Piotr Cywiński od 2006 r. dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, fot. Paweł Sawicki/Wikipedia / Wikipedia
„Jest rzeczą jasną, że śmiech nie miał prawa istnieć w przestrzeni Auschwitz, gdyż był objawem zachowania skrajnie sprzecznego z dehumanizacją” – pisze pan w najnowszej książce. I faktycznie tak było?
Nie, ale istniały różne jego tonacje. Często był to śmiech przez łzy, a niekiedy humor więźniów był wisielczy. To wszystko pokazuje, że nawet do tego stopnia prowadzona dehumanizacja wywołuje kontrreakcje: ludzie zawsze będą starali się zachować w sobie człowieczeństwo, nawet jeśli system tego nie przewiduje. Człowiek po dotarciu do Auschwitz tracił wszystko. A przede wszystkim tożsamość; stawał się kategorią więźnia i numerem. Tracił perspektywę życia i nadzieję – bardzo szybko rozumiał, oraz dawano mu to do zrozumienia, że długo nie będzie żył. Tracił poczucie godności. Był traktowany gorzej niż zwierzęta, które należały do SS. Stawał się własnością obozu, z którą można było zrobić wszystko.
Zauważa pan, że ocalali często określają Auschwitz jako niemożliwy do opisania świat.
Ocalałym towarzyszy niemożność nazwania wielu doświadczeń. Do więźniów szybko docierało, że słowa i reguły znane im z normalnego świata tu nie obowiązują. To powodowało w nich głęboki szok. Wiele dni zajmowało zapanowanie nad nim i rozpoczęcie walki o przeżycie, a także zrozumienie nowych zasad i hierarchii.
System dbał też o to, by nie było czasu na myślenie.
Tak, więźniowie wszystko musieli robić w pośpiechu, w stałym poczuciu zagrożenia, że zaraz coś może im się stać. Na myślenie czas przychodził w nocy, w baraku. Wielu się wówczas załamywało, część poddawała się już w pierwszych godzinach, co niekiedy kończyło się samobójstwem.
Czy więźniowie zadawali sobie pytania, dlaczego trafili do Auschwitz, dlaczego to właśnie ich spotkało?
Osoby działające w ruchu oporu liczyły się z ryzykiem złapania lub denuncjacji. Ci, którzy trafiali do obozu z łapanek, nie rozumieli, dlaczego ich to spotyka. Podobnie Żydzi, którym wmawiano, że będą deportowani, więc mają wziąć ze sobą bagaże. Ale niektórzy więźniowie stawiali sobie pytania transcendentalne: jakie grzechy sprawiły, że znaleźli się w Auschwitz? Bardzo wiele osób traciło w obozie wiarę, choć niektórzy ją w sobie pogłębiali. W najgorszym położeniu byli chłopi – ci prości, niepiśmienni, którzy nie znali niczego więcej poza swoją okolicą, polem, drogą do kościoła; w obozie tracili jakiekolwiek punkty zaczepienia.
Jeden z ocalałych wspomina, że chłop, współwięzień, prosił go, aby w liście, który mu dyktował do rodziny, zapytał „Co krasula porabia?”.
Często chłop miał jedną krowę, która zapewniała przetrwanie rodziny. Znalazłem też kilka ujmujących fragmentów w listach, które chłopi dyktowali umiejącym pisać więźniom; opowiadali, że kiedy wracali myślami do wolności, widzieli obejście, kury, krowę, grządki i sianokosy.
Z jednej strony zauważa pan, że więźniowie nie mieli nadziei, a z drugiej, że „nadzieja była narzędziem uśmiercania”. Co to znaczy?
Człowiek, który zupełnie traci nadzieję, godzi się ze śmiercią. Staje się desperatem, który może zachowywać się nieobliczalnie lub zbuntować. Dlatego bardzo często SS-mani w obawie przed wybuchem paniki używali nadziei, by kontrolować tłum. Po dotarciu do obozu człowiek na każdym etapie musiał czuć, że nie jest tak źle – mógł widzieć zmaltretowanych więźniów oraz czuć zapach palonych ciał, ale rzucano mu okruszki nadziei, których wbrew logice instynktownie się chwytał. To się działo do momentu wejścia do komór gazowych, kiedy więźniów pytano, czy mają ze sobą mydło, bo będą brać prysznic.
A strach?
