W eksperckim gronie prawników, przedstawicieli świata biznesu, samorządowców i organizacji pozarządowych wykuwały się pomysły na to, co zrobić, by tchnąć nową jakość w nasze miasta. Kryje się pod tym nie tylko pozyskiwanie zagranicznych firm i promocja potencjału inwestycyjnego, ale również stymulowanie rozwoju lokalnych firm, a także poprawa relacji między biznesem, samorządem a uczelniami.

Odpowiedzi na te wyzwania były różne, podobnie jak doświadczenia przedstawicieli zaproszonych środowisk. Gdy jedni podkreślali, że nie da się zrobić kroku naprzód bez rozpoznania nowych trendów, tak inni dzielili się przykładami, że niekiedy wystarczyło tylko odkryć niewidoczny na pierwszy rzut oka potencjał firm z własnego podwórka.

– Walcząc o zainteresowanie wielkich firm, nie można odwracać się od przedsiębiorców, którzy już od lat działają na lokalnym gruncie i mogą, co udowodnił Toruń, rozwinąć skrzydła, jeżeli tylko otrzymają wsparcie ze strony miasta – mówił Łukasz Szarszewski, dyrektor Centrum Wsparcia Biznesu w Toruniu.

Niezależnie od różnych doświadczeń i obserwacji, wśród prelegentów panowała jednak zgoda, że właściwie zarządzane miasto, ukierunkowane na wykorzystanie kapitału ludzkiego i traktujące go jako cenny zasób, może pełnić funkcję akceleratora innowacji, a zwłaszcza innowacji społecznych poprawiających warunki życia jego mieszkańców. Jak jednak przekuć te śmiałe pomysły na praktykę? Od czego zacząć?

Przede wszystkim wizja

– Samorządy powinny dokonać przeglądu swoich praw miejscowych i szukać zachęt dla inwestorów. Ważne jest bieżące i ciągłe monitorowanie zmieniającego się otoczenia prawnego związanego z sektorem publicznym, zwłaszcza biorąc pod uwagę coraz liczniejsze obowiązki nakładane na JST – przekonywała Agnieszka Dawydzik, menedżer w zespole ds. sektora publicznego w Deloitte. Podkreśliła też, że planując działania inwestycyjne, nie można abstrahować od makrotrendów. Jednym z nich jest to, że priorytetem strategicznym dla coraz większej liczby firm stają się miasta średniej wielkości. Konkurencja między takimi jednostkami będzie coraz bardziej zacięta. Samorządy nie mogą więc opierać się na starych rozwiązaniach, tylko muszą dążyć do wprowadzania jak największej liczby ułatwień, z których skorzystają docelowo nie tylko firmy, ale w ostatecznym rozrachunku przede wszystkim mieszkańcy.

– Już najwyższy czas, by samorządy zredukowały do minimum dokumenty papierowe, które wciąż są zmorą wielu urzędów. Musimy odejść od zasady, że „rządzi papier”. Czy tego chcemy, czy nie, miasta przechodzą teraz transformację z analogowych na zdigitalizowane, co przekłada się na to, że udział usług wykorzystujących nowoczesne technologie rośnie – mówiła ekspertka. Podkreśliła też, że jest wiele sektorów niezagospodarowanych lub nie w pełni wykorzystanych, takich jak: teleopieka, telemedycyna czy usługi senioralne.

Przemysł czasu wolnego

Jednym z pomysłów na uatrakcyjnienie miast mogą być – wciąż rzadko spotykane – inwestycje w obiekty edukacyjno-rozrywkowe. Przegrywają one zwykle z popularnymi wśród samorządowców inicjatywami, takimi jak budowa stadionów czy hal widowiskowych, które w dłuższej perspektywie potrafią być dla niektórych, mniej gospodarnych gmin jedynie finansową kulą u nogi. Obiekty takie jak oceanaria, nowoczesne muzea czy placówki łączące funkcje edukacyjne i rozrywkowe okazują się dużo lepszymi inwestycjami. Są bowiem zarówno magnesem dla turystów, jak i atrakcją dla mieszkańców. Przykładem jest działające od 2011 r. Afrykarium we Wrocławiu, czy otwarte rok wcześniej Centrum Nauki Kopernik, które – jak wskazał Krzysztof Sachs, dyrektor generalny PFI FUTURE SA – rozpoczęło proces powrotu warszawiaków nad Wisłę. W ciągu niecałych trzech lat do listy tych obiektów dołączy też wspólna inwestycja PFI i miasta Gdańsk, czyli Nautilus – oceanarium, kino 5D, park wodny i hotel. Przewiduje się, że obiekty te może rocznie odwiedzać ponad 2 mln osób.

