prof. Andrzej Zieliński

epidemiolog, były konsultant krajowy, studiował na State University of New York, tam też pracował w dużym centrum zajmującym się HIV i AIDS, od 15 lat pracuje w Zakładzie Epidemiologii NIZP-PZH

prof. Danuta Naruszewicz-Lesiuk

w Zakładzie Epidemiologii pracuje od 1955 r. Prowadziła badania w dziedzinie epidemiologii opisowej, doświadczalnej i analitycznej

Wiem, że moje pytanie może zabrzmieć kuriozalnie, ale co by było gorsze: gdyby w Lublinie wybuchła epidemia eboli czy bardzo zjadliwej grypy?

A.Z.: To rozsądne pytanie, bo chodzi pani o ryzyko związane z każdą z tych chorób. W tej kwestii należy wziąć pod uwagę dwa główne czynniki: łatwość i prędkość rozprzestrzeniania oraz ciężkość przebiegu. Jeśli choroba jest bardzo ciężka, bardzo martwimy się epidemią, nawet jeśli mamy stosunkowo niewiele przypadków zachorowań. Jeśli jej przebieg jest lżejszy i mniej dramatyczny, reakcje społeczeństwa są mniej emocjonalne. I to mimo że epidemia przenosi się błyskawicznie. W kontekście grypy są to wielkie liczby chorych, sięgające milionów, więc – nawet statystycznie rzecz biorąc – efekty mogą być dużo groźniejsze niż tej budzącej, zresztą nie bez podstaw, przerażenie choroby ebola.

D.N.L.: I nie chodzi tutaj tylko o zgony spowodowane bezpośrednio grypą, ale o powikłania – niebezpieczne dla życia i zdrowia. Choćby w postaci zapalenia mięśnia sercowego, co sama przeżyłam. Więc choć śmiertelność w przypadku eboli jest większa, bo – nawet w sytuacji, kiedy chorzy dostają wsparcie medyczne – sięga nawet 90 proc., to biorąc pod uwagę łatwość przenoszenia wirusa grypy, ta wygrywa ów koszmarny ranking.

Grypę łatwiej złapać niż gorączkę krwotoczną?

A.Z.: Właśnie tak. Ebola jest chorobą o małej zakażalności. Statystycznie rzecz biorąc, jedna osoba chora na ebolę zakaża, w sprzyjających okolicznościach, od 1,5–2,5 osoby, a przy dużym zagęszczeniu – do 4 osób. Chory na grypę – kilkanaście. W przypadku eboli podwojenie liczby chorych następuje po jakichś 29 dniach, w epidemiach sezonowych liczba zachorowań może się podwajać z tygodnia na tydzień.

D.N.L.: Zasadnicza różnica leży w sposobie przenoszenia się obu tych chorób. Aby zakazić się ebolą, trzeba wejść w bezpośredni kontakt z chorym, z zabrudzonymi przez niego rzeczami czy z płynami ustrojowymi. Grypa rozprzestrzenia się bardziej podstępnie, bo jest przenoszona także przez powietrze. Mówiąc obrazowo, wejdzie pani do pomieszczenia, które jest puste, ale niedawno był w nim człowiek chory na grypę, i już ją pani ma.

Chcecie państwo nas pocieszyć i uspokoić. To jednak, co wydaje mi się bardzo niepokojące, to fakt zakażenia ebolą personelu medycznego, który był przecież zabezpieczony ochronnymi kombinezonami, maskami.

A.Z.: Tą chorobą można się zakazić tylko bezpośrednio. Więc w naturalny sposób osobami najbardziej narażonymi są bliscy chorego i osoby biorące udział w ceremoniach pogrzebowych czy przygotowujące zwłoki do pochówku. A także personel medyczny. W jego przypadku mamy taki problem do rozwiązania: jaką odzież ochronną powinni nosić lekarze, pielęgniarki czy ratownicy medyczni. I, co jeszcze ważniejsze, w jaki sposób ją zdjąć, aby uniknąć zakażenia. Trudno zdjąć kombinezon, nie dotykając go, a dotyk – jeśli wirus znajduje się na powierzchni materiału – może oznaczać zakażenie ebolą. W dodatku wystarczy jego niewyobrażalnie mała ilość – od 1 do 10 wirionów (cząstka wirusa zdolna do funkcjonowania poza komórką – red.), aby wywołać chorobę.