Był ciągły, co trudno nam sobie wyobrazić. Bo zagrożenie było stałe: od pobudki do zaśnięcia więzień nie wiedział, co się z nim stanie za minutę, godzinę, następnego dnia. Skoro w świecie Auschwitz sprawiedliwość nie istniała, mógł zostać w każdej chwili pobity lub zabity przez SS-mana, blokowego lub kapo. To nieustanny stres przed selekcją lub zastrzeleniem jest nie do pojęcia. Wielu ocalałych wspomina, że z tym napięciem najtrudniej było sobie poradzić.
Jeden z ocalałych, którego relacje przywołuje pan w książce, wspomina więźnia, którego Niemcy przywieźli do Auschwitz z wyrokiem śmierci. Ale wykonali go dopiero po roku.
Część więźniów – głównie politycznych – przybywała do obozu z wyrokiem, nie wiedząc, kiedy i jak zostanie wykonany. Nie mieli pojęcia, czy zginą w wyniku egzekucji, czy wcześniej z innego powodu. Ale ich perspektywa przeżycia była praktycznie żadna. Pewność śmierci towarzyszyła też pozostałym więźniom. Umieralność była bardzo wysoka, śmierć była wszędzie – część znajomych, z którymi ktoś rozmawiał dzień wcześniej, nie przetrwała nocy, kilka osób padło trupem na przedłużającym się apelu, innych wybrano podczas selekcji, na drutach wisieli samobójcy, a koło baraku leżały złożone nagie trupy, po których biegały szczury. W pracującym komandzie umierają kolejni wycieńczeni ludzie, których ciała potem trzeba przynieść, bo na apelu musi zgadzać się liczba. Do tego więźniom towarzyszyło związane z osłabieniem poczucie zbliżającej się własnej śmierci. W zagęszczonych dymem z krematoriów powietrzu było czuć jej zapach. Wiele mówiąca jest relacja jednego z ocalałych o żegnaniu się przed rozejściem więźniów do czynności, które mieli wykonywać, bo nigdy nie było pewności, czy uda się ponownie spotkać. Niemożliwe jest dziś wyobrazić sobie ten strach.
„Auschwitz. Monografia człowieka” / Materiały prasowe
Ocalali, których wspomnienia pan cytuje, odczuwają też ból spowodowany brakiem pożegnania z bliskimi chwilę przed tym, jak rozdzielono ich podczas selekcji po transporcie do obozu.
Nie było czasu na pożegnanie w chwili rozdzielania rodziny, kiedy nie było wiadomo, co się wydarzy z bliskimi idącymi w kierunku komór gazowych, jak i w chwili, kiedy zdawano sobie już sprawę z tego, co się z nimi stanie. Nie było też przestrzeni na przeżycie żałoby.
Czy doświadczenie obcowania ze śmiercią było inne dla więźniów z Sonderkommando?
To skrajność skrajności. To byli ludzie, którzy zostali do tej pracy zmuszeni. Stawali się wtedy – jak nazywało ich SS – „nosicielami tajemnicy”. Oni wiedzieli, że nie wyjdą z obozu żywi, bo za dużo wiedzą. Kiedy zaczęło przyjeżdżać coraz mniej transportów i było wiadomo, że akcja likwidacji zmierza ku końcowi, potracili zupełnie nadzieję, świadomi, że teraz oni zostaną zamordowani. To właśnie zdecydowało o wybuchu w październiku 1944 r. powstania Sonderkommando w krematoriach II i IV. Podobnie było w Treblince i Sobiborze.
Pisze pan, że „świat Auschwitz nie był jednolity”.
Był bardzo rozwarstwiony. Z każdym kolejnym rokiem funkcjonowania obozu to się pogłębiało. Świat Auschwitz nie był jednolity ani kulturowo – trafiali tam ludzie z elit, jak i nizin społecznych – ani językowo, religijnie czy narodowościowo oraz pod względem poglądów politycznych. Trafiali tu ludzie z całej Europy – od Norwegii po Grecję, od Francji po Rosję. Do tego był to świat zhierarchizowany – niektórzy byli uprzywilejowani dlatego, że byli Reichsdeutschami albo więźniami funkcyjnymi czy wchodzili w konszachty z SS-manami, więc tworzyły się wokół nich kręgi. Zwłaszcza w 1943 r. i 1944 r., kiedy do Auschwitz trafiło wiele dóbr zabranych Żydom transportowanym z wielu europejskich, również bardzo zamożnych krajów – było czym handlować, co potęgowało podziały.
Pomiędzy grupami narodowościowymi dochodziło do konfliktów? Odzywały się dawne antagonizmy?
