywanych naprędce koalicji ostatecznie 79. Ważne: w 76 przypadkach do drugiej tury przeszli wtedy kandydaci Frontu Narodowego, obecnie Rassemblement National (Zjednoczenia Narodowego). Wtedy nie działało to na ich korzyść – nawet na co dzień skłóceni kontrkandydaci byli w stanie się dogadać, by nie zwiększać szansy na wybór uważanej wtedy za niewybieralną skrajnej i jawnie rasistowskiej prawicy. Podobny był zresztą stosunek wyborców – kto miał poprzeć FN, robił to już w pierwszej turze, większość pozostałych mogła się zdecydować na głosowanie na „mniejsze zło”.

Jak będzie tym razem? Instytuty badawcze przewidują zgodnie, że znów nastąpi wysyp „trójkątów”. Prawdopodobnie będzie ich nawet ponad 100. Tylko czy nadal będzie to sytuacja niekorzystna dla kandydatów partii Marine Le Pen i Jordana Bardelli? Komentatorzy wróżą (w tych wyborach można robić niewiele więcej), że już nie. Choćby dlatego, że Francuzi pokazali, że Rassemblement National nie jest już niewybieralne, a „teoria mniejszego zła” wyborcom się przejadła. Dlatego też w przypadkach, kiedy trzeci kandydat nie wycofa się z wyścigu i nie zarekomenduje swoim wyborcom oddania głosu na kontrkandydata RN, to właśnie ta partia może się okazać zwycięska.

Kampania, której nie było

Jak na razie Emmanuelowi Macronowi udało się jedno – niedopuszczenie do rzeczywistej kampanii wyborczej. Trzy tygodnie pomiędzy rozwiązaniem parlamentu a pierwszą turą nie pozwoliły partiom na mobilizację czy choćby przygotowanie programów, zwłaszcza że pierwsze kilkanaście dni upłynęły raczej pod znakiem roszad i osobistych sporów. I po stronie prawicy (wyrzucanie przewodniczącego LR, Republikanów, z partii za deklarację koalicji z RN, wtorkowa decyzja Auréliena Pradié z LR o opuszczeniu – jak powiedział – „martwego ugrupowania”, osobiste spory między Zjednoczeniem Narodowym a drugą skrajną partią Reconquête), i lewicy, na której pomimo formalnego zjednoczenia jeszcze w środę trwała wymiana ciosów. François Ruffin, do niedawna deputowany lewicowej NUPES, oznajmił, że prawdziwą przeszkodą w zwycięstwie zjednoczenia lewicy, Nowego Frontu Ludowego (Noveau Front Populaire, NFP), jest to, że w takim przypadku premierem mógłby zostać Jean-Luc Mélénchon, niekwestionowany, ale bardzo kontrowersyjny lider skrajnej Francji Nieujarzmionej. Ta ostatnia uważa jego kandydaturę za oczywistą, a pośród innych ugrupowań tworzących NFP wspomina się o wyborze kandydata na lokatora pałacu Matignon „metodami demokratycznymi”, czyli przez głosowanie w klubie.

W tej sytuacji wybory wydają się jednak przede wszystkim plebiscytem popularności. Programy partii i sojuszy trzeba składać ze strzępów informacji i wypowiedzi liderów. A i te zaczęły się zmienić, a konkretniej – łagodnieć. Obie skrajne formacje wciąż podkreślają, jak różnią się od prezydenckiej Renaissane (w wyborach występującej razem z mikroprzystawkami jako Ensemble, czyli Razem), ale na pytania o konkrety odpowiadają już mniej buńczucznie.

I tak z półgodzinnego wywiadu Jeana-Luca Mélénchona, oprócz nawoływania do przeciwstawienia się prawicy i „skompromitowanemu prezydentowi”, wynika, że w głównej sprawie, która wzburzyła obywateli, czyli podniesieniu wieku emerytalnego bez głosowania w parlamencie – stanowisko Nieujarzmionych się zmieniło. Nie ma już mowy o „automatycznym anulowaniu”, jak zapowiadano wcześniej, tylko o „jak najszybszym obniżeniu do 62. roku życia”, czyli dwa lata mniej niż obecnie, ale też więcej niż było przed macronowską reformą. Poza tym wspomina się o wsparciu dla małych przedsiębiorstw, które mają trudności (ułatwienie dostępu do kredytu), podniesieniu płac w sektorze publicznym o 10 proc. (z jakich źródeł mają pochodzić pieniądze, nie wiadomo), zamrożeniu cen energii i artykułów żywnościowych pierwszej potrzeby (przy czym ugrupowanie chce też ustalenia cen minimalnych dla rolników – jak chce połączyć te sprzeczne interesy, nie mówi).

