Z Janem Dworakiem rozmawia Elżbieta Rutkowska
Gdyby wciąż był pan przewodniczącym Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (KRRiT), to miałby pan problem z przedłużeniem koncesji TVN24?
Żadnego. Jeśli chodzi o newsy i publicystykę TVN to w tej chwili najlepszy nadawca w Polsce. Telewizja Polska sprzyja władzy w sposób przekraczający granice przyzwoitości. A Polsat balansuje, żeby z jednej strony zachować neutralność, a z drugiej nie podpaść władzy – wobec której nie jest szczególnie dociekliwy, choć nie przekracza standardów dziennikarskich. W tej sytuacji to właśnie TVN24 i „Fakty' – tropiąc kolejne afery: od urodzin Hitlera do kamienicy Mariana Banasia – najbardziej narażają się Prawu i Sprawiedliwości. I to od dawna. Był przecież okres, gdy politycy tej partii mieli zakaz pojawiania się w TVN24.
Reklama
Mówi pan tak, bo popiera Platformę?
Od dawna nie jestem już członkiem PO. Zrezygnowałem w 2004 r.

Reklama
...obejmując prezesurę w TVP. Ale sympatyzuje pan z PO.
Mam tam nadal sporo znajomych, natomiast sympatyzuję z całą opozycją, ponieważ uważam, że PiS prowadzi Polskę w złym kierunku. Z równą uwagą przyglądam się działaniom ruchu Polska 2050, PSL i młodszej, bardziej idealistycznej części Lewicy.
Na czym polega proces rekoncesyjny? Stacji kończy się licencja na nadawanie – i co się wtedy dzieje?
Krajowa Rada sprawdza, czy nadawca nie ma aktualnie zakazu prowadzenia działalności i czy nie naruszył ustawy o radiofonii i telewizji. Chodzi o takie naruszenia, które skutkowały upomnieniem lub karą. Jeśli koncesjonariusz został ukarany, to można się zastanawiać, czy nie należałoby mu koncesji odebrać. Jeśli nie był karany, to nie ma się nad czym zastanawiać. Nie sprawdza się przy tym statusu formalnego nadawcy, bo zrobiono to przy wydawaniu koncesji. A o ewentualnych zmianach koncesjonariusz musi informować KRRiT na bieżąco. I to w świetle ustawy i orzecznictwa jest standard: jeśli nie było kary, nie doszło do nadużyć, to koncesja musi zostać udzielona na kolejne 10 lat. Proste jak drut.
Pięcioro członków rady dyskutuje o tym na posiedzeniu i podejmuje uchwałę?
Tak. I na jej podstawie przewodniczący wydaje decyzję o przedłużeniu koncesji.
Jak długo to trwa?
Za mojej kadencji procedura zamykała się na ogół w ciągu jednego, dwóch posiedzeń. Departament koncesyjny (teraz to departament regulacji) dostarczał potrzebne dokumenty, odbywała się krótka wymiana zdań, głosowanie i do widzenia.
Przygotowanie tych dokumentów zajmowało departamentowi czas?
Nie wiem dokładnie, ile im to zabierało. To zależało od tego, ile mieli pracy w danym momencie.
Rok?
Na pewno nie. To były tygodnie. O wiele bardziej złożone postępowania dotyczą przyznawania koncesji naziemnych, na multipleksach, bo to jest dobro rzadkie, wymaga więc dłuższych przygotowań i większej wnikliwości przy podejmowaniu decyzji. Natomiast rekoncesja stacji satelitarnej to w zasadzie formalność.
To zastanawiam się, dlaczego obecna rada proceduje w sprawie TVN24 już prawie półtora roku. Wniosek o przedłużenie nadawca złożył w lutym 2020 r.
Odpowiedź jest prosta: kryje się za tym niechęć Krajowej Rady i PiS do TVN.
Jakie pole manewru ma w tej sytuacji TVN? Koncesja TVN24 wygasa 26 września. Jeśli KRRiT odmówi jej przedłużenia albo po prostu nie podejmie do tego czasu żadnej decyzji, to co?
