Konspiratorzy z lat 1944–1948 (sporadycznie bywało, że i później) walczyli o niepodległość kraju zajętego przez obce wojska. Nie zauważyli (pisze o tym w sposób przejmujący Piotr Semka w swojej ostatniej książce „My, reakcja”), kiedy prosty podział Polacy – okupanci, tak zrozumiały w czasie II wojny, zaczął się rozmywać. Coraz więcej Polaków godziło się z tym, że niepokonana obca przemoc ze Wschodu nie jest tak antypolska, jak przemoc niemiecka, że powstają polskie szkoły i uniwersytety, a na urzędach błyszczą biel i czerwień. W rezultacie wojna o niepodległość kraju z wolna osuwała się w wojnę domową – a oceny takiej wojny nigdy nie są moralnie jednoznaczne.

Oczywiste jest natomiast, że uczestnicy walk powojennych nie odrobili lekcji Powstania Warszawskiego. Co bowiem ono pokazało? Że walki nad Wisłą nie wpływają na zachowania mocarstw, a przez to nie mają wpływu na los Polski. Jest rozumne, aby zarówno powstańcom i państwu podziemnemu, jak i żołnierzom konspiracji powojennej – wprawdzie sprzeciwiającym się ostatniemu rozkazowi AK – oddawać hołd.

Każda wspólnota polityczna ceni męstwo w obronie ojczyzny, nawet kiedy nie podziela racji politycznych tych, którzy wybrali walkę. Tyle że gdyby doszło w 1946 r. do III wojny światowej, nasi antykomunistyczni partyzanci nie mieliby wpływu na decyzje Ameryki. Ich ewentualny brak nie obniżyłby naszych szans na uzyskanie niepodległości, a ich ewentualna aktywność zostałaby zlekceważona. O wiele liczniejsza AK nie wpłynęła na decyzje Zachodu w 1945 r. Żołnierze wyklęci godni są tego, by o nich nie tylko pamiętać, lecz również tego, aby szczerze spierać się o non(sens) ich heroizmu. I żadne dzisiejsze, frapujące zresztą, starcia polityczne nie powinny wpływać na umiejętność oceny dorobku minionych pokoleń.