Ten problem wymaga głębszego zbadania. Ale nie jestem pewien, w jakim stopniu będzie to możliwe na podstawie dostępnych źródeł. Spora część więźniów o tym nie opowiada. Natomiast ci, którzy o tym piszą, wspominają, że dawały o sobie znać te przedwojenne antagonizmy: między Polakami a Żydami albo Polakami a Ukraińcami i Rosjanami, Rumunami a Węgrami, Czechami a Słowakami czy Słowakami a Romami. Do tego pod wpływem niemieckiej propagandy rodziły się nowe. SS zresztą rozgrywała pewne napięcia: jeśli w komandzie większość stanowili Polacy, to kapo zostawał np. Ukrainiec, i na odwrót.
Są też świadectwa ludzi, którzy opowiadają, że po tym, co zobaczyli w Auschwitz, wyzbyli się wcześniejszych uprzedzeń.
Staram się nie uogólniać – doświadczenia są indywidualne, zależały m.in. od światopoglądu i tego, z jakiego domu ktoś pochodzi, czy był wychowany w duchu endeckim czy socjalistycznym, np. komuniści trzymali się razem, wspierali się niezależnie od narodowości. Ciekawe dla mnie było to, że ten problem w ogóle istniał. Był niewątpliwie złożony i nie da się go rozrysować na jednej osi. Antagonizmy występowały również w poszczególnych grupach narodowościowych i miały inne podłoże. Wspominam o sytuacji, która miała miejsce 3 maja 1941 r.: współwięźniowie pobili na śmierć księcia Ludwika Czetwertyńskiego – w tym okresie, a więc przed transportami żydowskimi, sprawcami musieli być Polacy, przyczyną zaś pochodzenie społeczne ofiary.
Badając ludzkie postawy w Auschwitz, wyróżnia pan trzy grupy więźniów: funkcyjnych, następnie tych, którzy stawiają opór, oraz tzw. zmuzułmanionych.
Funkcyjni czy pozostających z nimi w dobrych relacjach albo pracujący w lepszych komandach – administracji obozowej, kuchni, pod dachem – mieli niewspółmiernie większą szansę przeżycia. Dlatego kiedy kształtował się w obozie ruch oporu, starano się o to, żeby jego organizatorzy właśnie tam pracowali, bo inaczej co kilkanaście dni z powodu wysokiej umieralności struktury należałoby budować od nowa. Z jednej strony sytuacja funkcyjnych była lepsza, bo nie tracili tyle kalorii, a mieli też szansę pozyskać choć trochę dodatkowych, a poza tym rzadziej byli bici, a z drugiej musieli iść na bardzo poważne moralne ustępstwa względem SS. Pozostała większość próbowała przeżyć na swój sposób. Ale to zależało od wytrzymałości danego człowieka i pory roku, w której trafiał do obozu – po paru tygodniach tracili tyle kilogramów, że organizm sam się zjadał, co prowadziło do zaniku mięśni i narządów oraz chorób. To właśnie zmuzułmanienie (pochodzenie tego określenia nie jest jednoznacznie wyjaśnione; w języku obozowym potoczna nazwa skrajnie wycieńczonego z głodu więźnia, zbliżonego lub będącego w stanie agonalnym – red.), w takim stadium człowiek przestaje myśleć, rozpoznawać twarze. Liczy się tylko to, żeby coś zjeść – nieważne co: czyjeś wymiociny albo znalezione gdzieś rośliny. I taki człowiek albo trafiał do komory gazowej, bo SS-mani obawiali się epidemii tyfusu lub uznawali, że dłużej nie przyda im się do pracy, albo umierał.
O funkcyjnych wiadomo najmniej.
Bo zostawili mniej wspomnień. A jeśli już pisali, to skupiali się na strukturze obozu. O tych brutalnych nie wiemy prawie nic. Tak samo, jak niewiele wiemy o SS-manach: brakuje źródeł, nie mamy wiele więcej niż materiały procesowe i kilka wspomnień.
Funkcyjnych najczęściej znamy z opowieści więźniów. Wiemy, że w niektórych sytuacjach pozostawali ludźmi przyzwoitymi. To zależało od komanda: np. u mierników, gdzie funkcyjny był geodetą, więźniowie nie byli bici – nie przyspieszyłoby to powstania rysunków, ale kapo komanda kopiącego rowy mógł zachowywać się inaczej. Pamiętajmy też, że ci sami funkcyjni mogli być zupełnie innymi ludźmi wobec poszczególnych więźniów. Problem ten dobrze widać w materiałach z powojennych procesów: często relacje na temat jednego kapo były skrajnie sprzeczne – jednego więźnia bił do śmierci, innemu przyniósł chleb.
Prosi pan w książce, by nie oceniać opisanych zachowań, odczuć, emocji. Dlaczego?
