W zupełnie innej sytuacji jest brytyjska premier Theresa May, która po drugiej stronie kanału La Manche nie może liczyć na żadną taryfę ulgową. Jej rozmówcy w Brukseli w zeszłym tygodniu twardo trzymali się swojego stanowiska, mówiąc jej, że nie ma możliwości zmian w wynegocjowanej umowie brexitowej.

Upór UE w negocjacjach z Londynem bywa czasem trudny do zrozumienia. Na pierwszy rzut oka może wyglądać to tak, jakby cały kontynent stał się zakładnikiem 500-kilometrowej, położonej na rubieżach Europy granicy pomiędzy Irlandią a Irlandią Północną. Ta jedna kwestia dzieli obie strony od zawarcia porozumienia i przeprowadzenia całej brexitowej operacji w sposób uporządkowany i płynny. Bez umowy dojdzie do zerwania liczących 40 lat więzi Wielkiej Brytanii z UE w jedną noc z 29 na 30 marca.

Na granicę irlandzką wrócą kontrole, choć dzisiaj jej przekroczenie wiąże się jedynie ze zmianą systemu metrycznego – mil na kilometry i na odwrót. Dlaczego więc UE nie chce pójść na ustępstwa? Dlaczego nie rozpocznie rozmów chociażby na temat kompromisu sugerowanego przez ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza? Szef polskiej dyplomacji zaproponował, by do zapisanego w umowie mechanizmu awaryjnego w sprawie irlandzkiej granicy, na który nie chce się zgodzić brytyjski parlament, dodać pięcioletnią klauzulę czasową.

Mechanizm awaryjny został wprowadzony do porozumienia na wypadek, gdyby stronom nie udało się wypracować trwałego rozwiązania problemu granicy irlandzkiej. Ta swoista polisa ubezpieczeniowa ma uchronić przed powrotem kontroli na irlandzkie posterunki, bo zakłada, że jeśli nie uda się znaleźć alternatywy, Zjednoczone Królestwo pozostanie w unii celnej. To rozwiązanie okazało się jednak niestrawne dla brytyjskich parlamentarzystów. Zwolennicy twardego brexitu chcą bowiem maksymalnego zerwania więzi z UE. Dlatego liczą, że premier May w rozmowach z UE znajdzie inne rozwiązanie. Limit czasowy zaproponowany przez Czaputowicza potencjalnie mógłby być jednym z nich.

Kłopot w tym, że taka klauzula całkowicie zmieniłaby reguły gry. Od tej pory wszystkie karty w ręku miałaby Wielka Brytania, bo to ona ostatecznie decydowałaby o tym, czy nowe rozwiązanie dotyczące irlandzkiej granicy jest satysfakcjonujące, czy nie. Bertie Ahern jako irlandzki premier brał udział w podpisywaniu porozumienia wielkopiątkowego, które w 1998 r. zakończyło konflikt w Irlandii Północnej. W wywiadzie dla Channel 4 News podkreślał, że limit czasowy nie może zostać wprowadzony. – Nikt nie ufa Brytyjczykom? – dopytywał dziennikarz. – Mieliśmy komisję do spraw granicy w 1925 r. i im ufaliśmy. Ale nie chcę do tego wracać – odpowiedział Ahern, nawiązując do negocjacji sprzed 100 lat, w ramach których wytyczona została granica irlandzka.

Sposób, w jaki przebiegają w Wielkiej Brytanii przygotowania do brexitu, nie jest dobrym prognostykiem. Nie chodzi nawet o intencje Londynu, lecz najzwyczajniej w świecie o chaos, jaki zapanował na brytyjskiej scenie politycznej. Najbardziej dosadnie ujął to przewodniczący Rady Europejskiej Donald Tusk, zastanawiając się nad miejscem w piekle, do którego trafią brytyjscy politycy, którzy nie przygotowali się na wyjście z UE. Kluczowa dzisiaj kwestia irlandzkiej granicy w ogóle nie była przedmiotem kampanii referendalnej.

Potem Brytyjczycy zapewniali, że chcą uniknąć powrotu twardej granicy, ale nie poświęcano zbyt wiele miejsca temu, jak to osiągnąć. Dlatego po ostatnich głosowaniach w Westminsterze przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker stwierdził, że teraz wiemy, czego Wielka Brytania nie chce, ale wciąż nie wiemy, czego chce. Jednak zamiast się nad tym zastanawiać, brytyjscy politycy w zeszłym tygodniu roztrząsali, co tak naprawdę miał na myśli Tusk, kogo i jak bardzo obraził i kiedy przeprosi. Niezdecydowanie Brytyjczyków to jeszcze jeden powód nieustępliwości Brukseli.

Nawet gdyby Unia powróciła do stołu rozmów i wynegocjowała nowe rozwiązanie w sprawie granicy, to nie ma gwarancji, że zostałoby ono zaakceptowane przez Westminster. Premier May zapewnia, że uda jej się przeforsować zmianę w parlamencie, ale nie wiadomo, na ile silne są jej gwarancje, biorąc pod uwagę sromotną porażkę, którą wynegocjowana przez jej rząd umowa z UE poniosła w głosowaniu izby. Do brexitu pozostało nieco ponad półtora miesiąca. Brytyjska klasa polityczna ma więc bardzo mało czasu na udowodnienie, że jest w stanie wziąć sprawy państwa w swoje ręce i samodzielnie – już bez pomocy z Brukseli – rządzić Wielką Brytanią.

Testem dla niej jest właśnie sprawa irlandzkiej granicy. Jak słusznie mówiła wiceprzewodnicząca ugrupowania Sinn Féin w Irlandii Północnej Michelle O’Neill, to na Wielkiej Brytanii spoczywa odpowiedzialność za tę kwestię, bo to ona chce wyjść z UE. – To nie my głosowaliśmy za brexitem – podkreślała Irlandka. Tymczasem od tego zależy pokój na wyspie. O tym, jak bardzo jest on kruchy, można się było przekonać przed trzema tygodniami, gdy doszło do eksplozji samochodu w północnoirlandzkim Londonderry. Incydent pokazał, że wraz z twardą granicą mogą powrócić kłopoty.