Przez dziewięć dni był anonimowym żołnierzem zranionym na wschodniej granicy. Dopiero po śmierci zyskał tożsamość. 21-letni Mateusz Sitek. Dziennikarzowi Polsatu News, który odczytał informację o jego śmierci, łamał się głos. Głos łamał się również gościowi Polsatu, byłemu komandosowi jednostki GROM Pawłowi Mateńczukowi, a dziś pełnomocnikowi ministra obrony do spraw warunków służby wojskowej.

Koledzy z wojska nagrali piosenkę, w której nazywają Mateusza bohaterem. Czy nim był? Jeśli bohaterstwem jest wypełnianie obowiązków pomimo ryzyka, pomimo spotkań z uzbrojonymi i szkolonymi przez służby Łukaszenki grupami – to tak. Jego fotografie noszono w marszach milczenia. Na pogrzeb do Nowego Lubiela pojechali prezydent i minister obrony.

Wiadomość o jego śmierci pojawiła się w apogeum afery, która stała się na chwilę poważnym czynnikiem wpływającym na eurowybory. Portal Onet ujawnił zdarzenie sprzed dwóch miesięcy. Dwaj żołnierze 1. Warszawskiej Brygady Pancernej – tej, w której służył Mateusz Sitek – zareagowali strzałami na atak grupy mężczyzn, których coraz rzadziej można nazywać migrantami, bo działających jak szkolone komando. Tych żołnierzy funkcjonariusze Żandarmerii Wojskowej skuli kajdankami na oczach kolegów i zatrzymali, a prokurator postawił im zarzut nieuprawnionego użycia broni. Mieli oddać strzały w kierunku migrantów, podobno będących już za płotem, po białoruskiej stronie. Skądinąd nawet nikogo nie drasnęli.

Szef MON, zarazem lider PSL, Władysław Kosiniak-Kamysz przyznał, że znał sprawę od końca marca. Ale miał nie wiedzieć o zakuciu żołnierzy w kajdanki, sprawę uważał za rutynowe śledztwo. Nie przeszkodziło mu to teraz reagować oburzeniem: – Stoję zawsze po stronie żołnierzy – mówił trzy dni przed eurowyborami. Prezydent Andrzej Duda był zirytowany także czymś innym: że jego, zwierzchnika sił zbrojnych, nikt nie powiadomił o zdarzeniu i zatrzymaniu mundurowych. Oburzenie potraktowaniem żołnierzy wyraził też Donald Tusk. Czy on znał sprawę wcześniej? Nie wiemy.

Ujawnienie sprawy było dla Kosiniaka-Kamysza dużym kłopotem. Przez krótką chwilę zdawało się, że zaszkodzi to też Tuskowi. Premier postawił dopiero co na wizerunek twardziela – wcześniej o ochronie granicy wypowiadał się lekceważąco, zaś swoim ludziom pozwalał na protesty przeciw „bezdusznemu traktowaniu migrantów” oraz na obrzucanie obrońców granicy inwektywami. Teraz przejął agendę PiS.

Jakie są te inne skuteczne metody powstrzymywania migrantów, niebędące push-backami, o których mówił Tusk w wywiadzie dla pięciu zagranicznych gazet?

Opozycja uznała zaś, że nic się nie zmieniło – oto czyni się widowisko z upokorzenia żołnierzy. Wskazywała, że nie każdy zapraszany na przesłuchanie jest doprowadzany w kajdankach, że wojsku nadal rzuca się kłody pod nogi. A kiedy zmarł Mateusz Sitek, powiązano obie historie. Zdaniem opozycji – żołnierze pilnujący wschodniej granicy nie bronią się tak, jak powinni, bo po zatrzymaniu swoich kolegów boją się używać broni nawet w samoobronie. I opozycja zażądała dymisji gabinetu.

Tusk rozbroił zagrożenie zdumiewająco łatwo. Kosztem manipulacji, które stały się na chwilę dodatkową wyborczą bronią. Oto w roli kozła ofiarnego obsadzono Tomasza Janeczka, zastępcę prokuratora generalnego, związanego z ekipą Zbigniewa Ziobry, a odpowiadającego za wojskową prokuraturę. Zaczęło się od hejterskiej kanonady Romana Giertycha w sieci, potem Tusk ogłosił, że dymisjonuje Janeczka. Co więcej, zażądał na to zgody prezydenta, choć nie zwracał się do niego o przyzwolenie, kiedy wymieniał kierownictwo Prokuratury Krajowej. Uwikłanie Dudy w rolę obrońcy prokuratora ponoć odpowiedzialnego za złe traktowanie żołnierzy stało się dodatkowym celem. Ale prezydent się nie przestraszył. Uznał Janeczka za kozła ofiarnego i odmówił zgody na dymisję.