Ocenianie jest nieodpowiedzialne. Po pierwsze, by móc cokolwiek powiedzieć o więźniu, trzeba całkowicie zagłębić się w rzeczywistość obozową, by zrozumieć to, co przechodził – a jeśli znalazł się w stanie zmuzułmanienia, to był zupełnie bezwolny. Po drugie, myślimy porównawczo, odwołujemy się do tego, co znamy, a to, co było w Auschwitz, było nieporównywalne, nieznajome i zupełnie inne. Paradygmaty z naszego świata nie przystają i są niesprawiedliwe.
Chyba w uproszczony sposób najczęściej postrzegany jest ruch oporu.
Żeby zorganizować siatkę, trzeba było umieścić ludzi w odpowiednich komandach czy na funkcjach. A żeby zdobyć chleb, trzeba było go ukraść z kuchni, ale w ten sposób trafiało go mniej do bloku. Przygotowując ucieczkę więźnia z listami lub grypsami, ryzykowało się, że kiedy się nie uda, dziesięciu innych zostanie losowo wybranych do komór gazowych. To wyglądało zupełnie inaczej niż w amerykańskich filmach, kręconych kilka dekad po wojnie.
Oceniane, a wręcz potępiane są też obozowe prostytutki.
Dla części kobiet była to próba przeżycia. Niektóre kontynuowały to, co robiły przed wojną. Prostytucja była oficjalna w puffie obozowym, ale poza nim usługi seksualne były też walutą, kiedy np. starano się o dodatkowy chleb. Człowiek w obliczu śmierci i totalnego strachu ma prawo przewartościowywać swoje wybory, ma prawo nadać inne priorytety swoim wartościom. Każdy osąd będzie uogólniający, zaś sytuacje były skrajnie różne. Poza tym osąd będzie opierał się na systemie wartości i normach kulturowych budowanych przez dziesiątki pokoleń, a zniszczonych w obozie w jeden czy dwa dni.
Dlaczego powstała „Monografia człowieka”?
Opisywałem wcześniej różne aspekty życia w obozie. I zobaczyłem, że w historiografii Auschwitz skupiono się na datach, transportach, strukturze obozu, SS, liczbie ofiar, a na uboczu zostało to, co dzieje się w takim miejscu z człowiekiem. A przecież młodzi ludzi spotykający się z ocalałymi pytają o to, co ci ludzie czuli, a nie o datę wybuchu rewolty Sonderkommando. Uznałem więc, że warto wrócić do relacji więźniów. Cytuję fragmenty prawie 250 książek i setki niepublikowanych relacji; przeczytałem ich dużo więcej, bo musiałem dokonać wyboru. Książka opiera się na słowach ocalałych, opatrzonych moim porządkującym komentarzem.
Kiedy wejdziemy do pierwszej lepszej księgarni, zobaczymy regał zapełniony książkami opowiadającymi o romansach z Auschwitz. Już nie tylko popkultura, ale kicz kształtują wyobrażenia na temat historii obozu i jego więźniów.
Te książki nie mają nic wspólnego z nauką. A często w ten sposób są sprzedawane: na okładce widzimy, że autor zapewnia o kwerendzie, podczas gdy nigdy nie widzieliśmy go w archiwum ani nigdy nie prosił nas o materiały. Roi się tam od błędów, np. dwie osoby spotykają się, a były w obozie w różnych latach. Żeby lepiej sprzedać romans osadza się go akurat w Auschwitz. Kicz jest groźny: ludzie czytają te książki w dobrej wierze, a wypacza się ich wyobrażenia; poza tym nie powinno wykorzystywać się wielkiej tragedii, by realizować cele sprzedażowe.
Pana książka jest też dla tej grupy czytelników?
Przede wszystkim to próba wypełnienia luki w historiografii, a więc braku książek szukających odpowiedzi na pytanie Primo Leviego: „Czy to jest człowiek?”. To praca dla wszystkich tych, którzy chcą poznać coś więcej niż daty i liczby. Nie jest to łatwa lektura. I myślę, że jej fragmenty zostaną na długo w pamięci czytelników.
Piotr Cywiński od 2006 r. dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, od 2009 r. prezes Fundacji Auschwitz--Birkenau. Autor m.in. książek „Sny obozowe w pamięci ocalałych z Auschwitz” i „Rampa obozowa w pamięci Żydów deportowanych do Auschwitz”. Współautor wywiadu rzeki z Władysławem Bartoszewskim „Mój Auschwitz”. Historyk, absolwent Uniwersytetu Marka Blocha w Strasburgu, Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i Instytutu Historii Polskiej Akademii Nauk