Jeśli nie będzie decyzji, to koncesja się skończy – chociaż takiego przypadku nie znam w całej historii Krajowej Rady. Myślę, że TVN przygotował scenariusze na różne warianty. Najprostszym rozwiązaniem jest uzyskanie koncesji w innym kraju europejskim. Z takim dokumentem można nadawać satelitarnie w całej Unii. Za moich czasów były trzy miejsca, gdzie nadawcy to załatwiali, choć formalnie można w każdym kraju: Praga...
Brytyjski Ofcom...
Teraz już nieaktualny. I jeszcze regulator skandynawski, chyba Sztokholm. Nie przewiduję, żeby był z tym jakikolwiek problem. Dla widza zmiana będzie niezauważalna. Inaczej to oczywiście wygląda z punktu widzenia przedsiębiorcy. Takie działanie Krajowej Rady to precedens, który wywołuje wątpliwości wobec wszystkich kanałów TVN, łącznie z tymi na multipleksach naziemnych.
Główny TVN, TVN7, Metro (Discovery) i TTV należąca do Stavki, która jest własnością TVN. Ta ostatnia w listopadzie ubiegłego roku dostała przedłużenie na kolejne 10 lat, do lutego 2031 r.
No właśnie. To tylko pokazuje niekonsekwencję działania Krajowej Rady i agendę polityczną, która dyktuje sposób postępowania wobec TVN24. Dlatego rozwiązania sprawy także należy szukać na płaszczyźnie politycznej. W grę wchodzą stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, które już zasygnalizowały, że są dotknięte tym, co się dzieje.
Chargé d’affaires ambasady amerykańskiej Bix Aliu napisał na Twitterze, że USA obserwują sprawę „z rosnącym niepokojem”, a rzecznik Departamentu Stanu podał to dalej.
Ponieważ PiS uprawia politykę w sposób niejasny, za pomocą „rozwibrowania” – jak powiedział jeden z doradców tej partii (prof. Andrzej Zybertowicz – red.) – to nie wiadomo, o co tak naprawdę chodzi. Rzecznik praw obywatelskich Adam Bodnar powiedział, że chodzi o to, by obniżyć wartość rynkową TVN i wystawić ją na sprzedaż. To bardzo prawdopodobne.
Kto miałby być kupcem?
Tego nie wiem, ale mówi się o transakcji „obajtkopodobnej”, czyli wykupieniu TVN przez spółkę Skarbu Państwa (Orlen kupił od niemieckich właścicieli wydawnictwo Polska Press – red.). Nie wykluczam tego wariantu, ale w grę wchodzą też inne. Być może celem są amerykańskie ustępstwa w całkiem innym obszarze i telewizja to tylko karta przetargowa. Odkąd Donald Trump stracił władzę, stosunki Polski ze Stanami Zjednoczonymi zdecydowanie się ochłodziły.
Widział pan projekt nowelizacji ustawy o RTV złożony w Sejmie 8 lipca przez grupę posłów PiS z Markiem Suskim na czele?
Tak. Zmienia art. 35.
Obecnie polską koncesję radiową lub telewizyjną może od Krajowej Rady dostać każda firma z Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Zmiana wykluczy podmioty zależne od spółek spoza EOG. Wiadomo, że uderzy to w TVN. Widzi pan na polskim rynku mediów innych nadawców, których nowe przepisy mogą dotyczyć?
Nie widzę żadnego. To jest lex TVN – prawo napisane dla tego jednego nadawcy. Przedstawiciele władzy opowiadają banialuki, że to na wypadek, gdyby Chińczycy lub Rosjanie chcieli kupić u nas nadawcę telewizyjnego. Ale to niezgodne ze zdrowym rozsądkiem.
Przecież musimy się bronić przed państwami stanowiącymi „istotne zagrożenie dla bezpieczeństwa” Polski.