Rola tego prokuratora nie jest całkiem jasna. Twierdzi, że 24 kwietnia pozbawiono go nadzoru nad prokuraturą wojskową. A jednak przyjął na początku maja wniosek o nadzór nad śledztwem w sprawie zatrzymanych żołnierzy. Z drugiej strony o sprawie dowiedział się ponad miesiąc po zdarzeniach, kiedy żołnierze mieli już postawione zarzuty. I że nie miał wglądu w akta. Nie przeszkadzało to posłance KO Kamili Gasiuk-Pihowicz ogłaszać na X, że prezydent broni Janeczka, jak Kamińskiego i Wąsika. A po eurowyborach poseł KO Grzegorz Napieralski opowiadał o „pisowskim prokuratorze, który kazał aresztować żołnierzy”. Łatwość rzucania kłamstw nigdy nie była w Polsce tak przemożna jak dziś.

Za upór w „przeczołgiwaniu” żołnierzy odpowiada Żandarmeria Wojskowa pod nowym kierownictwem, a także prokuratorzy z rozdania Adama Bodnara. To jego rzeczniczka Anna Adamiak uzasadniała zarzuty do kamery, opowiadając, że życie wojskowych nie było zagrożone. To ta sama prokurator, która w 2011 r. pomogła służbom Łukaszenki osaczyć przebywającego w Polsce białoruskiego opozycjonistę Alesia Bialackiego.

Należało więc szukać winnych w resorcie Bodnara. Ale chodziło o teatr. Także ten wymierzony w Kosiniaka-Kamysza, od którego premier zażądał meldunku w sprawie zmian w prawie, mających umożliwiać łatwiejsze użycie broni przez żołnierzy. Była to operacja tak sugestywna, że prawicowi komentatorzy zaczęli podejrzewać, iż to ludzie Tuska podrzucili Onetowi newsa o zatrzymaniu żołnierzy. Po to by osłabić Trzecią Drogę, konkurenta partii Tuska w eurowyborach. Ale nawet jeśli premier się tylko ratował, trudno znaleźć lepszy przykład jego teflonowości. Wystarczyły groźne miny.

Przez cały czas trwała rewia dezinformacji w przedmiocie uprawnień żołnierzy do użycia broni. Każdy ekspert od wojskowości mówił co innego. Padały skrajne opinie, że wojsko nie może strzelać w cywilnych akcjach policyjnych. W rzeczywistości żołnierze mają te same prawa – na podstawie ustawy, która pozwala ich używać do pomocy Służbie Granicznej. Szybko też „odkryto” przepis w ustawie o środkach przymusu bezpośredniego i broni palnej z 2013 r. Pozwala on na użycie broni nie tylko w przypadku bezpośredniego i bezprawnego zamachu na „życie, zdrowie, wolność uprawnionego lub innej osoby”, ale też „zamachu na nienaruszalność granicy państwowej przez osobę, która wymusza przekroczenie granicy państwowej przy użyciu pojazdu, broni palnej lub innego niebezpiecznego przedmiotu”.

Czy to był ten przypadek? Dla mnie tak. Mimo wszystko wielu specjalistów nazywa te przepisy nieprzejrzystymi. Nie broniąc nadgorliwości prokuratorów, warto podkreślić, że samej sytuacji nie widzieliśmy. To SG, a potem dowódca żołnierzy donieśli na nich. Można podejrzewać, że oficerowie wolą się asekurować, że docierają do nich głosy, jakim prezentem dla propagandy Łukaszenki byłoby postrzelenie kogoś po białoruskiej stronie granicy.

A zarazem ma rację komentator Defence 24 Maksymilian Dura krytykujący asekuranctwo: „Żołnierze pełniąc służbę na granicy, mają swoje obowiązki, ale również prawa – w tym prawo do własnej oceny sytuacji. To, co widział więc dowódca Wojskowego Zgrupowania «Podlasie» na ekranie swojego komputera (...) nie było więc na pewno tym, co czuli żołnierze na polskiej granicy, widząc tłum obcych i agresywnych ludzi, którzy mogli mieć przy sobie wszystko – od broni palnej po prymitywne oszczepy”.