Jak wyjaśnił podczas swojej prelekcji Krzysztof Sachs, takim inwestycjom sprzyja m.in. konsekwentny wzrost zamożności społeczeństwa i coraz większy ruch turystyczny w polskich miastach. – Nakłada się na to również fakt, że mieszkańcy poszukują nowych form spędzania czasu wolnego, a ich oczekiwania rosną – mówił. Dodał też, że w przewrotny sposób na zainteresowanie takimi nieszablonowymi atrakcjami wpłynęło też wprowadzenie niedziel wolnych od handlu. Owo wykreślenie jednego dnia z naszego zakupowego kalendarze wymusiło na części mieszkańców zmianę nawyków i zmotywowało do szukania alternatywy dla dotychczasowych form spędzania czasu.

Efekty? Rekordowa frekwencja i to nie tylko w większych miastach (Afrykarium we Wrocławiu – 1,7 mln odwiedzających czy Centrum Nauki Kopernik w Warszawie – 1,1 mln osób) lub miejscowościach o wielowiekowej tradycji (Kopalnia soli w Wieliczce – 1,7 mln), ale także wcześniej nieznane miejsca na mapie Polski, jak gmina Zator, gdzie park rozrywki Energylandia przyciągnął w okresie kwiecień–październik ponad 1,5 mln gości.

W trosce o lokalne firmy

Miasta atrakcyjne to nie tylko uzbrojone tereny inwestycyjne, które znajdują się na przecięciu dróg ekspresowych i autostrad. Bo chociaż wciąż to lokalizacja w dużej mierze determinuje, które gminy wzbudzą zainteresowanie zagranicznych inwestorów, nie oznacza to wcale, że samorządy poza głównymi europejskimi i krajowymi szlakami komunikacyjnymi są skazane na wykluczenie. Przewrotnie może się bowiem okazać, że takie położenie potrafi być motorem rozwojowym i przy odpowiedniej polityce przyniesie korzyści przede wszystkim lokalnym przedsiębiorcom, którzy już funkcjonują na rynku.

Taką drogą poszedł m.in. Lublin. – Mam poczucie, że nasze działania przynoszą wymierny efekt, kiedy po miesiącach, niekiedy latach współpracy i pomocy, której nieprzerwanie udzielaliśmy lokalnym firmom, słyszymy od nich, że już więcej nie jesteśmy im potrzebni, bo świetnie sobie radzą na rynku z tym co w dzięki naszemu wsparciu zbudowali – przekonuje dr Mariusz Sagan, dyrektor wydziału strategii i obsługi inwestorów Urzędu Miasta Lublin, a także pełnomocnik prezydenta ds. specjalnej strefy ekonomicznej.

Również Toruń zdecydował się postawić na potencjał, który mają na lokalnym rynku mniejsze i średnie firmy. – Inwestor zewnętrzny jest ważny, ale trzeba pielęgnować też inwestorów wewnętrznych. W ciągu dwóch lat odnotowaliśmy ponad 70 nowych inwestycji, które przekłada się na ponad 2 tys. miejsc pracy, z czego zdecydowana większość to małe i średnie przedsiębiorstwa – wskazał Łukasz Szarszewski.

Lokalizacja i dialog


Przykłady obu tych miast wskazują, że twarde dane dotyczące dostępności komunikacyjnej nie są wszystkim, czego inwestorzy potrzebują. Co jeszcze jest zatem ważne dla biznesu? Zdaniem panelistów kluczowe jest, by nie ignorować umiejętności miękkich, które – jak się okazuje – odgrywają niemniej znaczącą rolę w komunikacji z potencjalnymi partnerami biznesowymi.