D.N.L.: Zawnioskowaliśmy, aby pielęgniarki i lekarze w tych szpitalach, które zostały wyznaczone do przyjmowania potencjalnych chorych, przetrenowali to przebieranie na sucho. Żeby się nauczyli przebierać niemal bezdotykowo.

Ta przezorność, jeśli ebola przyjdzie i do nas, może wielu uratować życie. No właśnie, przyjdzie czy nie przyjdzie?

A.Z.: Ryzyko istnieje, ale nie jest ono bardzo duże. Polska nie leży na szlaku, którym poruszają się mieszkańcy Afryki Subsaharyjskiej, czyli terenów, na których wybuchła epidemia.

Ale wystarczy, że osoba, która miała kontakt z chorymi i się zaraziła, wsiądzie do samolotu. To przykład kolejnej pielęgniarki, która z ebolą leciała z Cleveland do Dallas. Do dziś, jak się zdaje, nie znaleziono wszystkich 132 osób, które były razem z nią w tej maszynie.

A.Z.: To było nierozsądne z jej strony, zwłaszcza że wbrew oficjalnym komunikatom jakieś objawy choroby już u niej wystąpiły.

D.N.L.: Człowiek, nawet zakażony ebolą, nie zakaża innych, dopóki nie wystąpią u niego objawy choroby. Inaczej niż np. przy ospie wietrznej, kiedy chory choć nie ma jeszcze ani jednej krostki, już sieje wirusa. Na szczęście system monitorowania na lotniskach został tak uszczelniony, że żadna osoba z podwyższoną temperaturą czy pociągająca nosem nie powinna wejść na pokład.

To może w ogóle powinniśmy zapomnieć o eboli i wydawać pieniądze na nieistniejące zagrożenie, a przeznaczyć je na coś pilniejszego.

D.N.L.: Rozumiem, że to prowokacja. Zamiast odpowiadać wprost, opowiem pewną historię. Co jakiś czas Polskę, oprócz innych strasznych chorób, nawiedzała epidemia cholery. Zawsze przychodziła do nas ze Wschodu. I w 1918 r., kiedy z objętej rewolucyjną pożogą Rosji zaczęły napływać do naszego kraju rzesze uciekinierów, także pojawiły się przypadki zachorowań. Nie tylko zresztą na cholerę, ale i na dur plamisty i brzuszny. Wtedy postanowiono założyć nasz instytut, pieniądze częściowo dał rząd, a częściowo biznesmeni pochodzenia żydowskiego, którzy byli zainteresowani, aby te choroby nie rozprzestrzeniały się wśród uchodźców z terenów objętej wojną domową Rosji. Zadaniem instytutu było stworzenie swoistego kordonu sanitarnego na południowo-wschodniej granicy kraju. To była bardzo mądra decyzja, zwłaszcza że w 1920 r., po wojnie polsko-bolszewickiej, zostały u nas tysiące żołnierzy radzieckich, którzy trafili do obozów jenieckich. Feliks Przesmycki, mój późniejszy szef i dyrektor PIH, wtedy jeszcze zwykły lekarz, został oddelegowany przez słynnego prof. Ludwika Hirszfelda do obozu w Strzałkowie z poleceniem, aby zatrzymać tam epidemię, co zresztą się udało.

Wbrew temu, co dziś opowiadają Rosjanie – że jakoby za pomocą broni biologicznej wymordowaliśmy kilkanaście tysięcy ich rodaków. Ale pani profesor z sukcesami walczyła z cholerą w rejonie Astrachania. A przy okazji łyżkami jadła kawior, popijając wódką z kubka.