Ta ostatnia kwestia nagle pojawiła się na ustach kandydatów Renaissance – w większości tych samych, którzy dopiero co przegłosowali zmianę ustawy o rolnictwie, nie wprowadzając do niej na ten temat ani ustępu, nie mówiąc już o paragrafie. Poza tym ugrupowanie prezydenckie chce „umożliwić otwarcie 400 fabryk i utworzenie 200 tys. miejsc pracy”, podnieść wynagrodzenie minimalne do 2 tys. euro, a to dzięki reformie składek na ubezpieczenie społeczne (po tym, jak w ostatnich miesiącach skończonej kadencji przeforsowało zmiany w ubezpieczeniu na wypadek bezrobocia i przy zapaści szkolnictwa i opieki medycznej w wielu regionach). Chcą też obniżyć o 15 proc. ceny prądu (ma to być możliwe dzięki reformie europejskiego rynku energii elektrycznej). Ustępujący premier Gabriel Attal zapowiedział przy tym trzymanie się „złotej reguły wydatków budżetowych” – to odpowiedź na sugestie KE, że ma ona w zanadrzu kary za przekroczenia, ale sprzedana jako sposób na „niepodnoszenie podatków, cokolwiek się stanie”.

Co w kwestiach gospodarczych i społecznych ma (lub miało) do zaproponowania RN? Obniżenie VAT na paliwa, energię elektryczną, gaz i olej opałowy do 5,5 proc., wynegocjowanie (wątpliwe) zwolnienia Francji z zasad europejskiego rynku energii elektrycznej. Do tego zniesienie podatku VAT od artykułów pierwszej potrzeby, ale w bliżej nieokreślonej przyszłości i po zbadaniu możliwości finansowych i potrzeb społecznych (np. sytuacji szpitali i szkół), i podwyżkę wynagrodzenia zwolnionego ze składek pracodawcy do trzykrotności płacy minimalnej przez trzy, a może pięć lat. Na sfinansowanie tych pomysłów ma pozwolić (wątpliwa) renegocjacja wkładu Francji w budżet UE. Bardella chce go zmniejszyć o 2 mld euro już tego lata. O ewentualnych retorsjach ze strony Komisji Europejskiej przewodniczący RN milczy. Niektórzy twierdzą wprost, że to dlatego, że wcale nie chce się wikłać w spór z Brukselą, a te buńczuczne zapowiedzi to tylko takie gadanie na użytek wyborów.

Jordan Bardella już w zeszłym tygodniu zapowiedział zresztą, że nie zamierza przyjmować misji tworzenia rządu, jeśli RN nie uzyska bezwzględnej większości w parlamencie. Nie chce dać się wciągnąć w plan B prezydenta: dać się namówić na współrządzenie i się skompromitować, tak by w 2027 r. żaden kandydat (a zapewne kandydatka) Zjednoczenia Narodowego nie miał(a) szans na prezydenturę. – Jeśli znajdziemy się w parlamencie z większością względną i w dodatku w sytuacji kohabitacji, nie będziemy mieli szansy czegokolwiek zmienić – stwierdził. Dorzucił od razu, że Francuzi mają „historyczną okazję zmienić bieg historii” (sic!), ale i tak zrozumiano tę deklarację jako początek odwrotu od szumnych zapowiedzi sprzed wyborów do PE.

RN nie spełni swoich obietnic socjalnych i już przygotowuje do tego wyborców. I tak prace nad odwróceniem reformy emerytalnej, owszem, mają się zacząć, ale jesienią, a nie – jak deklarował wcześniej Bardella – natychmiast po przejęciu władzy. O zapowiadanym zniesieniu podatku dochodowego dla młodych (do 30. roku życia), a także CIT dla zakładanych przez nich firm (przez pięć lat) już się nie mówi. Bardella wytłumaczył ten zwrot na antenie France 2: „Nie można porównywać programu zbudowanego na wybory prezydenckie dwa lata temu, w pewnym kontekście ekonomicznym, politycznym i społecznym, i programu na wybory parlamentarne”.