To nie jest poważne zagrożenie. Artykuł 38 obecnej ustawy pozwala w takim wypadku na odebranie koncesji. Jeśli chodzi o wolność słowa, istotne są dwa zagrożenia. Pierwsze to szum informacyjny wytwarzany w internecie: masa nieracjonalnych głosów, wymyślonych i fałszywych argumentów w różnych sprawach. Jak poważnie zakłócają racjonalną debatę publiczną, widać na przykładzie ruchu antyszczepionkowego. Z tym się wiąże drugie zagrożenie, wynikające z podstępnego działania: podszywania się rozmaitych grup służących innym państwom – najczęściej autorytarnym – pod osoby lub instytucje w celu zakłócenia debaty publicznej. Klasycznym przykładem jest tu Rosja. Natomiast, czy rosyjska telewizja stanowi dla nas zagrożenie? I tak można ją dzisiaj w Polsce oglądać, jeżeli ktoś chce. Nie chciałbym, żeby w Polsce nadawała stacja reprezentująca racje kraju autorytarnego i taką wizję świata. Ale uważam, że najwłaściwszą odpowiedzią na taki przekaz jest podjęcie dyskusji, nawet jeśli to trudne i niewdzięczne.
Gdyby za pana kadencji w KRRiT rosyjski nadawca wystąpił o koncesję, przyznałby mu ją pan?
Gdyby to był konkurs na nadawanie naziemne, to nie. To jest dobro rzadkie, więc wolałbym dać miejsce na multipleksie programowi prezentującemu treści, które nie realizują agendy autorytarnego państwa. Nie sposób oderwać koncesji od podstawowej wartości, której ma ona służyć. A nie są to cele gospodarcze, lecz zapewnienie swobodnej debaty publicznej.
Powiedzmy, że nasz hipotetyczny rosyjski nadawca chce emitować kanał satelitarny. Wtedy konkurs odpada, ale pozostaje inna przeszkoda: firma zagraniczna na koncesję nie ma szans. Chyba że założy spółkę w państwie unijnym, np. w Holandii. Wtedy może się wślizgnąć na polski rynek.
Tylko po co? Rosyjskie stacje nie muszą tego robić, bo i tak są w Polsce dostępne.
Szukam uzasadnienia dla nowelizacji ustawy o RTV.
Tu nie ma racjonalnych motywów. Racjonalna byłaby obrona wolności słowa i debaty publicznej. Instytucje państwa nie działają jednak dla tych wartości, lecz na rzecz jednej strony politycznego sporu.
Mówi pan o Krajowej Radzie?
O Krajowej Radzie, ale też o innych instytucjach – jak Trybunał Konstytucyjny, Rada Mediów Narodowych – które działają w porządku coraz mniej demokratycznym. Kurs realizowany od czasu objęcia władzy przez PiS zmierza w kierunku miękkiego autorytaryzmu: zamykania ust opozycji; tworzenia warunków, w których innym siłom politycznym będzie coraz trudniej wygrać wybory; przejmowania kolejnych instytucji wspólnego państwa.
W Radzie Mediów Narodowych jest opozycja: dwóch z pięciu członków wskazały kluby opozycyjne.
Rada Mediów Narodowych jest doskonałą ilustracją tego, jak PiS pojmuje demokrację. Zapewnił sobie bezwzględną większość i pozwala istnieć tam opozycji na zasadzie listka figowego. To atrapa, jeszcze mniej suwerenna w swoich decyzjach niż KRRiT.
Wracając do nowelizacji. TVN jest według pana firmą europejską, bo należy do spółki holenderskiej, czy amerykańską, bo właścicielem spółki jest Discovery?
Faktycznie jest firmą amerykańską i wszyscy o tym wiedzą, a najlepiej oni sami. Ale w świetle ustawy jest firmą polską zależną od europejskiej. Polska firma – TVN – otrzymała koncesję na kanał TVN24. A właścicielem TVN jest spółka holenderska Polish Television Holding. Tak mówią wszystkie ekspertyzy prawne. Oczywiście do TVN wszedł zgodnie z prawem kapitał amerykański i czerpie z tego tytułu korzyści. Z punktu widzenia wolności słowa wygląda to jednak inaczej, podobnie jak – przykro powiedzieć – w PRL: wtedy nadawca utrzymywany przez rząd amerykański służył wolności słowa w Polsce, emitując Głos Ameryki i Wolną Europę. Dzisiaj komercyjny amerykański TVN24 – formalnie będąc kanałem europejskim – służy pluralizmowi mediów, swobodzie debaty i polskiej demokracji.
