statystyki

Woś: Co to jest polityka? Dopiero się tego uczymy

autor: Rafał Woś03.03.2017, 07:57; Aktualizacja: 03.03.2017, 08:44
Rafał Woś

Rafał Woś „Polityka”źródło: DGP
autor zdjęcia: Wojtek Gorski

Najpierw krytyka transformacji i nadwiślańskiego kapitalizmu. Potem skandal wokół reprywatyzacji. Teraz smog czy wycinka drzew. Poszerza się nam w Polsce pole debaty politycznej. Nareszcie.

Tak się to jakoś przez lata układało, że publicystyka polityczna w Polsce tkwiła w mrokach głębokiego średniowiecza. Albo inaczej. Przypominała jakąś dziwaczną mieszankę kroniki towarzyskiej i przeglądu szachowego.

Śledząc polskie media, można było więc bez trudu rozeznać, kto należy do jakiej frakcji, kręgu czy koterii albo (to ostatnio) kto jest akurat najbliżej ucha prezesa. Niechby to jeszcze przekładało się na jakiś ważny spór. Nawet nie ideowy, ale choćby dotyczący wyrazistego pomysłu na Polskę. Ale gdzie tam. Tysiąc razy mogliśmy więc przeczytać o konflikcie Tuska ze Schetyną czy wcześniej o szorstkiej przyjaźni Millera z Kwaśniewskim. Ale jakie te konflikty miały zerowe przełożenie na sprawy publiczne (może poza kwestią, że ministrem albo prezesem spółki zostanie pan X, a nie pani Y). I tak między Bogiem a prawdą nikt nigdy nie powiedział Polakom, dlaczego te konflikty mają ich w ogóle obchodzić. Politycy to widzieli. Nic więc dziwnego, że ukształtowała nam się przez lata klasa polityczna, w której najlepiej się mają ci, którzy ćwiczą się w mistrzostwie uprawiania gry dla samej tylko gry. Najnowszym mistrzem tego autotelicznego sportu jest oczywiście Jarosław Kaczyński. Nie dziwmy się więc, że bardzo wiele posunięć Kaczyńskiego trudno wytłumaczyć inaczej niż wzniecanie pożarów tylko po to, żeby było potem co gasić. Co celnie skarykaturował pierwszy odcinek „Ucha Prezesa”, gdzie Kaczyński powiada: „Jak z pokoju dzieci nie dochodzą odgłosy bijatyki, to znaczy, że dzieci patrzą na płonące firanki”.

Drugą – z pozoru bardziej wyrafinowaną – wersją tego samego zjawiska były analizy polityczne wyobrażające naszych polityków jako wytrawnych szachistów, którzy myślą kilka ruchów naprzód, realizując doskonale zaplanowane polityczne zamierzenie. Przy czym te ich genialne plany najczęściej kończyły się na przeforsowaniu swojego kandydata na jakieś stanowisko albo po prostu na gromadzeniu władzy dla niej samej. I znów wielu polityków pod wpływem tak skrojonych oczekiwań opinii publicznej zapewne uwierzyło, że tego typu rozgrywki są sednem i celem uprawiania polityki. Przybierają więc rozmaite pozy. W latach 90. była na przykład moda na niezłomnego reformatora, takiego nawiedzonego lekarza, który tnie pacjentowi nogę piłą i jeszcze jest z tego dumny, że nie zrażają go krzyki i tryskająca wokół krew (prekursorem i niedościgłym wzorem na tym polu jest oczywiście Leszek Balcerowicz). Dziś niezdrową fascynację budzi na poły diaboliczny Kaczyński, choć warto wspomnieć, że nie dalej jak pięć lat temu z podobnym podziwem pisano o legendarnych zdolnościach Tuska do eliminowania politycznych przeciwników. Tak jakby rzekome szachy wielkich demiurgów polskiej polityki miały jakiekolwiek znaczenie dla większości polskich obywateli. Stojących na co dzień w obliczu niesprawnych instytucji i panoszącej się wszędzie logiki „kto silniejszy, ten ma rację”.


Pozostało 64% tekstu

Prenumerata wydania cyfrowego

Dziennika Gazety Prawnej
9,80 zł
cena za dwa dostępy
na pierwszy miesiąc,
kolejny miesiąc tylko 79 zł
Oferta autoodnawialna
KUPUJĘ

Pojedyncze wydanie cyfrowe

Dziennika Gazety Prawnej
4,92 zł
Płać:
KUPUJĘ

Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie