Witold Waszczykowski nie podaje przy tym żadnych argumentów, które mogłyby być przeszkodą dla Wojciechowskiego. Przekonuje jedynie, że Polska dorobiła się wielu zawodowych dyplomatów, którzy profesjonalnie mogą reprezentować głowę państwa w Kijowie.

Krytyka ze strony Waszczykowskiego jest mocno spóźniona. Debata w otoczeniu prezydenta na temat kandydatury Wojciechowskiego odbyła się kilka tygodni temu. Ani Andrzej Duda, ani jego minister odpowiedzialny za sprawy zagraniczne – Krzysztof Szczerski, nie dowiedzieli się wczoraj o planach szefostwa MSZ wobec rzecznika. Osoby z otoczenia głowy państwa w czasie tej debaty przekonywały, że chętniej podpisałyby nominację postkomunisty Aleksandra Kwaśniewskiego, który ma doskonałą markę na Wschodzie, niż Wojciechowskiego. Dodawali, że w kraju frontowym – jakim jest Ukraina – potrzeba ambasadora wagi ciężkiej. Przypominali, że Rosjanie mieli w zwyczaju wysyłać tam swoich byłych premierów (Wiktora Czernomyrdina). Ostatecznie wysokiej rangi rozmówca z Kancelarii Prezydenta przyznał, że nie będzie wojny o Wojciechowskiego i jest zgoda prezydenta na jego kandydaturę.

Jeśli rzeczywiście tak jest, podnoszenie larum na ostatniej prostej jest niepoważne. Wojciechowski nie powinien jechać do Kijowa w atmosferze sporu o jego osobę. Kijów jest zbyt ważną stolicą. Jeśli rywalizującemu z Krzysztofem Szczerskim Waszczykowskiemu nie podobał się były dziennikarz, jak określa portal wPolityce, „gazety Michnika”, mógł lobbować wcześniej i skuteczniej.

Co do samego Wojciechowskiego, jego krytyka ze strony PiS jest mocno przesadzona. Jako dziennikarz Ukrainą zajmował się od czasów Łeonida Kuczmy. Relacjonował pomarańczową rewolucję, którą opisał w książce „Pomarańczowy majdan”. Od podszewki zna lokalną scenę polityczną i rozumie skomplikowaną mapę układów oligarchicznych. W czasie ostatniego Majdanu brał udział w rozmowach Radosława Sikorskiego i Franka Waltera Steinmeiera z Wiktorem Janukowyczem. Zresztą już kilka miesięcy wcześniej, w czasie negocjacji nad umową stowarzyszeniową z Ukrainą, w MSZ było jasne, że Wojciechowski ma do zaoferowania znacznie więcej niż zwykłe rzecznikowanie. W czasie szczytu wileńskiego wokół Janukowycza wpływowa była grupa szefa jego administracji Serhija Lowocznika. Z kolei u Lowoczkina kluczowe role pełnili byli dziennikarze, których Wojciechowski doskonale znał.

Dziś jego dziennikarska przeszłość również może być zaletą. Porewolucyjne elity polityczne Kijowa to w dużej mierze aktywiści, pracownicy NGO i dziennikarze. Byłemu korespondentowi znacznie łatwiej nawiązywać z nimi kontakty niż biurokracie (zresztą Wojciechowski wiele tych osób zna). Z informacji z otoczenia Dudy wiemy również, że nie ma wątpliwości co do lojalności Wojciechowskiego wobec głowy państwa (mimo że ten wywodzi się z „gazety Michnika”).

Kandydat na nowego ambasadora na Ukrainie zna język, zna ludzi i rozumie kraj, do którego jedzie. Nie jest i nie będzie ani Czernomyrdinem, ani Kwaśniewskim. Ma jednak wszelkie podstawy do tego, by dobrze reprezentować na Ukrainie polskiego prezydenta. Witold Waszczykowski przekonuje, że jest wielu profesjonalnych dyplomatów, którzy są lepsi od niego. Na pewno. Ale prawdę mówiąc, nie słyszałem, by do Kijowa ustawiała się kolejka chętnych. To jedna z trudniejszych placówek. Harówa, a nie recepcje i lans.