Kapitał amerykański wszedł do TVN za pana kadencji w radzie, w 2015 r. Wtedy inwestorem był Scripps.
Transakcja została zgłoszona do KRRiT.
Byliście tą zmianą właściciela zaniepokojeni?
Rozważaliśmy ją poważnie. Zdecydowały ekspertyzy prawne, które stwierdziły, że w świetle prawa medialnego to nie jest spółka amerykańska, tylko europejska, bo ma siedzibę w Europie. Wzięliśmy też pod uwagę, że TVN był wtedy w trudnej sytuacji ekonomicznej. Znaczna część kwoty zapłaconej przez Scripps poszła na pokrycie zobowiązań TVN. A nam zależało, by ten nadawca utrzymał się na rynku. Czy wolałbym, żeby to była stacja polska? Wolałbym. Ale polscy właściciele (rodziny Walterów i Wejchertów – red.) nie mogli lub nie chcieli jej utrzymać.
Ekspertyzy, które was przekonały, że kupno TVN za pośrednictwem spółki zarejestrowanej w Europie pozwoli Amerykanom zachować koncesje, zamówiła rada czy nadawca?
My je zamawialiśmy. Jedna pochodziła z departamentu prawnego KRRiT i ona była dla nas najważniejsza. Po to są prawnicy w biurze Krajowej Rady, żeby służyli nam swoją wiedzą i doświadczeniem. To są dobrzy prawnicy. A sprawa jest prosta.
Teraz Krajowa Rada mówi, że zamówiła ekspertyzy w sprawie TVN24 i wynika z nich coś przeciwnego.
To niech je pokażą. Nadal uważam, że decyzja, którą wtedy podjęliśmy, była praworządna i słuszna.
W dyskusji o TVN24 i innych kanałach tego nadawcy pojawił się też art. 38 ustawy o RTV, mówiący o możliwości cofnięcia koncesji.
To uprawnienie regulatora służy temu, by w skrajnych wypadkach, gdy koncesjonariusz nie wywiązuje się ze swoich zobowiązań lub łamie prawo, można mu było koncesję odebrać. Nie można tego zrobić od razu. To jest dość długa procedura, zaskarżalna do sądu. Chodzi o to, żeby przedsiębiorcy mieli pewność warunków prowadzenia działalności, ale też świadomość granic, w jakich mogą się poruszać. To są bardzo szerokie granice, ich przekroczenie rodzi jednak konsekwencje.
Jedna z przesłanek cofnięcia koncesji to „przejęcie bezpośredniej lub pośredniej kontroli nad działalnością nadawcy”. Z wypowiedzi obecnej Krajowej Rady wynika, że chce pod tym kątem rozpatrzyć fuzję planowaną między Discovery a Warnerem.
To jest kolejny element „rozwibrowania”. Bo co miałaby tu zmienić inna struktura firm amerykańskich? Jaka to różnica, czy jest jeden koncern, czy dwa połączone? Przygotowana przez Ministerstwo Kultury nowelizacja ustawy o RTV, która implementuje dyrektywę unijną o usługach audiowizualnych z 2018 r., zobowiązuje nadawców do publikowania informacji o swojej strukturze właścicielskiej. To właściwy i uzasadniony przepis, który służy informowaniu opinii publicznej. Natomiast co innego, gdy nagle tworzy się prawo, które zmienia warunki koncesji w trakcie jej trwania.
Projekt przewiduje pół roku na dostosowanie się. Plus 30 dni vacatio legis.
To bardzo mało czasu na tak radykalne zmiany. I to w trakcie obowiązywania kilku koncesji. A koncesja to zobowiązanie obustronne. Na przykład główna stacja TVN ma jeszcze parę lat, zanim będzie musiała się ubiegać o przedłużenie.
Jej koncesja wygasa w kwietniu 2024 r.
No właśnie. Można uprzedzić o zmianach i poczekać, ale zapewne chodzi o to, by zdążyć przed wyborami. Zmiany trzeba robić na gruncie praworządności i w sposób służący wartościom, a nie destrukcji i stronniczości. Jeśli właściciele TVN pójdą z tą sprawą do arbitrażu gospodarczego, to za niekorzystne zmiany w obowiązującej koncesji grożą Polsce kary.
