statystyki

Zajedzeni na kredyt

autor: Joanna Pasztelańska23.09.2016, 07:33; Aktualizacja: 23.09.2016, 08:49
otyłość, nastolatki, młodzież

Marta przejadła oszczędności swoje i męża. Pieniądze zebrane podczas ich wesela. Odłożone na podróż życiaźródło: ShutterStock

W przedpokoju mieszkania Iwony stoi kilka koszy na śmieci. Najtańszych, plastikowych z Ikei. Były ostatnio po 4 zł od sztuki. Bo kiedy jest bardzo źle, Iwona nawet nie idzie do łazienki.

Reklama


Kiedy Iwona (imię zmienione), lat 36, podnosi rękawy szyfonowej bluzki, na chwilę zamieram. Blizna na bliźnie. Bledsze to te z początku choroby. Różowawe z czasów, kiedy przyszło kolejne załamanie, a krwistoczerwone są sprzed tygodnia. To wtedy Iwona po raz kolejny musiała coś poczuć. Wyładować swój żal, frustrację i niemoc na umęczonym ciele. Terapia czasem pomaga, czasem nie działa w ogóle. Zależy od dnia. Od tego, czy Iwona dostanie opieprz w korpo, gdzie pracuje, czy będzie miała udaną pierwszą randkę i czy matka nie zadzwoni z pretensjami, że nie pomaga jej tak, jak ona by chciała. U Iwony wszystko zależy od dnia. I tego, czy zje odmierzone przez lekarza posiłki, kęs po kęsie, przeżuwając wolno i próbując się tym smakiem pocieszyć. Czy też pożre wszystko, co tylko ma pod ręką. A potem zadzwoni do kilku knajp, zamówi jedzenie z dowozem, za które zapłaci kolejną kartą kredytową z kolejnego banku. I tak spędzi najbliższą noc. Zażerając się.

W przerwie szybko sięga po jeden z koszy i robi, co trzeba. A po chwili odpoczynku, czasem tej samej nocy, czasem po chwili snu, znowu wpycha kolejne porcje chińszczyzny, kolejne burgery, frytki, batoniki, chipsy, tosty z masłem orzechowym. Kiedy wpycha to wszystko, czuje, jak cały ten syf wypełnia po kolei, komórka po komórce każdy organ. Sama nie wie, gdzie ona to mieści. Te kilogramy żarcia, popite hektolitrami tuczących napojów. Ilość i kaloryczność tego, co wrzuca do żołądka, już tak nie przerażają. Bo za chwilę poczuje ulgę. I choć na chwilę się uspokoi i wyciszy. A dług na kolejnej karcie kredytowej podniesie się o następne kilkaset złotych. Iwona wie, że prędzej czy później źle się to skończy. Że w końcu zajmą jej całą pensję, bo za chwilę będzie niewypłacalna. Ale na razie ma jeszcze kilka drobiazgów do spieniężenia. W razie czego może też sprzedać samochód, wziąć parę fuch do domu, jeśli tylko starczy jej sił. Jeszcze nie jest przecież tak źle. Jeszcze nie jest tak jak u znajomej Iwony, która w piątym roku choroby wolała kupić jedzenie i leki na przeczyszczenie niż opłacić czynsz. W końcu zajęli jej mieszkanie, a ona niemalże wylądowała na ulicy.

Byle szybciej, byle więcej

20 tys. kalorii to ich norma żywieniowa. Na samo jedzenie wydają dziennie ponad tysiąc złotych. Opróżniają lodówkę i zawartość kolejnych koszy z supermarketów. Żeby się zajeść, są w stanie kraść, pobić i zastawić dorobek całego życia. Chorują na bulimię niezauważeni i zbagatelizowani. Na skraju finansowego dna. – Dziennie wydaję około tysiąca złotych na samo jedzenie. To naprawdę nie jest takie trudne. Do tego dochodzi kilkaset złotych na leki przeczyszczające – opowiada Iwona. – Płacę kartami kredytowymi, bo zazwyczaj już na początku miesiąca konto jest niemalże puste. Cała pensja idzie na spłatę debetów. Mam długi, ale jak tylko lepiej się poczuję, na pewno uda mi się dorobić i wszystko pospłacam. Jeszcze nie jest tak źle. Na pewno nie dopuszczę do sytuacji, w której stracę wszystko. Jestem na prostej drodze do wyleczenia.


Pozostało jeszcze 80% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Więcej na ten temat

Reklama


Reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Galerie

Reklama