D.N.L.: Ze szklanki musztardówki, żeby być wierną szczegółom. To było na przełomie lat 50. i 60., kiedy na tamtych terenach znów wybuchła epidemia cholery i było tylko kwestią czasu, kiedy przyjdzie do Polski. Wysłano nas do ZSRR w trójkę – mnie jako epidemiologa, a oprócz tego dwójkę lekarzy, bakteriologa i klinicystę – żebyśmy w praktyce nauczyli się postępowania z epidemią, organizowania izolatoriów, pomocy chorym. Dotarliśmy do samego Astrachania wojskowym samolotem, to było przeżycie samo w sobie. Moi koledzy zostali w mieście, w tamtejszym szpitalu hospitalizowano już 500 osób, zakażonych było pewnie kilka razy więcej. A ja ruszyłam w teren. To teraz ja zapytam panią: czy można umyć ręce w Wołdze?

Domyślam się, że nie chodzi o strome zejście do rzeki.

D.N.L.: Otóż to. Okazało się, że to w rzece jest mnóstwo przecinkowców cholery. A ludzie, którzy tam mieszkali, korzystali głównie z niej jako źródła wody. Podczas wywiadu terenowego pewna kobieta powiedziała mi: „Piję wodę z Wołgi, bo jest smaczna, dużo lepsza niż ze studni”. Wielu rzeczy nauczyłam się podczas tej wyprawy. Tego choćby, że cholery łatwo uniknąć – wystarczy myć ręce i gotować wodę. Jak wróciłam do kraju, doprowadziłam do kilku zmian w podręcznikach akademickich. Najważniejsza dotyczyła rozpoznawania chorych. Nie każdy z nich musi mieć tzw. twarz Hipokratesa – czyli zaostrzone rysy, zapadnięte oczy, zapadnięte policzki – to pojawia się dopiero w ostatnim etapie choroby, kiedy dojdzie do totalnego odwodnienia organizmu. Ważne więc, żeby osoby, u których pojawi się biegunka, gorączka, a które wróciły z terenów zagrożonych, od razu izolować i badać.

W jakiś sposób wiąże się ta nauka także z zagrożeniem ebolą. I wszystkimi innymi chorobami zakaźnymi. Znaleźć źródło zakażenia, by zatrzymać rozprzestrzenianie się choroby. Ale z wirusem Ebola jest o tyle trudno, że pojawia się nie wiadomo skąd i znika. Wiadomo, że przenosi się między gatunkami – nie tylko zwierząt, ale także z nich na człowieka.

A.Z.: Jest takie określenie „rezerwuar zarazków”, które oznacza środowisko ludzkie lub zwierzęce wraz z warunkami naturalnymi na ograniczonym terenie, w którym drobnoustrój wywołujący określoną chorobę ma zdolność przetrwania. W Afryce przebadano ponad tysiąc kręgowców, aby sprawdzić, które z nich są nosicielami wirusa. Okazało się, że to trzy gatunki owocożernych nietoperzy. One nie chorują, ale najprawdopodobniej to z nich wirus przenosi się na inne organizmy. Ludzie mogą się nim zarazić np. poprzez jedzenie mięsa – zupę z nietoperzy oraz ich suszone ciała, takie chipsy, to popularne na tamtych terenach potrawy. Ale chorobę można także złapać od żywicieli pośrednich – małp i antylop, które tubylcy upolują i zjedzą, zanim u tych wystąpią objawy eboli. Bo akurat te zwierzęta chorują i giną po zakażeniu wirusem tak samo jak nasz gatunek. W przypadku ostatniej epidemii eboli tzw. pacjentem zerowym, czyli pierwszym, u którego stwierdzono wirusa, był dwuletni chłopiec z wioski Meliandou w Gwinei – zmarł 6 grudnia zeszłego roku. Nie wiadomo jednak, w jaki sposób on się zaraził.

Czy wybuch epidemii można połączyć z jakimiś konkretnymi zjawiskami demograficznymi czy gospodarczymi? Bo np. wojny wybuchają najczęściej wówczas, kiedy nałożą się na siebie dwa czynniki: nadpodaż naładowanych testosteronem samców ludzkich nad samicami plus kryzys gospodarczy.