Krajowa Rada, której pan przewodniczył, cofnęła koncesję Radiu Hobby z Legionowa za emisję audycji Radia Sputnik z Rosji.
Nie ukrywam, nie podobało nam się, że to taka propagandowa audycja.
Ale nie za to radio straciło koncesję.
Nie za to. Powodem było to, że Radio Sputnik płaciło za emisję swoich audycji, a tego ustawa zabrania. Można umieszczać ogłoszenia płatne, audycje sponsorowane i reklamy, ale w czasie wydzielonym na takie przekazy. Nie wolno zaś sprzedawać czasu antenowego. Radio Hobby tak czyniło, co stało się podstawą decyzji o cofnięciu koncesji.
Zrobiliście w zasadzie to samo, do czego teraz dąży Krajowa Rada: nie podobał wam się program, więc znaleźliście paragraf, żeby zabrać nadawcy koncesję.
Tak, ale nie wymyślaliśmy nowego prawa. Że niby to był pretekst formalny? O wszystkim można tak powiedzieć. Tak samo można określić sytuację z Telewizją Trwam, której nie przyznaliśmy koncesji z powodu formalnego.
To w pierwszym konkursie na cyfrowy multipleks naziemny. Poszło o finanse?
Nie spełnili formalnych warunków konkursu. Biuro Krajowej Rady zwracało im uwagę, że złożyli źle wypełniony wniosek, ale go nie poprawili. Znaczną część aktywów, jakie trzeba było wykazać, stanowiła pożyczka Zakonu Redemptorystów dla Fundacji Lux Veritatis. Ale pożyczka nie jest aktywem, tylko pasywem. Sąd we wszystkich instancjach przyznał nam później rację.
Mimo waszej wrogiej postawy Telewizja Trwam dostała się później na multipleks i do dziś nadaje naziemnie.
Tak, zajęło to dwa, trzy lata i w kolejnym konkursie przyznaliśmy im koncesję. Nie bez znaczenia były manifestacje w obronie Telewizji Trwam, bo pokazały, że ta stacja jest potrzebna dużej części społeczeństwa. Przygotowaliśmy wtedy nawet specjalny profil programu religijnego – skoro opinia publiczna się tego domagała.
Codziennie mieliście tę opinię publiczną z transparentami pod siedzibą KRRiT.
Tak, były też wielkie manifestacje w Warszawie domagające się koncesji dla Telewizji Trwam. Słuchaliśmy tych głosów i przyznaliśmy koncesję, kiedy wniosek nie zawierał wad. Moim zdaniem to nie jest najlepsza telewizja w Polsce, ale nadaje i nikt nie zamierza jej zamykać.
Jest pan człowiekiem o dwóch obliczach: zwolennik TVN24, który udzielił koncesji Telewizji Trwam.
Każdy ma przekonania dotyczące bieżącej polityki, spraw ekonomicznych itd., ale najważniejsze są dla mnie – i mówię to bardzo poważnie – wartości związane z demokracją liberalną. A ta uznaje przede wszystkim prawo do wolności słowa, do tego, żeby na podstawie swobodnej debaty publicznej obywatele mogli podejmować decyzje polityczne, w szczególności dotyczące wyboru władz. I nawet jak mi się pewne programy telewizyjne czy pisma opiniotwórcze podobają, a inne nie, to – jeśli nie przekraczają pewnych granic – uważam, że mają identyczne prawo do istnienia. Bo tylko w taki sposób można dobrze organizować państwo i życie ludzi w tym państwie.
Czyli powinno być miejsce i na TVN24, i na TVP Info, i na TV Trwam, i na szczepionkowców, i na antyszczepionkowców?
Bez wątpienia tak. Oni wszyscy muszą mieć prawo do debaty. Antyszczepionkowców trzeba przekonywać do racji medycznych i interesu społecznego związanego ze szczepieniami. To dziennikarze są zobowiązani do przestrzegania etyki zawodu. TVP Info to telewizja, która dostaje publiczne pieniądze i jest jeszcze bardziej niż inne zobowiązana do tego, by być stacją bezstronną i przestrzegać zasad etyki dziennikarskiej. Za publiczne pieniądze nie można służyć jednej partii. To jest mój zarzut wobec całej Telewizji Polskiej.
