Z Puszczą Białowieską jest tak: w 2016 r. minister środowiska Jan Szyszko podpisał aneks do planu urządzenia lasu Nadleśnictwa Białowieża. Po raz pierwszy w jej długiej historii do puszczy wjechały harwestery. Cięły, rwały, ryły ziemię. Naukowcy protestowali, ekolodzy przywiązywali się do drzew, leśnicy robili swoje. Według danych pozyskanych przez ekologów w latach 2016-2018 z puszczy zniknęło prawie 200 tys. m sześc. drzew, z czego prawie połowa z najcenniejszych jej fragmentów - ponadstuletnich drzewostanów.
W 2018 r. harwestery z Białowieży wyjechały. Nie dlatego, że komuś zrobiło się żal drzew, ale dlatego, że w odpowiedzi na skargi składane przez organizacje przyrodnicze Trybunał Sprawiedliwości UE orzekł, że wycinki są bezprawne. Resort środowiska zdecydował o wstrzymaniu wyrębu, by nie płacić kar. Na ponad dwa lata zapanował względny spokój.
Zburzył go obecny wiceminister środowiska Edward Siarka, podpisując w marcu 2021 r. nowe aneksy. Siedem miesięcy później w puszczy znów odezwały się piły.
Reklama
- Białowieża nie jest wyjątkiem, tną, gdzie się da: w puszczach Piskiej, Karpackiej, Świętokrzyskiej - wylicza Radosław Ślusarczyk, prezes Pracowni na rzecz Wszystkich Istot. - Z roku na rok coraz więcej, wystarczy spojrzeć na liczby: w 1990 r. wycięto w Polsce ok. 20 mln m sześc., a w roku 2020 prawie 40 mln m sześc. drzew. Krótko mówiąc, w ciągu ostatnich 30 lat ilość pozyskiwanego drewna podwojono. Skutki widać gołym okiem.
Matecznik, czyli magia lasu

Reklama
Wojciech Kass, poeta i opiekun leśniczówki w Praniu, w której mieści się Muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, mieszka w Puszczy Piskiej od ćwierć wieku. Pamięta więc czasy, kiedy można było się w niej zgubić. Dziś można co najwyżej na chwilę stracić orientację, bo tam, gdzie jeszcze niedawno rosły drzewa, dziś leżą równo ułożone stosy ściętych pni. Przez wyręby las zmienia się tak szybko, że trudno się w nim odnaleźć nawet tym, którzy dobrze go znają. Ale jak zgubić się w lesie, w którym coraz mniej drzew, a coraz więcej dróg? Tych ostatnich przybywa, bo bez nich nie da się wjechać w głąb puszczy ciężkim sprzętem, wyrąbać, co trzeba i wywieźć ciężarówkami z lasu. Drogi i drzewa połączyła więc ponura więź, bo tam, gdzie powstają te pierwsze, zaraz giną drugie.
Leśnicy mówią, że nie dzieje się nic złego, bo wyrębów wprawdzie jest dużo, ale nasadzeń jeszcze więcej. A że przy tych ostatnich kierują się starą zasadą „sadź sosny na piachu, dęby na glinie, a las nie zginie”, śpią spokojnie. Poza tym za PRL można było ogołocić z drzew nawet 9 ha lasu na raz, a teraz powierzchnia zrębu może mieć najwyżej 4 ha, więc przekonują, że jest lepiej niż było. Nie dodają jednak, że choć zręby są mniejsze, to jest ich więcej, przez co lasy są tak poszatkowane, że z lotu ptaka przypominają szwajcarski ser.
W związku z tym Wojciech Kass dostrzega pewien problem. Bo puszcza, która wejdzie w fazę sera szwajcarskiego, traci nie tylko drzewa. Wraz z nimi traci na przykład wilgoć, którą dzięki nim magazynowała, kiedy były w niej jeszcze miejsca, do których nie docierały promienie słoneczne. Dziś takich miejsc już nie ma albo jest ich tak mało, że naturalne zapasy wilgoci wysychają. Znika też matecznik, serce puszczy, miejsce dla ludzi trudno dostępne, nieprzeniknione, za to królestwo dla zwierząt, raj, w którym nawet wrogie gatunki żyją obok siebie w zgodzie - jak opisywał je Mickiewicz w „Panu Tadeuszu”. Słowem - miejsce magiczne. Sęk w tym, że w lesie poszatkowanym zrębami, oplecionym siatką dróg i rozjeżdżonym przez harwestery i ciężarówki mateczniki ze swoją magią nie mają racji bytu.