A.Z.: W tym przypadku, oprócz pewnych naturalnych uwarunkowań, istotne są czynniki gospodarcze i cywilizacyjne, które trudno od siebie oddzielić. Kraje, w których jest – i było w przeszłości – najwięcej zachorowań, to Gwinea, Liberia i Sierra Leone. To, co je łączy, oprócz niestabilnej sytuacji politycznej, to wielkie nierówności społeczne i skrajna nędza, w jakiej żyją najbiedniejsi – będący przy okazji największą grupą społeczną. To, co wyróżnia obecną epidemię od poprzednich, to fakt, że tamte wybuchały głównie na terenach wiejskich. Jedynym wyjątkiem było ognisko w mieście Kikwit w Zairze w 1995 r. Obecna epidemia została zawleczona do miast, gdzie rozprzestrzenia się znacznie szybciej. Stąd tyle zgonów, można założyć, że kiedy ukaże się nasza rozmowa, będzie ich ok. 5 tys. Ludzie są przerażeni, zdarzało się niszczenie izolatoriów jako miejsc, z których rozchodzi się zło. Dochodzi do zamieszek. Piekło. Niczym w Europie 1348 r., kiedy pustoszyła ją czarna śmierć, czyli epidemia dżumy.

Wydawałoby się, że jeśli od lat wirus Ebola atakuje w Afryce, to jej mieszkańcy powinni na niego odporność.

D.N.L.: To nie jest jeden wirus, ale kilka. Głównie Ebola Zair, który zebrał do tej pory największe śmiertelne żniwo, i tylko nieco mniej groźny Ebola Sudan. Jest jeszcze Ebola Ivory Cost – znamy tylko jeden przypadek zachorowania. Oraz w miarę łagodny (27-procentowa śmiertelność) Ebola Bundibugyo. Można wymienić jeszcze Ebola Reston – ale ten wywoływał chorobę u małp, wśród ludzi odkryto tylko siedem przypadków zakażenia i wszystkie przebiegły bezobjawowo. Trzeba jeszcze wiedzieć, iż ebola nie jest chorobą endemiczną, utrzymującą się na danym obszarze przez dłuższy czas, nie ma na nią szczepionki, nie można się na nią uodpornić. To oznacza, że wszyscy ludzie, którzy spotykają się z wirusem, są nań podatni.

Epidemia może wygasnąć sama z siebie?

A.Z.: Teoretycznie tak – kiedy wirus nie będzie już miał kogo zakażać. Zawsze jest tak, w warunkach niekontrolowanych, że epidemia osiąga swój szczyt, a potem opada. Bo jedni umrą, a nieliczna reszta wyzdrowieje. Sensowniej, w interesie całej społeczności światowej, będzie podjąć konkretne działania, aby ją zahamować. Ale kraje, które mają odpowiednie zasoby, nie dają na to dostatecznych środków, a i te nie zawsze są wydawane racjonalnie.

Mogą tego jeszcze gorzko pożałować. W dawnych wiekach zdarzało się, że choroby zakaźne wybijały nawet 50 proc. populacji kontynentu. Tak było podczas XIV-wiecznego pochodu czarnej śmierci, zwanej też morową zarazą, przez Europę, o której już wspominaliśmy. Ale epidemie przynosiły także cywilizacyjne skutki, niekoniecznie w globalnej skali ewidentnie złe.

A.Z.: Może sięgnijmy więc jeszcze dalej, do epidemii dżumy Justyniana w 552 r. Przez wyludniony nią kontynent mogli spokojnie przemaszerować Arabowie, którzy podbili (ostatecznie zajęli je Turcy w XV w.) Bizancjum i położyli tym samym kres jego istnieniu. Dżuma szalała wówczas w północnej Afryce przez pół wieku – życie straciła ponad połowa ludności Egiptu. Gdyby nie to, Arabowie nie byliby w stanie dokonać tak wielkich podbojów. Proszę zwrócić uwagę – za parę lat przyjdzie na świat Mahomet, a wraz z nim narodzi się druga wielka monoteistyczna religia, która zmieni oblicze świata aż do naszych czasów. Inna sprawa, że już jakieś tysiąc lat wcześniej epidemia, prawdopodobnie duru brzusznego, pomogła Sparcie wygrać z Atenami wojny peloponeskie.

Ciekawe jest także to, w jaki sposób przetoczenie się takiej choroby zmieniało gospodarkę.

