Tuż po katastrofie, przy drodze prowadzącej ze Smoleńska do trasy Mińsk - Moskwa widać było kępy drzew z połamanymi czubkami i gałęziami. Dziś już ich nie ma, zostały wycięte. Przy samej drodze wykopano wielki dół, w którym umieszczono kilka betonowych słupów. Jeszcze kilka tygodni temu stały tam koparki. Dalej, w głębi lotniska Siewiernyj, siatka ogradza miejsce na którym leżały fragmenty rozbitego tupolewa. 

Obecnie teren ten zarósł wysokimi chwastami. Obok ogrodzenia wciąż stoi brzoza, w której tkwi kawałek samolotu, z wyraźnym fragmentem biało-czerwonej szachownicy. To tu powiewają nasze flagi narodowe i stoi 96 zniczy symbolizujących 96 ofiar tragedii z 10 kwietnia 2010 r. 

Jeśli ktoś chciałby zobaczyć 'najsłynniejszą' brzozę, tę o którą skrzydłem miał zawadzić samolot, to będzie miał problem. Najważniejszy fragment drzewa został wycięty rok temu, i zabrany przez polskich prokuratorów. Mówił o tym wielokrotnie prokurator wojskowy ppłk. Karol Kopczyk. Według niego, chodziło o ustalenie czy w drzewie rzeczywiście znajdują się fragmenty Tu-154M. 

Na miejsce smoleńskiej katastrofy niemal każdego dnia przyjeżdżają pracujący w Smoleńsku przedstawiciele polskiej dyplomacji. 

Coraz rzadziej zaglądają tam Rosjanie. Jedynie przedstawiciele smoleńskiej Polonii, regularnie spotykają się obok brzozy, w której tkwi fragment tupolewa, aby modlić się w intencji ofiar.