Reklama
Z jednej strony mamy presję na politykę klimatyczną - przecież nienarzuconą nam w całości z zewnątrz. Owszem, Unia Europejska wciąż dokręca śrubę. Choćby teraz w postaci propozycji pakietu Fit for 55, czyli zobowiązania, by kraje Wspólnoty zredukowały emisje CO2 nie o 40, lecz o 55 proc. Świadomość, że ochrona klimatu jest konieczna, rośnie jednak także w polskim społeczeństwie. I to wcale nie jest prawda - jak chcieliby niektórzy krytycy - że „rząd nic nie robi w tej sprawie”. Akurat Polska jest w ostatnich latach krajem szybkiego rozwoju energetyki odnawialnej, na którą nasz kraj wydaje dziś najwięcej w historii. W 2019 r. podpisano też porozumienie dotyczące stopniowego wychodzenia z energetyki węglowej. Dzieje się więc, i to sporo.
Ale jest też druga strona tego równania. Bo przecież państwo ma także obowiązek zapewnić swoim obywatelom dostęp do w miarę taniej energii. Żadna władza, która zacznie (choćby w imię najszczytniejszych ekologicznych celów) skazywać ludzi na ubóstwo energetyczne, nie przetrwa. I słusznie. A przecież energii potrzebują nie tylko konsumenci. Bez niej nie będzie przemysłu, handlu, usług, rozwoju ani miejsc pracy. Suwerenność energetyczna to nie jest żaden wyświechtany slogan. To rzeczywistość XXI w. A Polska to kraj, którego energetyka oparta jest w 70 proc. na węglu. I nawet jeśli za lat kilkanaście uda się ją oprzeć na zielonej nodze, to i tak pozostają ważne pytania. Pierwsze o to, co będzie się działo w czasie dochodzenia do pełnej wydolności nowej energetyki odnawialnej. Drugie: jaka będzie nasza energetyka zapasowa - ratująca przed niestabilnością dostaw prądu i ciepła ze źródeł odnawialnych.
Tu zaczyna się geopolityka. Bo w Europie mamy obecnie coraz wyraźniejszą wojnę dwóch obozów. Pierwszy - skupiony wokół Niemiec - stawia na gaz ziemny, który w ostatnich miesiącach niesamowicie drożeje. Również z powodu krótkowzrocznego uporu Berlina, by nie było dla niego alternatywy. Tą alternatywą mogłaby być energetyka atomowa. I właśnie wokół niej coraz mocniej krystalizuje się drugi obóz w europejskiej debacie energetycznej.
Poznać argumenty zwolenników atomu bez wątpienia warto. Okazją do tego jest właśnie książka Urszuli Kuczyńskiej. To jego napisana w przystępnej formie pochwała. Autorka - choć przez ostatnią dekadę pracowała w spółce odpowiedzialnej za wdrożenie „Programu polskiej energetyki jądrowej” - przybiera na potrzeby tej publikacji pozę laika i przeprowadza czytelnika przez gąszcz pytań, pojęć i pozornych prawd albo wręcz mitów, którymi obrosła energia jądrowa. Jest więc i o Czarnobylu, i o polskich podchodach pod atom, ale także o tym, że elektryczność to nie jest jedyny rodzaj energii, której nasze współczesne cywilizacje potrzebują. I o tym, jak dobrze na energetyce jądrowej przez lata wychodzili Francuzi.
Wydawcy umieścili na okładce taki (mniej więcej) apel: „Jeśli nie wiesz o energii atomowej zbyt wiele, ta książka jest dla ciebie. Jeśli wiesz o niej całkiem sporo, też po nią sięgnij. Jeśli atom cię przeraża, przeczytaj koniecznie. Jeśli jesteś jego zwolennikiem, to przeczytaj również. Choćby po to, by umieć dyskutować na argumenty. A nie w oderwaniu od nich”. W pełni zgadzam się z tą inwokacją.