A.Z.: Najpoważniejszym skutkiem epidemii był upadek feudalizmu. Po prostu w Europie Zachodniej zaczęło brakować chłopów, nie było rąk do pracy. Panowie zaczęli sobie podkupywać tych, którzy ostali się przy życiu. Zresztą także w miastach rzemieślnikom, którzy przetrzymali epidemię, zaczęło się powodzić zdecydowanie lepiej – ich zyski skoczyły, bo nie miał kto szyć tych wszystkich ubrań, butów, stawiać domów. Ta sytuacja zmieniła się dopiero w XIX w., kiedy populacja ludzka się odrodziła.

D.N.L.: Ale nie wszędzie epidemia spowodowała aż tak wielkie straty, np. Niderlandy utraciły 30 proc. ludności. No i były także takie miasta, jak Norymberga, które zostały oszczędzone przez zarazę. I one zaczęły się fantastycznie rozwijać, gdyż nałożyły się na siebie dwie rzeczy – nowe rozwiązania plus niezniszczony potencjał ludzki.

Dlaczego zaraza jedne społeczeństwa omijała, a inne wybijała bez litości? Cud czy są bardziej racjonalne powody?

A.Z.: Nie kwestionując bożej opatrzności, raczej bym zwrócił uwagę na poziom cywilizacyjny tych miast. Może system rynsztoków działał sprawniej, może ich mieszkańcy myli się częściej? A może żyło w nich mniej szczurów, bo to właśnie one – a konkretnie pchły, które na nich żerują – są roznosicielami bakterii dżumy.

Jak szybko ludzie zaczęli wykorzystywać drobnoustroje chorobotwórcze jako broń biologiczną? Domyślam się, że wiązało się to zapewne ze zrozumieniem przez nich natury chorób zakaźnych.

A.Z.: Już od starożytności wielcy lekarze, od Hipokratesa poczynając, podejrzewali, iż może je powodować „coś” w najbliższym otoczeniu, tylko różnie to nazywali. Jedni uważali, że winne jest złe powietrze, inni, m.in. Galen, rzymski lekarz z II w. n.e., czy perski geniusz Awicenna z X w., przeczuwali, że decydować mogą czynniki zewnętrzne. Dlatego Galen, kiedy w Rzymie wybuchła epidemia ospy, wziął nogi za pas i wyjechał na prowincję, żeby ją tam spokojnie przetrwać. Jednak pierwsze wzmianki o wojnie biologicznej pochodzą z pierwszej połowy XIV w. z Krymu. Było tam miasto Kuffra, zamieszkane przez Włochów, głównie handlarzy, którzy dzierżawili je od Tatarów. Ten wojowniczy lud co jakiś czas stwierdzał, że przybysze za mało mu płacą za wygodne życie, i zaczynał oblegać włoskich kolonistów, a ci – prędzej czy później – zgadzali się na podwyżkę stawki. Ale podczas kolejnych negocjacji biznesowych w 1346 r. okazało się, że Tatarów dziesiątkuje dżuma, którą przywlekli z sobą z Azji. I wymyślili, że aby zachęcić partnerów biznesowych do szybszych decyzji, jako argumentów użyją trupów swoich zmarłych, których za pomocą katapult przerzucali przez mury do obleganego miasta. Efekt był jednak niekoniecznie taki, jaki założyli. Bo Włosi, kiedy trup wśród nich zaczął się słać gęsto, wsiedli na statki i uciekli do domu, do Neapolu. I zabrali z sobą dżumę, która w ciągu dwóch lat opanowała Europę.

Igranie z wirusem to igranie ze śmiercią, o czym bez wytchnienia ostrzegają autorzy medycznych thrillerów. Sama, kiedy zaczęło się to zamieszanie z ebolą, sięgnęłam powtórnie po „Bastion” Stephena Kinga. Ale w historii, którą pan opowiada, ci Tatarzy nie spodziewali się, że ciskanie zwłokami okaże się bronią obosieczną.

A.Z.: Tak, bo pchły – czyli stworzenia przenoszące zarazę – natychmiast uciekają ze stygnącego ciała i szukają nowego żywiciela. Więc wracały do miotaczy.

Co ciekawe, jeśli czarna śmierć do dziś tkwi w pamięci zbiorowej zachodnich Europejczyków, to my jesteśmy na ten przekaz odporni. Pewnie dlatego, że nasz kraj został przez nią potraktowany ulgowo.