Myślę, że gdybyśmy zapytali teraz prezesa Kurskiego lub szefa TVP Info, powiedzieliby, że przestrzegają zasad.
Jacek Kurski na początku swojej prezesury mówił wyraźnie, że służy PiS. W kampanii prezydenckiej też udzielał podobnych wypowiedzi. To jedyny prezes, który stwierdził to wprost. Inni, nawet jeśli jednej partii sprzyjali bardziej niż pozostałym...
...to nie przyznawaliby się.
Nie. Ten rodzaj hipokryzji jest dowodem na to, że pewne wartości się uznaje. Nie będę się oceniał. Powiem tylko, że pracowali wtedy dziennikarze o różnych poglądach, a ja nie ingerowałem w ich pracę.
Hipokryzja to hołd, jaki występek składa cnocie...
...znana myśl La Rochefoucauld.
Wobec TVP obecna Krajowa Rada należycie spełnia swoją rolę regulatora?
Uważam, że nie. Ma co najmniej dwa narzędzia, których mało używa. Po pierwsze, badanie kart powinności mediów publicznych i rocznych porozumień programowo-finansowych – czego Krajowa Rada nie robi.
Jak to nie? Co roku analizuje, konsultuje, zatwierdza.
Tylko formalnie. Poza szczególnymi przypadkami to są badania czysto ilościowe: ile procent czasu antenowego zajmuje jaka tematyka.
A co powinni badać?
Należałoby przede wszystkim stworzyć koncepcję funkcjonowania wszystkich 19 spółek mediów publicznych – w dyskusji ze społeczeństwem, środowiskami twórczymi i nadawcami – a potem to egzekwować. Łącznie z jakościową oceną w kluczowych segmentach, jak informacje i publicystyka, czego obecnie brakuje. To nie jest łatwe, bo rada nie dysponuje odpowiednim instrumentarium i trzeba je zbudować. Następnie – i to dotyczy także mediów prywatnych – regulator powinien przeprowadzać badania bezstronności relacji z kampanii wyborczych. I tu KRRiT abdykowała pod pozorem braku pieniędzy, choć ma o niebo wyższy budżet niż za mojej kadencji. Myśmy z każdej kampanii robili szczegółowe analizy, spotykaliśmy się potem z nadawcami, tłumaczyliśmy im, dyskutowaliśmy – i publikowaliśmy wyniki, by opinia publiczna mogła sobie wyrobić zdanie. Obecna rada stłukła termometr i nie chce sobie sprawić nowego.
Sugeruje pan, że pacjent ma gorączkę?
Zdecydowanie tak, ale dziś można to stwierdzić tylko, dotykając rozgrzanego czoła.
Mówiliśmy o nowelizacji ustawy o RTV wymierzonej w TVN, ale pomysłów legislacyjnych w sferze mediów obecna władza ma więcej. Od lat słyszymy zapowiedzi dekoncentracji, a w lutym tego roku pojawił się projekt ustawy opodatkowującej przychody z reklam.
To różne odsłony batalii, którą PiS prowadzi z mediami. Jeśli chce się rządzić i mieć gwarancję, że będzie się rządziło dalej, to trzeba sobie podporządkować instytucje państwa, które tym zamiarom mogą służyć albo przeszkadzać. Najpierw był zamach na TK, potem na resztę wymiaru sprawiedliwości. Media też były w kolejce, zapowiadała to ówczesna posłanka Pawłowicz i inni politycy PiS. Wszystkie te działania – podatek medialny i repolonizacja, którą potem nazwano dekoncentracją – to narzędzia do podporządkowania mediów jednemu ośrodkowi dyspozycji politycznej. To, co się dzieje z TVN, jest kolejną odsłoną tej gry. Myślę, że opinia publiczna zdaje sobie z tego sprawę i będzie się starała przeciwdziałać.