- Mam wrażenie, że dziś istnieje tylko jedna racja, ekonomiczna - mówi Kass.
Drzewa jak świniaki
Pożądliwie w stronę lasów spoglądają firmy meblarskie, wytwórnie płyt i sklejek, stolarki budowlanej. Lasy Państwowe nie ukrywają, że drzewo to towar, który sprzedaje się na pniu. Jeszcze zanim padnie, w kolejce po nie ustawiają się kupcy z kraju i z zagranicy. Z danych uzyskanych przez Stowarzyszenie Pracownia na rzecz Wszystkich Istot wynika, że tylko w 2019 r. Polska wyeksportowała ponad 4,4 mln m sześc. drewna. Najwięcej do Chin i Niemiec. A według informacji Polskiej Izby Gospodarczej Przemysłu Drzewnego w ostatnich latach z Polski wyeksportowano ok. 15 mln m sześc., co mocno zdenerwowało branżę.
Lasy tłumaczą, że sprzedają drewno niezależnie od tego, skąd pochodzi nabywca. - Możemy jedynie powiedzieć, że na ok. 7,3 tys. firm, jakie kupują rocznie drewno z Lasów Polskich, zagraniczne REGON-y ma 0,6 proc., pozostałe są zarejestrowane w Polsce. Niemniej w zasadach sprzedaży na rok 2022 zostały wprowadzone mechanizmy, które promują nabywców przerabiających drewno, i tych, którzy mają zakłady na terenie Polski i UE - tłumaczy Michał Gzowski, rzecznik prasowy Lasów Polskich.
Mimo to zgodnie z przewidywaniami branży w tym roku może wyjechać kolejne 4 mln m sześc. Chętnych nie brakuje, nic tylko ciąć. Tym bardziej że ceny drewna rosną. W drugim półroczu ubiegłego roku 1 m sześc. sosny i świerku zdrożał ponad trzykrotnie. Dla Lasów to dobra wiadomość - firma, choć państwowa, finansuje się sama, więc musi zarabiać. I to niemało. Krytycy wypominają jej nadmiernie rozbudowaną strukturę biurokratyczną, wysokie pensje, okazałe leśniczówki, przez co rosną koszty utrzymania i presja na biznesową stronę przedsięwzięcia. A wraz z nimi plany pozyskania drewna.
Lasy tłumaczą, że chociaż ich rolę próbuje się dziś sprowadzić do wyrębu drzew, to zajmują się także ochroną lasów, edukacją leśną czy udostępnianiem terenów do rekreacji, i że wszystkie te zadania finansują ze środków ze sprzedaży drewna. Jednocześnie uspokajają, że drzew nie zabraknie. Przekonują, że z roku na rok rosną zasoby drewna i powierzchnia lasów, które dziś zajmują prawie jedną trzecią obszaru kraju. I tłumaczą obrazowo, że z gospodarką leśną jest jak z hodowlą trzody chlewnej - kiedy świniak ma już swoje kilogramy, wiadomo, że jego czas nadszedł. Z drzewami podobnie - kiedy osiągną wiek rębny, trzeba ciąć, bo inaczej zestarzeją się, uschną, spróchnieją i nic z nich nie będzie. A że gospodarka leśna prowadzona jest już od około 100 lat i lasów nie brakuje, to znaczy, że metoda się sprawdza.
Kluczową rolę odgrywają w niej przygotowywane raz na 10 lat plany urządzenia lasu - dokumenty, w których opisane jest również to, gdzie, co i ile zostanie wycięte. Lasy przyznają jednak, że konstrukcja PUL zakłada konieczność analizy gospodarki leśnej w minionym okresie. To dlatego nie jest możliwe opracowanie nowego planu ze znacznym wyprzedzeniem i zatwierdzenie go przed upływem dotychczasowego. I dlatego w działaniu nadleśnictw jest taki czas, kiedy krótkotrwale funkcjonują bez zatwierdzonego planu urządzenia lasu. Michał Gzowski zapewnia, że nie jest to czas samowoli i że realizują wtedy zadania zaakceptowane przez regionalnego dyrektora lasów państwowych.
