Zastanawiałem się, co dzisiaj najsilniej łączy Polskę i Bułgarię. I znalazłem. Wysoka inflacja. I u was, i u nas oscyluje wokół 14 proc.

To prawda. Ale większość wzrostu cen w Bułgarii jest z importu. Mamy w Bułgarii system kasy emisyjnej. Lew bułgarski jest ściśle powiązany z euro. Sprawia to, że nasza polityka pieniężna jest de facto dyktowana przez Europejski Bank Centralny. Niskie stopy procentowe utrzymywane od kryzysu greckiego przez EBC powodują w dzisiejszych warunkach makroekonomicznych silny wzrost cen.
Czyli winny jest EBC?
To my zainstalowaliśmy sobie taki reżim monetarny. Natomiast w wyniku działań EBC i w całej strefie euro inwestorzy zaczęli zakładać, że środowisko niskich stóp procentowych będzie utrzymywane już w nieskończoność, i zaczęli inwestować w energetykę. Wykupili masowo kontrakty futures na surowce energetyczne i to właśnie doprowadziło do obecnego wzrostu cen oraz - przy okazji - było korzystne dla Rosji. Dodatkowymi czynnikami inflacyjnymi są oczywiście wojna w Ukrainie i pocovidowe zaburzenia w łańcuchach dostaw. Jeśli chodzi o nasz autorski, bułgarski wkład w inflację, też mamy się czym „pochwalić”. Od lat 90. nasz rząd nieustannie generował deficyty budżetowe, gwałcąc własne reguły polityki fiskalnej. Działo się to przede wszystkim w wyniku podnoszenia wydatków emerytalnych oraz pensji w sektorze budżetowym. Tylko od 2020 r. pensje się w nim podwoiły!
Nieźle!
Prawda? Zwłaszcza że wzrost wynagrodzeń w sektorze prywatnym, który dla odmiany produkuje coś namacalnego i przydatnego, był wolniejszy. Sektor publiczny produkuje wyłącznie regulacje, więc każdy wzrost pensji w nim przekłada się właściwie w 100 proc. na wzrost konsumpcji, podnosząc ceny. Na to wszystko nałożyło się także odbicie gospodarcze, które jeszcze silniej podbiło stopę inflacji. To dla Bułgarów bardzo złe wieści. PKB per capita kraju to 60 proc. średniej unijnej, ale jeśli wziąć pod uwagę siłę nabywczą, to już tylko 30 proc. średniej.