Debata „orientacyjna” z punktu widzenia prawa ma znaczenie marginalne. Z punktu widzenia polityki osłabia pozycję Polski w UE. Z największej szóstki decyzyjnej przechodzimy do ligi państw takich jak Węgry i Rumunia. Pierwszy kraj był przyczyną powołania w 2014 r. mechanizmu obrony państwa prawa. Drugi otrzymywał w 2012 r. kompromitujące rumuński rząd listy. Bruksela zarzucała w nich ówczesnemu premierowi Victorowi Poncie zamach na Trybunał Konstytucyjny.

Komentarze płynące z Brukseli otwierają jednak szansę na kompromis. Teraz ruch jest po stronie polskich władz.

Wczoraj w Sejmie szefowa rządu zapewniała, że nie ma mowy o łamaniu standardów demokratycznych. Jej wystąpienie dotyczące sytuacji międzynarodowej koncentrowało się na relacjach z Unią Europejską. – W Parlamencie Europejskim będę reprezentować polski rząd, ale chcę też reprezentować cały polski parlament i wszystkich obywateli, by bronić dobrego imienia Polski, która nie zasłużyła, by być tak szkalowana, jak to ma miejsce obecnie – przekonywała premier.

Debata odbędzie się w przyszłym tygodniu. Wiceszef MSZ Konrad Szymański poleciał do Hagi i Brukseli, aby przekonywać szefów poszczególnych frakcji do tego, że nie ma sprawy z Trybunałem Konstytucyjnym i mediami publicznymi.

– To PiS, nie zaś opozycja, jest odpowiedzialny za to, że Europa jest zaniepokojona sytuacją w Polsce – komentował w Sejmie wiceszef klubu PO i były wiceszef MSZ Rafał Trzaskowski. Jego zdaniem, aby uspokoić sytuację, PiS powinien wycofać się ze zmian w TK, mediach publicznych, prokuraturze i służbie cywilnej. W rozmowie z DGP dodawał, że jest jeszcze czas, aby poprawić wizerunek w UE. – Słowa Timmermansa nie są wezwaniem na dywanik. Wciąż nie jesteśmy jeszcze na tym poziomie. Komisja rozpoczęła procedurę dialogu, by rząd PiS poważniej potraktował jej wątpliwości – dodaje.

Jak wynika z informacji DGP z Komisji, ta procedura dialogu przypomina raczej politykę kija i marchewki. Z jednej strony komisarz Timmermans krytykuje politykę polskich władz. Z drugiej wysokiej rangi urzędnicy KE przekonują w rozmowie z nami, że właściwie nic się nie stało. I nie ma mowy o dalszych działaniach w ramach mechanizmu. – Chcemy jedynie dyskusji. Nie uderzamy w nikogo. Najpewniej na tym etapie wszystko się zakończy – komentuje nasz rozmówca.

Zapytaliśmy wczoraj w Brukseli o komentarz wiceszefa MSZ Konrada Szymańskiego. Jak mówi, w ciągu ostatnich kilku dni dochodziły do niego bardzo różne i wzajemnie sprzeczne głosy z Komisji Europejskiej. – Różni jej przedstawiciele, oficjalnie i nieoficjalnie, przedstawiali różne warianty tego, co się może stać po spotkaniu komisarzy. Raz była mowa o tym, że będzie rozpoczęta procedura, raz że nie – przekonuje Szymański. Jak dodaje, „prywatnie ma wątpliwości” co do umocowania prawnego mechanizmu obrony demokracji.

Zapytaliśmy niemieckiego analityka ze związanego z Europejską Partią Ludową think tanku – Wilfried Martens Centre for European Studies – na ile kłopotliwe dla Polski jest uruchomienie mechanizmu. Według Rolanda Freudensteina chodzi o wysłanie komunikatu. – Polski rząd ma doskonałą okazję do rozmów i pokazania, że pewne domniemania są nieprawdziwe – komentuje.

Jednak jego zdaniem obecna sytuacja może niekorzystnie wpłynąć na pozycję polityczną Polski wewnątrz Unii. Jak przekonuje, jesteśmy krajem członkowskim tzw. szóstki (razem z Niemcami, Francją, Włochami, Hiszpanią oraz Wielką Brytanią), ale status ten może zostać osłabiony na skutek działań rządu Beaty Szydło. – Polski rząd może podejść do tego poważnie albo to zbagatelizować. Mam nadzieję, że zwycięży to pierwsze podejście – podsumowuje.

Rząd ma okazję, by pokazać, że zarzuty są nieprawdziwe

Wygląda na to, że TK podjął decyzje, które w tej chwili nie są wypełniane przez inne organa państwa. Są środki, które podjęły obecne władze, które mocno ingerują w sposób funkcjonowania TK

Celem jest zapobieżenie sytuacji, w której rządy prawa mogłyby być zakwestionowane. Chcemy się upewnić, że rządy prawa będą zachowane, i pomóc znaleźć rozwiązania, jeśli takie będą konieczne

Jesteśmy świadomi również reform w zakresie mediów, które mogą budzić wątpliwości dotyczące wolności i pluralizmu mediów publicznych. Zasady UE żądają poszanowania zasad demokracji i podstawowych praw. Nie może być demokracji, która nie szanuje rządów prawa, i vice versa

Bat na nowe państwa

Już w połowie 2012 r. poprzedni przewodniczący Jose Manuel Barroso mówił o potrzebie wprowadzenia mechanizmu, który zapewniałby Komisji Europejskiej możliwość dyscyplinowania państw członkowskich. Wówczas Bruksela próbowała wywrzeć presję na rumuńskiego premiera Vicotra Pontę, aby ten przywrócił kompetencje Trybunału Konstytucyjnego (odebrane dekretem rządowym) i doprowadzić do mianowania na rzecznika praw obywatelskich osoby z ponadpartyjnym poparciem. W lipcu 2012 r. Ponta zapowiedział, że „pilnie podejmie działania, by dostosować się do tych wymogów”.

Mechanizm miał być bardziej stanowczy niż „miękka siła” Brukseli. Ale bardziej wyważony niż „opcja nuklearna”, czyli przywołanie art. 7 traktatu o UE. Mówili też o tym poszczególni komisarze, w tym Viviane Reding.

Za wprowadzeniem takiego mechanizmu opowiedział się w otwartym liście z początku 2013 r. również ówczesny szef holenderskiej dyplomacji Frans Timmermans, razem ze swoimi odpowiednikami z Niemiec, Danii i Finlandii. Ministrowie postulowali w liście, że Komisja powinna dysponować środkami dyscyplinującymi. – Jako ostateczność powinna istnieć możliwość wstrzymania funduszy unijnych – pisali dyplomaci.

Ostatecznie mechanizm powstał w marcu 2014 r. Po tym, jak zmiany wokół trybunału zaczął wprowadzać węgierski premier Viktor Orban. Węgry nie zostały jednak mu poddane.