Ślusarczyk twierdzi jednak, że w ubiegłym roku bez zatwierdzonych PUL i bez oceny oddziaływania na środowisko pozyskano co najmniej 2 mln m sześc. drewna. Powierzchnia lasów zarządzanych bez planów zajmowała ponad 10 proc. lasów publicznych (780 tys. ha), w tym 290 tys. ha w obszarach Natura 2000. Zwraca też uwagę, że decyzje zatwierdzające plany nie są decyzjami administracyjnymi, lecz wewnętrznymi aktami służbowymi Lasów Państwowych, więc nie można ich zaskarżyć do sądów. Teoretycznie przedsiębiorstwo ma obowiązek je konsultować i brać pod uwagę oczekiwania społeczne, zwłaszcza te dotyczące ochrony środowiska. W praktyce, jak twierdzą obserwujące działania Lasów Państwowych stowarzyszenia ekologiczne, niemal wszystkie uwagi składane przez obywateli lub organizacje pozarządowe są ignorowane. Zwłaszcza te, w których wnioskują o modyfikację planowanej gospodarki leśnej lub wyłączenie niektórych lasów z pozyskiwania drewna.
Jak wyciąć pomnik przyrody
Problem nie w tym, że w ogóle pozyskuje się drewno, tylko w tym, skąd i ile. W 2016 r. zatwierdzony został Plan urządzenia lasu dla Nadleśnictwa Bircza na lata 2017-2026. Zaplanowano w nim wycięcie i wywiezienie z Puszczy Karpackiej prawie 1,2 mln m sześc. drewna, czyli jak policzyli ekolodzy - ponad 36 tys. 40-tonowych ciężarówek. Co więcej, PUL przewidywał cięcia na dużej części terenu projektowanego Turnickiego Parku Narodowego. Pod petycją o jego utworzenie już wtedy podpisało się ok. 130 tys. osób, nic więc dziwnego, że plany Lasów Państwowych wzbudziły liczne protesty. I co? I nic. Lasy nie uwzględniły żadnej z uwag strony społecznej ani apeli naukowców wzywających do ochrony tych najlepiej zachowanych górskich lasów w Polsce.
Rok temu w tej samej puszczy, w sercu Pogórza Przemyskiego, aktywiści z Inicjatywy Dzikie Karpaty odkryli stary las z kilkudziesięcioma wyznaczonymi do wycinki jodłami i bukami. 27 z nich miało rozmiary spełniające kryteria pomnika przyrody (jodły o obwodzie powyżej 250 cm, buki powyżej 300 cm). Złożyli więc w nadleśnictwie pismo, domagając się rezygnacji z ich wycinki. Leśnicy najpierw wniosek odrzucili, ale kiedy na facebookowym profilu Inicjatywy pojawiły się setki komentarzy popierających żądanie, zmienili zdanie. Obiecali, że drzew nie wytną.
Ekolodzy zorganizowali z tej okazji konkurs i kilku ocalonym bukom i jodłom nadali imiona. Jedno z drzew zostało nazwane na cześć nadleśniczego. Na początku 2022 r. okazało się jednak, że większość z nich została wycięta. Przemysław Włodek, nadleśniczy z Krasiczyna, przyznaje, że tak się stało. Tłumaczy jednak, że były ku temu powody. Po przejściu silnych wiatrów część drzew połamała się i zagrażała pracującym na tym terenie ludziom. Trzeba było je usunąć. Część trzeba było wyciąć ze względu na ich stan zdrowia.
Internauci nie dali się przekonać. - Tam, gdzie w grę wchodzą pieniądze, przyroda przestaje się liczyć - podsumowali działanie leśników. A aktywiści z Inicjatywy dodają, że na rok 2022 nadleśnictwo wyznaczyło do wycięcia kolejnych 70 drzew o wymiarach pomnikowych. - Nie tylko w tym przypadku sprawdza się powiedzenie, dajcie mi drzewo, a pretekst do jego wycięcia się znajdzie - mówi Radosław Ślusarczyk.
