Groźba zamrożenia wypłaty unijnych funduszy dla Polski i Węgier staje się coraz bardziej realna. Komisarz UE ds. bud żetu Johannes Hahn zadeklarował we wtorek, że Bruksela może zaproponować zawieszenie przelewów jeszcze przed wyborami parlamentarnymi nad Balatonem, które odbędą się 3 kwietnia. Stawką są pieniądze m.in. na projekty transportowe i energetyczne, wspieranie przedsiębiorczości, tworzenie nowych miejsc pracy, rozwój wsi i cyfryzację. Zdaniem ekspertów październikowy wyrok Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej, który podważył pierwszeństwo prawa unijnego przed prawem krajowym, był dla Brukseli równoznaczny z przekroczeniem czerwonej linii. – Stan rządów prawa w Polsce uległ dramatycznemu pogorszeniu w ostatnich sześciu miesiącach. Unia i jej instytucje zostały pozostawione bez wyjścia: muszą zareagować stanowczo, jeśli nie chcą, by chuliganizm prawny rozprzestrzenił się na inne kraje – mówi DGP prof. Laurent Pech, wykładowca prawa europejskiego z Middlesex University London.
Niewykluczone, że Bruksela czeka już tylko na zielone światło od Trybunału Sprawiedliwości UE, który 16 lutego ma wydać wyrok w sprawie zgodności z traktatami mechanizmu warunkowości. Pozwala on Komisji Europejskiej wstrzymać dopływ unijnych funduszy do państw, które w jej ocenie naruszają standardy praworządności. A za takie Bruksela uznaje obecnie Polskę i Węgry. Na początku grudnia ubiegłego roku rzecznik generalny TSUE stwierdził w opinii do sprawy, że prawo europejskie nie zabrania uzależnienia wypłaty pieniędzy z budżetu UE od przestrzegania zasad rządów prawa – i rekomendował odrzucenie skarg wniesionych przez Warszawę i Budapeszt. Choć opinie nie są dla trybunału wiążące, to w praktyce często pokrywają się z jego wyrokami.