D.N.L.: Dżuma była chorobą zatłoczonych miast, a Polska była wówczas krajem mało ludnym. Wzmianki o niej, a konkretnie o jej nawrocie w 1362 r., można znaleźć u Jana Długosza, który opisuje wrzodziejące guzy na ciałach chorych, gdyż mieliśmy wtedy do czynienia z dymieniczą odmianą tej choroby, atakującą węzły chłonne i płuca. A jeśli chodzi o kulturową pamięć... Proszę wziąć pod uwagę, że gdyby nie tamta okrutna epidemia, nie powstałoby takie dzieło literackie jak „Dekameron” Giovanniego Boccaccia. Dzisiaj już dzieci w szkołach pewnie nie czytają go jako nielegalnej lektury obowiązkowej nastolatków, więc przypomnę treść: dziesięciu szlachetnie urodzonych florentyńczyków ucieka z miasta przed zarazą. Aby odgonić czarne myśli i zapomnieć o nieszczęściu, opowiadają sobie różne historyjki.

Kolejna rzecz, która mnie fascynuje: jak to jest, że na przestrzeni wieków jedna zaraza wypiera i zastępuje poprzednią. Była sobie dżuma, potem na jej miejsce przychodzi cholera, a później dołączają do niej ospa i odra, które wcale nie były dla ludzi łagodniejsze.

A.Z.: Zwłaszcza tam, gdzie zarazek był nowy, niespotykany i trafiał na genetycznie jednolitą populację. Doskonałym przykładem jest wyprawa wojsk Napoleona na Moskwę, będąca początkiem końca wielkiej armii. Wojska napoleońskie zabijał nie tyle mróz, jak często się dziś sądzi, ile epidemia duru plamistego. Żołnierze cesarscy zetknęli się z nią dopiero podczas przemarszu przez Rosję i dlatego szerząca się w ich szeregach epidemia zabrała więcej żywotów ludzkich niż kule Kozaków. Oczywiście i mróz miał tutaj wpływ na sytuację, gdyż ci żołnierze, marznąc, nocami tulili się do siebie, okrywali jednym, często zawszonym kocem, by się rozgrzać, więc zarazek tym łatwiej przechodził z człowieka na człowieka. Inny klasyczny przykład to wyprawa Jamesa Cooka – wiek wcześniej – na Tahiti, gdzie jego marynarze pozakażali tubylców gruźlicą oraz syfilisem. W efekcie zmarło 90 proc. populacji wyspy. Albo jeszcze inny, chyba najlepiej znany przykład, dotyczący czasów, kiedy Anglicy kolonizowali Amerykę – Indianie marli jak muchy od odry i ospy. Inna sprawa, że najeźdźcy specjalnie ich zakażali.

D.N.L.: Ale fakt, że jedna choroba jest zastępowana przez drugą, wynika także z czynników cywilizacyjnych oraz sposobu przenoszenia się tych chorób. Dżuma jest chorobą odzwierzęcą, więc będzie kwitła tam, gdzie blisko siedzib ludzkich jest zatrzęsienie zapchlonych szczurów, psów i innych zwierząt. Z kolei cholera, choroba wynikająca z braku higieny, pojawi się w dużych skupiskach, które mają kłopot z czystą wodą i odprowadzaniem ścieków.

Odporności na dany zarazek wykształcającej się genetycznie też nie należy lekceważyć.

D.N.L.: Oczywiście, że nie, ale większą wagę przywiązywałabym do świadomych działań człowieka, który coraz lepiej rozumiał mechanizmy przenoszenia się chorób zakaźnych. Milowym krokiem na tej drodze było wynalezienie szczepionek – te pierwsze, na ospę, pojawiły się w XIX w. Dzięki masowym szczepieniom niektóre śmiertelnie niebezpiecznie choroby niemal zniknęły z naszego życia. Choćby polio (choroba Heinego-Medina), przed którym drżeliśmy jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku. Ale za wcześnie na odtrąbienie zwycięstwa, nie pozbyliśmy się tych „starych” chorób zupełnie. Wciąż zdarzają się przypadki dżumy, głównie w Azji, ale jest do wyleczenia antybiotykami. Tak samo trąd czy cholera.