Las dwóch idei
Kiedy leśnicy wchodzą z piłami na tereny chronione, zawsze przekonują, że chodzi o bezpieczeństwo lub walkę ze szkodnikiem. Nie zaskakuje to prof. dr. hab. Krzysztofa Schmidta, zastępcy dyrektora Instytutu Biologii Ssaków PAN w Białowieży.
- Przyrodnicy patrzą na las jak na miejsce, gdzie toczą się procesy naturalne, leśnicy jak na źródło dochodów - tłumaczy prof. Schmidt. - Głównym celem przyrodników jest obserwacja, a leśników działanie. Dlatego dla przyrodników kornik nie jest problemem, tylko elementem ekosystemu. Las sobie z nim poradzi, odrodzi się i zregeneruje bez pomocy człowieka. Przy podejściu eksploatacyjnym las pełni funkcję podległą. Dlatego leśnik nie może czekać, bo w odróżnieniu od przyrodnika nie ma czasu. Ma plany, w których wykonaniu kornik może mu przeszkodzić, więc musi działać, żeby temu zapobiec.
O ile tam, gdzie mamy do czynienia z cennym przyrodniczo lasem naturalnym, te argumenty raczej nie przekonują, o tyle w przypadku lasów gospodarczych dyskutować z nimi trudniej. Choć i tu powoli zmienia się perspektywa. - Od pewnego czasu dojrzewa myśl, że nawet te lasy, które w praktyce są plantacjami, też powinny pełnić role przyrodnicze - mówi prof. Schmidt. - Dla leśników jest to nie do przyjęcia, bo ogranicza teren ich działania.
Może dlatego od ponad 20 lat w Polsce nie powstał żaden nowy park narodowy. Co więcej, Radosław Ślusarczyk zwraca uwagę, że ochrona lasów w Polsce jest coraz słabsza. Z raportu opracowanego na podstawie danych Europejskiej Agencji Środowiska wynika, że stan ponad połowy siedlisk leśnych Natura 2000 w Polsce jest niewłaściwy, a prawie co trzeciego pogarsza się. - To efekt nowelizacji ustawy z 2016 r., która zwolniła Lasy Państwowe z obowiązków przestrzegania ochrony gatunkowej roślin i zwierząt podczas prowadzenia gospodarki leśnej, co doprowadziło np. do licznych przypadków niszczenia lęgów ptaków - mówi Radosław Ślusarczyk.
W następnym roku dyrektor generalny Lasów Państwowych podpisał decyzję zezwalającą na wycinkę ponadstuletnich drzew w Puszczy Białowieskiej, chronionych dotychczas na podstawie planów zadań ochronnych Natura 2000. - Nie wydaje mi się, żeby chodziło tylko o finanse. To kwestia mentalności i światopoglądu - przekonuje Ślusarczyk.
Różnice światopoglądowe wyraźnie widać choćby w dyskusji, jaka wywiązała się w związku z unijną Strategią na rzecz bioróżnorodności 2030 „Przywracanie przyrody do naszego życia”. Zakłada ona m.in. objęcie ochroną co najmniej 30 proc. obszarów lądowych, w tym 10 proc. ochroną ścisłą. W Polsce zaledwie 1 proc. powierzchni kraju stanowią parki narodowe - należałoby więc te obszary zdecydowanie zwiększyć, a wszystkie lasy naturalne i starodrzewy jako najcenniejsze ekosystemy leśne otoczyć ochroną. Zwolennicy strategii są zgodni, że gospodarka leśna jest z natury sprzeczna z ochroną przyrody i należy dokonać oddzielenia tych funkcji - lasy cenne chronić, a drewno pozyskiwać z gospodarczych. Tak uważają też ekolodzy. Przeciwnicy optują za „trwałą zrównoważoną wielofunkcyjną gospodarką leśną” i przekonują, że jeśli chodzi o zapewnienie trwałości i bogactwa gatunkowego lasów, to gospodarka leśna ma nad procesami naturalnymi przewagę. Krótko mówiąc, są przekonani, że las bez człowieka zginie.