Przymiarki do repolonizacji vel dekoncentracji robiono już w poprzedniej kadencji i do dziś nic z tego nie wyszło.
Opór stawiają i rynek, i opinia publiczna. Rządzący natrafili tu na trudności, których łatwo nie pokonają. Do tego im dłużej rządzą, tym więcej różnych grup interesów ujawnia się w ich gronie i każda ma inne oczekiwania. Także teraz w sprawie lex TVN Porozumienie Jarosława Gowina zapowiada, że nie zgodzi się na ograniczanie pluralizmu mediów.
Z Jarosławem Gowinem różnie bywa. Dziś mówi „nie”, a potem się zgodzi, tylko nie będzie się cieszył.
Jeśli nie jest samobójcą politycznym, będzie głosował przeciw, bo dobrze wie, że im bardziej ograniczona wolność słowa, tym trudniej przebić się innym poglądom oprócz oficjalnego przekazu partii. Wszyscy od prawa do lewa, łącznie z Konfederacją, powinni sobie zdawać sprawę, że ten projekt jest wymierzony w ich status, w ich pozycję polityczną. Na pewno będzie też opór opinii międzynarodowej – i Amerykanów, i Unii Europejskiej, która jest wrażliwa na takie działania, zwłaszcza po tym, co się stało na Węgrzech.
Węgierskim mediom niezależnym Bruksela nie pomogła.
I nam też będzie miała kłopot, żeby pomóc. Unia nie ma do tego twardych narzędzi. Nie ma tu prostego przełożenia, że jakaś instytucja unijna powie „naruszacie przepisy prawa europejskiego”. Ale może wykorzystać miękkie narzędzia w postaci oddziaływania na opinię publiczną. Niewiadomą jest zachowanie innych mediów, konkurencyjnych wobec TVN.
Oprócz TVP główną konkurencją TVN jest Polsat.
Zobaczymy, co zrobi. Na razie widziałem w internecie i prasie – np. w „Gazecie Wyborczej” – publikacje świadczące o solidarności z TVN. Wszystkie media zachowały się niesłychanie solidarnie wobec podatku od reklam i to zrobiło wielkie wrażenie. Myślę, że rządzący wzięli to pod rozwagę. Czy teraz inne media dostrzegą, że niebezpieczeństwo dotykające bezpośrednio TVN uderza w cały rynek? Liczę, że pozostali nadawcy wypowiedzą się w tej sprawie. Byłoby to coś krótkowzrocznego, gdyby konkurenci korzystali na politycznej akcji przeciwko TVN. Choć rozumiem, że ktoś chce zarabiać pieniądze.
Sądzi pan, że opinia publiczna, która nie zdołała obronić TK, ochroni media?
Nie, sama nie. Rządzący – nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie, co widać za naszą wschodnią granicą – przyzwyczaili się do protestów ulicznych i potrafią je przeczekiwać. Tak jak przeczekali ostatnią falę demonstracji Strajku Kobiet i wcześniejsze manifestacje. Nawet liczne protesty nie obronią więc mediów. Co nie znaczy, że takie działania nie mają sensu. Mają. Oddziałują na rządzących, wysyłają wyraźny sygnał sprzeciwu. Zawłaszczanie sądów, choć częściowo skuteczne, nie powiodło się przecież w pełni. Gdyby TVN zaapelował do swoich widzów o wsparcie, to nie wątpię, że wielu demonstrowałoby w jego obronie, jak kiedyś manifestowali zwolennicy Telewizji Trwam.
Jaki byłby tego skutek?
Trudno powiedzieć. Głos opinii publicznej liczy się tym bardziej, im silniejsza jest w danym kraju demokracja. Tam, gdzie władza odgradza Sejm wysokimi barierkami, a rządzący nie odpowiadają na pytania na konferencjach prasowych, reakcją na protest nie będzie dialog, tylko próba zlekceważenia i wyszydzenia. ©℗
Najprostszym rozwiązaniem jest uzyskanie koncesji w innym kraju europejskim. Z takim dokumentem można nadawać satelitarnie w całej Unii. Za moich czasów były trzy miejsca, gdzie nadawcy to załatwiali, choć formalnie można w każdym kraju