Tymczasem przez lata ekonomiści przekonywali nas, że wzrost płacy minimalnej jest zły sam w sobie, a jego efektem jest niemal wyłącznie bezrobocie części pracowników niewykwalifikowanych. Między innymi po badaniach Carda wiemy, że podwyżka płacy minimalnej nie musi doprowadzić do zmniejszenia zatrudnienia, podwyższając przy tym płace najsłabszych grup zawodowych, co jest przecież głównym celem tego rozwiązania. A najlepszym przykładem jest Polska, w której w ostatnim czasie dynamicznie podnoszono płacę minimalną, a przy tym równie szybko rosło zatrudnienie. W trzecim kwartale ubiegłego roku było wręcz najwyższe w historii pomiarów – pracowało ponad 16,8 mln mieszkańców Polski.
W przywołanym badaniu Instytutu Badań Strukturalnych, dokładnie rzecz biorąc, powiedziane jest, że w regionach najsłabiej rozwiniętych podwyżki płacy minimalnej nieco zahamowały tworzenie miejsc pracy (o 1,2 proc., czyli 23 tys.), za to w średnio i najlepiej rozwiniętych „miały pozytywny wpływ na zatrudnienie” (0,5 proc., czyli 42 tys. dodatkowych miejsc pracy). I na tej podstawie stwierdziłem, że per saldo wzrost płacy minimalnej stworzył więcej miejsc pracy, niż zjadł. Faktem jest, że sami autorzy badania takiej tezy nie postawili, uznając te 0,5 proc. za nieistotne statystycznie, co jednak zaznaczyłem w swoim tekście. Przy czym warto dodać, że według IBS w regionach biednych podwyżki pensji minimalnej doprowadziły też do ogólnego wzrostu płac – o 128 zł miesięcznie. A przecież, powtórzmy, to jest właśnie głównym celem tego rozwiązania.