Sieć życia
- Idea, że las bez człowieka nie da sobie rady, jest założeniem fundamentalnie błędnym, mimo to stanowi jeden z najczęściej przywoływanych argumentów za intensywną gospodarką leśną - twierdzi dr hab. Piotr Łukasik, biolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. - W Polsce zatrudnienie w leśnictwie w przeliczeniu na 1 ha lasów jest większe niż w innych krajach europejskich. Zarobki, zwłaszcza jeśli chodzi o kadrę zarządzającą, są wysokie. Mamy więc rozbudowaną, dobrze opłacaną wpływową armię wyspecjalizowanych pracowników, która wobec społeczeństwa musi uzasadniać swoje istnienie. Stąd intensywna presja na prowadzenie wycinek nawet na obszarach, na których nie ma to uzasadnienia ekonomicznego, za to wzbudza poważne wątpliwości ze względu na ich walory biologiczne czy znaczenie wodochronne.
Doktor Łukasik bada relacje między owadami a mikroorganizmami. W naturalnych ekosystemach gatunki tworzą złożoną sieć zależności, nawzajem zjadając się, zapylając rośliny, które staną się pokarmem dla innych, rozkładając martwą materię organiczną. Żeby taka sieć zależności mogła się w pełni wykształcić, niezbędna jest odpowiednia, zróżnicowana struktura przestrzenna - w tym wykroty, miejsca zalegania wody, martwe, podziurawione przez dzięcioły drzewa, w których mieszkają owady, nicienie, grzyby, które to wszystko przerastają i inne organizmy, na które zwykle nie zwracamy uwagi. Do tego odpowiednie nasłonecznienie, wilgotność, wahania temperatur. Takich struktur trudno szukać w młodych lasach sadzonych ręką człowieka. Mają je natomiast stare drzewostany, np. na Pogórzu Przemyskim, w Bieszczadach czy w Białowieży. To właśnie tam dziesiątki tysięcy gatunków żyją wspólnie, tworząc bogatą sieć interakcji stabilizującą cały system. - W naturalnych ekosystemach zmiany liczebności gatunków powodują odpowiedź innych - tłumaczy dr Łukasik. - Jeżeli np. znacznie zwiększy się liczebność chrząszcza atakującego konkretny gatunek drzewa, zwiększy się także liczebność i presja atakujących go drapieżników, pasożytów i patogenów, utrudniając mu osiągnięcie takiej wielkości populacji, przy której szkody będą mieć duże znaczenie. Powstałe mimo wszystko luki, np. po zabitych przez korniki świerkach w Puszczy Białowieskiej, szybko zostaną wypełnione przez inne, zapewne lepiej dostosowane do warunków gatunki. W uproszczonych ekosystemach, gdzie sieci powiązań są mniej kompletne, jak dominujące na terenach nizinnych ubogie gatunkowo i równowiekowe lasy gospodarcze, pojedynczemu gatunkowi o wiele łatwiej osiągnąć bardzo dużą liczebność i powodować istotne zmiany.
W lasach naturalnych, w które człowiek nie ingeruje, drzewa zwykle umierają, stojąc. Umierają, stają się miejscem życia i pożywką dla innych organizmów, utrzymując w ten sposób populację wielu stworzeń. Tam, gdzie człowiek chore lub stare drzewa wycina, wywozi, czyści teren z gałęzi lub usuwa całą roślinność, a ziemię orze, z punktu widzenia leśnych organizmów pozostawia po sobie pustynię. W statystykach jest to wciąż las, ale żywe organizmy nie mają tam czego szukać. Miną dziesiątki lat, zanim wrócą.
- Przez ostatnie lata tracimy bardzo dużą część najcenniejszych lasów nieobjętych ochroną w postaci parków narodowych czy rezerwatów. Rzecz w tym, że granice parków narodowych wytyczano w wyniku negocjacji, w których nieraz chodziło raczej o liczbę hektarów niż o obiektywną wartość konkretnych fragmentów lasów. I często nie było większej różnicy między tymi, które znalazły się w granicach parków i poza nimi. Teraz, gdy lasy poza granicami obszarów objętych formalną ochroną traktowane są często jak las produkcyjny, nabiera to szczególnego znaczenia. Tracimy ich naturalny charakter na dziesięciolecia i na pewno nie odzyskamy go ani dla naszego pokolenia, ani dla pokolenia naszych dzieci. Może naszym wnukom uda się znów zobaczyć w tych miejscach naturalny las - przekonuje dr Łukasik.