W Polsce ostatnią epidemię ospy mieliśmy w 1963 r. we Wrocławiu: było 99 chorych, siedmiu zmarło. Miasto otoczono kordonem sanitarnym, zorganizowano masowe szczepienia w całym kraju i od tamtej pory w „temacie ospa” mamy spokój. Szkoda, że ze zwyczajną grypą nie potrafimy sobie poradzić.

D.N.L.: Pandemia grypy wybucha w nieregularnych odstępach co kilka lub nawet kilkadziesiąt lat. Ta najgroźniejsza, która zabiła nawet 100 mln osób, pojawiła się w 1918 r. Ale pamiętajmy, trwała I wojna światowa, młodzi ludzie siedzieli w okopach w tragicznych warunkach higienicznych, wyczerpani, głodni, zestresowani.

Można się więc domyślać, że gdyby ten sam wirus zaatakował bogate, syte społeczeństwo, nie byłby tak groźny. Ale i tak musi niepokoić, że wirus grypy nieustannie mutuje, przenosi się ze zwierząt na ludzi. I zabija.

D.N.L.: Zwłaszcza że nikt nie może dać gwarancji, czy jeszcze bardziej nie zmutuje i nie przemieni się w niezwykle groźną odmianę. Natury nie da się powstrzymać, ale od czegoś mamy epidemiologów, bakteriologów, klinicystów. Toczy się walka, nawet jeśli jej odgłosów nie słychać w mediach tak głośno, jak obecnie przy okazji eboli.

Tym, co mnie jeszcze przeraża, jest fakt, że wciąż zmieniają się uwarunkowania – te klimatyczne, a wraz z nimi te biologiczne. Mamy ponoć ocieplenie klimatu, organizmy żywe wcześniej nieznane na naszych europejskich terenach zaczynają się u nas plenić. A wraz z nimi nieznane wcześniej choroby, jak choćby malaria. Pamiętam tę historię z malarią w Danii...

A.Z.: Ale tam wszystko dobrze się skończyło. Tę duńską malarię przenosił komar o nazwie Anopheles, który bardzo lubił bydlęcą krew, a krowy pasły się wtedy w Danii na pastwiskach. Kłopot się skończył, gdyż duńscy rolnicy zapędzili krowy pod dach i zajęli się hodowlą przemysłową. Ale nie można wykluczyć kolejnych komplikacji. Jest wirusowa choroba z Madagaskaru – chikungunya. Przedostała się do Europy, a konkretnie do Niemiec i Włoch, gdyż jej wirus zmutował w ten sposób, iż teraz jest przenoszony także przez bardziej zimnolubnego komara niż kiedyś. To jest przyroda, natura, która nieustannie ewoluuje, a wraz z nią pojawiają się nowe zagrożenia.

A kto umarł, ten nie żyje. Co będzie następnym masowym zabójcą ludzkości? Ebola?

A.Z.: Z całym szacunkiem dla tego wyjątkowo zjadliwego wirusa, ale nie. Nawet w Afryce, która jest najbardziej zagrożona jego działaniem, głównym zabójcą jest nie on, lecz wirus HIV, którego w dostatnim zachodnim świecie jakoś oswoiliśmy. Ebola znajduje się na szarym końcu, za AIDS idą bowiem zapalenie górnych dróg oddechowych, biegunka, malaria, udary, dziesiątki innych schorzeń, po wreszcie zwyczajne wypadki drogowe. Przy całej naszej dbałości, ostrożności i zapobiegliwości trzeba zdawać sobie sprawę z proporcji. Ja bym bardziej obawiał się gruźlicy, o której chcielibyśmy dawno zapomnieć, a która wciąż jest szalenie groźna. Zwłaszcza że mamy dziś do czynienia z jej lekoodpornymi mutacjami. Ale to już nie jest tak atrakcyjne, jak możliwość wykrwawienia się wewnętrznego z powodu infekcją wirusem Ebola.

Najpoważniejszym skutkiem epidemii czarnej śmierci w XIV w. był upadek feudalizmu. W Europie Zachodniej zaczęło brakować chłopów. Po prostu nie było rąk do pracy