– Pomiędzy stroną biznesową a samorządem musi być nić zaufania. Inwestorowi bardzo pomaga świadomość, że po drugiej stronie ma uczciwego partnera, który zrobi wszystko, by pomóc doprowadzić cały proces inwestycyjny do końca i wesprze firmę w sprawach administracyjnych, spełnieniu wszystkich biurokratycznych wymogów – stwierdził Adam Małecki, wicedyrektor Polskiej Agencja Inwestycji i Handlu.

– Niestety, na podstawie obserwacji zauważam, że przyjecie inwestorów jest bardzo różne w miastach. Niektóre samorządy odwracają się od mniejszych, 10-osobowych firm, które wystarczyłoby wspierać i „podhodować”, a w przyszłości byłyby one bardzo dochodowe i wnosiłyby wielką wartość dodaną. To częsty problem większych miast, które wpadają w pułapkę mylnego poczucia, że są na tyle duże i atrakcyjne, że mogą dowolnie przebierać wśród inwestorów. Co ciekawe, jest to praktyka, którą widzę nie tylko w większych ośrodkach, bo również małe „kręcą nosem” na niektórych inwestorów i odrzucają ich, bo nie są to firmy high-techowe. To jednak bardzo krótkowzroczna polityka – stwierdził Mariusz Sagan z UM w Lublinie.

– Samorządowcy powinni zadać sobie pytanie, czy ich oferta jest rzeczywiście atrakcyjna i należy na to patrzeć uczciwie, oczywiście eksponując atuty danego miejsca, ale też nie abstrahując od jego braków. Warto zadać sobie pytanie, czy teren ma być wielofunkcyjny, czy monofunkcyjny, a także spojrzeć z szerszej perspektywy regionu, bo być może w planach województwa jest budowa nowych dróg, które zmienią sytuacje lokalizacyjną terenu, może sąsiednie gminy planują podobne inwestycje. Warto mieć to wszystko na uwadze – konkludowała Agnieszka Dawydzik.

Nadzieja w młodych

Każdego roku tysiące absolwentów renomowanych polskich uczelni opuszcza sale wykładowe i zaczyna szukać swojej dalszej drogi. Co zrobić, by ich potencjał nie poszedł na marne? Pytanie jest zasadne, dlatego dużym zainteresowaniem cieszyła się debata „Jak wykorzystać potencjał miasta uniwersyteckiego, czyli o współpracy uczelni wyższych z biznesem”. Przyświecała jej jedna myśl główna – co samorządy mogą zrobić, by wspierać młodych i ich dążenia, oraz jak inspirować ich, by przekuwali swoje śmiałe plany w działania, a nie opuszali miasta, szukając szczęścia w innych miejscach, np. za granicą.

– Oferujemy m.in. stypendia miejskie nie tylko dla tych zaczynających studia w Toruniu, ale również kontynuujących kształcenie na naszych uczelniach, np. studia doktoranckie. Mamy też program „Mieszkanie dla absolwenta”. Wspieramy również wiele studenckich inicjatyw, które w niedługim czasie przeradzają się z kół naukowych w stowarzyszenia i fundacje. Otrzymują one wsparcia z miasta – twierdzi Piotr Zariczny z Centrum Wsparcia Biznesu w Toruniu.

Podkreślił też, że patrząc na współpracę biznesowo-akademicko-samorządową nigdy nie było tak dobrze, a sytuacja na rynku pracy jest lepsza niż kiedykolwiek.

Podobnego zdania była Magdalena Tomicka, HR Business Partner z Atos GDC. – Przewrotnie powiem, że dobrze, że dzisiaj odbywa się ta debata, a nie pięć lat temu, kiedy poziom zaangażowania wszystkich interesariuszy był dużo niższy, a sytuacja na rynku pracy nie zawsze motywowała do wdrażania nieszablonowych rozwiązań, które w ostatecznym rozrachunku wspomagają wszystkich i są ożywcze zarówno dla biznesu, jak i dla uczelni – stwierdziła.

Partner