Piły zamiast ptaków
Kiedy Wojciech Kass idzie przez puszczę o świcie, w porze mgieł, nie widzi wielkich, starych drzew, tylko jednonogie olbrzymy. Piękne, potężne, niepowtarzalne. A kiedy obok nich pojawiają się harwestery, to nie maszyny, tylko wielorękie potwory, które muszą się najeść, więc wyrywają i tną wszystko, co znajdzie się w ich zasięgu. Do tego wielkie fabryki niczym przyczajone nieopodal puszczy smoki, które wciąż ryczą i domagają się ofiary, i ciężarówki, które jeżdżą w tę i z powrotem, żeby ten ryk uciszyć. - Przeraża mnie to, czasami mam wrażenie, że nie wchodzę do lasu, tylko na plantację kukurydzy. Wszystko zracjonalizowaliśmy, nie dajemy się rozwijać ani lasom, ani zwierzętom. Ekonomia wygrywa z ekologią, a zamiast ptaków budzą nas piły - mówi Kass.
Walka z piłami nie jest ani szybka, ani łatwa. Ponad cztery lata temu, kiedy do Puszczy Białowieskiej wjechały harwestery, Pracownia na rzecz Wszystkich Istot wytoczyła Skarbowi Państwa proces cywilny. W związku z masową i dewastacyjną wycinką puszczy zażądała zaniechania naruszenia środowiska, podjęcia środków zapobiegawczych i przywrócenia stanu zgodnego z prawem. Sprawa toczy się do dziś.
Kiedy w październiku 2021 r., po podpisaniu przez wiceministra Siarkę aneksów, pilarze wrócili, Pracownia złożyła wniosek o zabezpieczenie powództwa w toczącym się od 2017 r. procesie, domagając się zakazu wycinki drzew w Puszczy Białowieskiej. I w listopadzie Sąd Okręgowy w Warszawie przychylił się do jej żądań, uznając, że działania leśników stanowią zagrożenie dla gatunków objętych Planem zadań ochronnych i chronionych w ramach obszaru Natura 2000. Zakaz cięć obejmuje m.in. siedliska dzięcioła białogrzbietego, dzięcioła trójpalczastego, sóweczki oraz włochatki, chrząszczy związanych z zamierającymi i martwymi drzewami, a także m.in. starodrzewy.
Ministerstwo Klimatu i Środowiska twierdzi, że aneksy opracowano z poszanowaniem „wszystkich interesariuszy, dla których losy Puszczy Białowieskiej nie są obojętne, uwzględniając przy ich tworzeniu plan zadań ochronnych dla obszaru Natura 2000, zobowiązania wobec UNESCO, potrzeby społeczne i gospodarcze”. A postanowienie Sądu Okręgowego w Warszawie nie zakazuje pozyskania drewna na terenie całej Puszczy Białowieskiej.
- Dalsze prowadzenie wycinki na siedliskach i miejscach występowania chronionych gatunków będzie ewidentnym lekceważeniem wymiaru sprawiedliwości przez Lasy Państwowe. Dołożymy wszelkich starań, by patrzeć leśnikom na ręce - zapewnia z kolei Ślusarczyk.
Ktoś musi, bo, jak mówi Wojciech Kass, dawniej, zanim człowiek ściął drzewo, długo się nad tym zastanawiał, chodził, oglądał, wybierał. Nim uderzył siekierą po raz pierwszy, przeżegnał się, a i sama wycinka wymagała nieporównywalnie większego wysiłku. Dziś maszyny łamią największe drzewa jak zapałki. Nic więc dziwnego, że czasem, gdy zasypia, ma poczucie, że kiedy rano się obudzi, lasu już nie będzie.
Przyrodnicy patrzą na las jak na miejsce, gdzie toczą się procesy naturalne, leśnicy jak na źródło dochodów. Leśnik nie może czekać, ma plany, w których wykonaniu kornik może mu przeszkodzić, więc musi działać, żeby temu zapobiec