W Europie można znaleźć przykłady megainwestycji cieszących się bezwarunkowym poparciem. Pod Genewą działa Wielki Zderzacz Hadronów, najpotężniejszy akcelerator cząstek na świecie. Chociaż jego falstart w 2011 r. wzbudził odrobinę kontrowersji, ani na chwilę nie spadło poparcie dla niego. Inne projekty nie miały tyle szczęścia.

Za sztandarowy przykład konsekwencji braku politycznego wsparcia można uznać Desertec. Miała to być sieć elektrowni słonecznych zbudowanych na piaskach północnej Sahary, skąd energia elektryczna płynęłaby do Europy kablami po dnie Morza Śródziemnego. Projekt wart 400 mld euro byłby najbardziej ambitnym przedsięwzięciem europejskim i z pewnością jednym z najbardziej ambitnych w historii ludzkości. Dla porównania Międzynarodowa Stacja Kosmiczna kosztowała 100 mld dol.

W 2050 r. panele słoneczne miały pokrywać 16,8 tys. km kw. pustyni (więcej niż powierzchnia województwa małopolskiego), produkując rocznie 1064 TWh energii – jedną trzecią europejskiej produkcji prądu. Powstałe w 2009 r. konsorcjum utworzyli europejscy giganci przemysłu (Siemens, Bosch, E.ON i RWE), bankowości (Deutsche Bank i UniCredit), a nawet sektora ubezpieczeń (Munich Re). Mając takie poparcie, jeszcze w ubiegłym roku Desertec wydał optymistyczny komunikat: w 2016 r. tunezyjskie słońce będzie świecić dla Europy.

Do porażki projektu przyczyniły się jednak trzy czynniki. Kryzys poważnie uderzył europejskie państwa po kieszeniach. W 2011 r. Hiszpanie wycofali się z budowy prototypowej instalacji w Maroku, jako powód podając deficyt sektora energetycznego wynoszący 31 mld euro. Arabska wiosna pokazała, że państwa, w których ręce Europa chce złożyć swoją energetyczną przyszłość, są niestabilne. Dodatkowo: który kraj chce polegać na energii elektrycznej z importu? W efekcie politycy powoli przestali pojawiać się na konferencjach konsorcjum. Projekt stanął pod znakiem zapytania, kiedy w 2012 r. wycofały się z niego Siemens i Bosch.

W lipcu stało się też jasne, że nie powstanie gazociąg Nabucco, który miał połączyć Europę ze złożami gazu nad Morzem Kaspijskim. Długa na 3,9 tys. km rura miała rocznie transportować 51 mld m sześc. gazu, chociaż trochę uniezależniając Europę od dostaw z Rosji. Dlatego Bruksela mocno zaangażowała się w tę inwestycję. W 2008 r. holenderski minister spraw zagranicznych Jozias van Aartsen został nawet nominowany na koordynatora projektu. W tym samym roku ówczesny komisarz ds. energii Andris Piebalgs mówił: – Europa jest zjednoczona, jeśli chodzi o kontynuację przedsięwzięcia.

Później jednak okazało się, że rolę wschodniej nitki Nabucco przejmie gazociąg TANAP, budowany przez Turcję i Azerbejdżan, więc projekt uległ skróceniu do 1,3 tys. km. Nawet ten fragment jednak nie powstanie, bowiem ostatecznie nie udało się znaleźć dostawcy, który chciałby przesyłać swój gaz przez Nabucco. Ostatecznie do tego celu Azerowie wybrali 900-km gazociąg TAP na dnie Adriatyku, który ma połączyć Grecję z Włochami.

Brak politycznego wsparcia zaważył też na losach szumnie zapowiadanego europejskiego odpowiednika systemu GPS, czyli Galileo. Chociaż od momentu rozpoczęcia projektu w 1999 r. minęło już 14 lat, system jest daleki od ukończenia, nie mówiąc o rynkowej obecności. W międzyczasie Rosja zdążyła ukończyć swój system Głonass. Na rynku już w tej chwili dostępne są telefony komórkowe potrafiące odbierać sygnał z rosyjskich satelitów.

Europejscy inżynierowie byli jednak świadomi, że Galileo będzie działał na silnie konkurencyjnym rynku. Dlatego system miał przebijać konkurencję pod względem dokładności. O ile amerykański GPS oferował klientom cywilnym określanie pozycji z dokładnością do 10 m, o tyle Galileo miał to robić z dokładnością do 1 m i – dzięki temu – zarabiać na siebie. Niestety, z szacunków Komisji Europejskiej wynikało, że projekt i tak będzie deficytowy, w związku z czym zmniejszono ostateczną liczbę satelitów z 30 do 22. Obecnie na orbicie znajdują się cztery urządzenia.