Kiedy opadły wyborcze emocje, podczas obradującej w Białymstoku Rady Bezpieczeństwa Narodowego prezydent zadeklarował: – Dzisiaj to przede wszystkim nasz żołnierz, a nie ten, kto napada na Rzeczpospolitą i kto próbuje się przedrzeć przez naszą granicę, zasługuje na bezpieczeństwo i ochronę.

Ale Duda nie wracał do swoich pretensji, przynajmniej w części jawnej. Nie mówił też o sprawie prokuratora Janeczka. Dostał spełnianą teraz obietnicę rozpatrzenia przez Sejm jego ustawy o bezpieczeństwie, też z przepisami o użyciu broni. Czy wyciszone zostaną tym samym emocje dotyczące losu tych konkretnych żołnierzy? PiS domaga się natychmiastowego uwolnienia ich od zarzutów.

To, co przygotował Kosiniak-Kamysz, to w istocie powtórzenie przepisu z ustawy o prawie do użycia broni w przypadku „zagrożenia nienaruszalności granicy państwowej” z 2013 r., ale z uzupełnieniami. Żołnierz miałby np. prawo strzelać, gdy próbuje mu się odebrać broń. Dodatkowo ta ochrona żołnierza ma być wpisana do kodeksu karnego. W ustawie o Żandarmerii Wojskowej ma zostać dopisany wymóg poszanowania godności żołnierzy, co jest jednak nieprecyzyjną deklaracją. Obiecuje się też wojskowym opiekę prawną. Teraz koledzy zrzucali się na prawnika dla zawieszonych i pozbawionych połowy uposażenia „podejrzanych”. Pośród wzajemnych urągań i oskarżeń Sejm zajął się tymi poprawkami.

Czy Mateusz Sitek zginął, bo dowódcy przestrzegali podwładnych przed użyciem broni? Nie mamy potwierdzenia że tak rzeczywiście było. Niemniej według dziennikarzy różnych opcji w codziennych rozkazach przeważa prawna dezorientacja i asekuranctwo, np. każe się żołnierzom oszczędzać amunicję. Zarazem żołnierze są źle wyposażeni i źle przeszkoleni.

Tusk, po wyborach już mniej skłonny do pochylania się nad wojskiem, zapewniał podczas obrad RBN, że paraliż służb to nieprawda, skoro w samym maju ludzie w mundurach strzelali na granicy ponad 700 razy. Ale sama taka dyskusja jest wychwytywana przez służby Łukaszenki. Oni widzą w tym przejaw słabości naszego państwa wobec zdeterminowanej dyktatury. Nawet odchodzący szef MSW Marcin Kierwiński przyznał, że agresorzy przestali się bać strzałów ostrzegawczych. Z kolei wojskowi, na ogół w stanie spoczynku, jeśli mówią do kamery, przestrzegają przed spadkiem morale.

Ten rząd wciąż zapowiada, że obrona granicy nie ustanie. Organizacje pozarządowe i koalicjanci Tuska z Lewicy oskarżają służby o stosowanie podobno nielegalnych, choć dopuszczanych przez Europejski Trybunał Praw Człowieka, push-backów. A Tusk zapewnia, że i bez zawracania imigrantów ochrona granicy może być skuteczna.

W tej krytyce z lewej strony można nawet dostrzec racjonalne elementy. To prawda, ludzie wypychani na białoruską stronę będą wracali. Zarazem każda inna metoda wydaje się jeszcze mniej skuteczna. Przyzwolenie na przekraczanie granicy z osadzaniem przynajmniej niektórych migrantów w ośrodkach i ewentualnym ich późniejszym deportowaniem daje przybyszom dodatkowe nadzieje na wymknięcie się polskim służbom. To z kolei zachęcałoby do jeszcze bardziej masowego ruchu w kierunku polskiej granicy.

W świetle tej kwadratury koła wiadomość o powołaniu przy lubelskiej prokuraturze zespołu mającego ścigać służby za push-backi to kolejny sygnał rozdwojenia jaźni rzeczników podobno twardej obrony granicy. I sygnał dla Łukaszenki. Pięknoduchy z pomocowych organizacji jednego nie potrafią wyjaśnić. Jak można strzec atakowanej coraz agresywniej granicy bez odpowiedzi przemocą na przemoc? Ale i Tusk ma do odrobienia lekcję. Jakie są te inne skuteczne metody powstrzymywania migrantów, niebędące push-backami, o których mówił niedawno w wywiadzie dla pięciu zagranicznych gazet? Na razie trąci to jałową retoryką. ©Ⓟ