W obozie prezydenta

Emmanuel Macron zajął się recenzowaniem programu Nowego Frontu Ludowego. Stwierdził, że „nie jest on wcale socjaldemokratyczny, tylko całkowicie proimigrancki (fr. immigrationniste)”. Jak szybko wychwycili obserwatorzy, dokładnie tego samego sformułowania używała Marine Le Pen w odniesieniu do programu Mélénchona przed ostatnimi wyborami prezydenckimi. Macron przejmuje więc kolejny element słownika skrajnej prawicy (po islamolewactwie i decywilizacji). Niezręczność? Raczej zagranie taktyczne. Od reelekcji prezydent wzmacniał prawicę w rządzie, a jako winną wszelkiego zła wskazywał lewicę. Teraz jest już całkiem oczywiste, że ma nadzieję, że dzięki temu odwojuje jakąś część wyborców RN. W drugiej turze jego kandydaci mogliby się posługiwać podobną retoryką, co mogłoby przekonać nie do końca przekonanych do Zjednoczenia Narodowego, ale przez nie kuszonych.

Prezydent napisał do Francuzów list (zamiast poczty wybrał publikację w dziennikach regionalnych). Tłumaczy w nim powody rozwiązania parlamentu: to brak porządku w Zgromadzeniu i – uwaga, nowość – przygotowania opozycji do obalenia rządu jesienią. Co zapowiada, jeśli jego polityczna baza zwycięży? To samo co do niedawna. Premier będzie nadal realizować jego program, czyli reformy świata pracy, industrializację, dbałość o środowisko i laickość państwa (najwyraźniej jednak nie dotyczy to wszystkich religii, bo w Pałacu Elizejskim były organizowane święta chrześcijańskie i żydowskie) przy inwestowaniu w usługi publiczne, ale za to bez zwiększania deficytu.

Jak dotychczas przez prawie półtorej kadencji się nie udawało, gorzej – obywatele właśnie temu powiedzieli „nie”. Prezydent sygnalizuje jednak, że „sposób rządzenia musi się głęboko zmienić” (co łudząco przypomina deklaracje w trakcie kryzysu żółtych kamizelek). Macron kończy deklaracją: „Możecie mi zaufać, że będę działał jako wasz prezydent do maja 2027 r.”. Wydaje się, że właśnie niechęć do tego obywatele głosujący przeciw Renaissance w wyborach do PE chcieli zamanifestować, więc „list” może raczej zmniejszyć szanse Ensemble, niż je zwiększyć.

Zmęczeni, wściekli, strwożeni

Co na to wszystko obywatele? Ważniejsze nawet niż sondaże wyborcze (oscylujące wokół 35 proc. dla RN, 29 proc. dla NFP i 20 proc. dla Ensemble) wydaje mi się badanie samopoczucia Francuzów przeprowadzone przez Stewarta Chau i Alexandre’a Vassasa z pracowni Verian (d. Kantar Public) dla Fundacji Jeana Jaurèsa i dziennika „L’Opinion”.

Wśród badanych jako najtrafniejsze określenie swojego stanu 40 proc. wskazało zmęczenie, 32 proc. złość, a po 29 proc. smutek i lęk. Nadzieję ma tylko 22 proc. W związku z polityką po rozwiązaniu Zgromadzenia Narodowego 35 proc. odczuło wstyd, 34 proc. gniew, 32 proc. brak nadziei. Przebiło je tylko zaskoczenie – 38 proc. Ewentualne zwycięstwo RN wywołałoby strach (35 proc.), wstyd (25 proc.) lub nadzieję (24 proc.). Dla NFP to odpowiednio 29, 23 i 16 proc., ale zwycięstwo zjednoczonej lewicy pozbawiłoby nadziei 27 proc. pytanych. Gdyby wygrało ugrupowanie prezydenta, beznadzieję poczułoby 22 proc. badanych, a 20 proc. złość. Najwięcej satysfakcji dałoby Francuzom ustąpienie Emmanuela Macrona (26 proc.). Radość poczułoby w tej sytuacji 23 proc.

– Zmęczenie, gniew, smutek i strach: oto kwartet emocji krążących obecnie po Francji. To właśnie w tym krajobrazie toczy się ta kampania legislacyjna. Postrzeganie różni się pod względem wieku, przy czym młodzi ludzie (poniżej 35. roku życia) są znacznie bardziej pozytywnie nastawieni. Natomiast wśród starszych w dużej mierze dominują gniew i smutek. W tym kontekście rozwiązanie parlamentu nie pomaga w znalezieniu drogi do spokoju. To dla Francuzów przede wszystkim zły wizerunek Francji na arenie międzynarodowej. To także decyzja nieodpowiedzialnego prezydenta, która zmusza nas wszystkich do „skoczenia w niepokojące nieznane” – komentuje Stewart Chau.

Co to wszystko oznacza? Że niezależnie od wyniku obu tur wyborów przegrywają tak naprawdę wszyscy. ©Ⓟ