Po dwóch i pół miesiąca politycznego impasu największa gospodarka Europy będzie wreszcie miała większościowy rząd. Dziś w południe kanclerz Angela Merkel zostanie zaprzysiężona na trzecią kadencję.

Wczoraj w berlińskim Paul-Löbe-Haus szefowie chadeckich CDU i CSU oraz socjaldemokratycznej SPD po raz drugi złożyli podpisy pod grubą na 185 stron umową koalicyjną. Angela Merkel, Horst Seehofer i Sigmar Gabriel po raz pierwszy podpisali ją pod koniec listopada, gdy dokument został wynegocjowany. Potem jednak zatwierdzić go musiało wewnątrzpartyjne referendum zwołane przez szefostwo socjaldemokratów.

Dwutygodniowe listowne głosowanie było nowinką w niemieckiej kulturze politycznej, ale zakończyło się – zgodnie z oczekiwaniami – jednoznacznym poparciem ze strony członków SPD. Co dalej? Jutro zgodnie z tradycją nowa-stara kanclerz jedzie z pierwszą (symboliczną) wizytą do Paryża. A następnego dnia na szczyt UE do Brukseli. Nowy rząd faktycznie do pracy przystąpi więc pewnie dopiero po Nowym Roku.

Czego można się spodziewać po trzecim gabinecie Angeli Merkel? Umowa koalicyjna przewiduje kilka interesujących zmian. Dotyczą one głównie niemieckiej polityki wewnętrznej. Najważniejszy z nich to obietnica wprowadzenia w Niemczech jednolitej płacy minimalnej w wysokości 8,5 euro za godzinę do 1 stycznia 2015 r., na co nalegali socjaldemokraci. Wcześciej za Odrą płaca minimalna istniała tylko w niektórych sektorach gospodarki.

W niemieckim prawie pracy wciąż pozostaną jednak furtki pozwalające na zatrudnianie pracownika za mniejsze pieniądze. Na przykład w formie praktyki zawodowej czy minipracy. Inna ważna decyzja to ustalenie tempa przechodzenia niemieckiej gospodarki na energetykę odnawialną. Wedle umowy do 2030 r. z alternatywnych źródeł ma pochodzić 55–60 proc. niemieckiej energii. Z punktu widzenia sąsiadów interesującym zapisem jest zapowiedź wprowadzenia opłat za korzystanie z niemieckich dróg (w tym autostrad) dla samochodów osobowych. Upierała się przy tym bawarska CSU zirytowana, że Czesi albo Austriacy jeżdżą po ich drogach, nie dorzucając się do ich utrzymania. Na razie nie wiadomo, kiedy i w jakiej formie opłata, bo zapis jest sformułowany dość mgliście.

W umowie próżno też szukać odpowiedzi na inne strategiczne pytania, takie jak kurs wobec kryzysu zadłużeniowego w Europie. Dokument jest wprawdzie ważną częścią niemieckiej kultury politycznej, ale zazwyczaj politycy nie trzymają się go w sposób sztywny.

W tej sytuacji innym sposobem na przewidywanie kursu nowego niemieckiego rządu jest analiza składu gabinetu. W nim najważniejszą pozycję oprócz kanlcerz Merkel będzie zajmował szef SPD Sigmar Gabriel, który został superministrem i wicekanclerzem skupiającym w ręku gospodarkę i energetykę. Można oczekiwać, że Gabriel zepchnie na drugi plan ministra finansów Wolfganga Schäublego, który był faktycznym (choć nieformalnym) wicekanclerzem w latach 2009–2013. Bez wątpienia Gabriel będzie się też mieszał do polityki europejskiej. Prócz niego ważną rolę w rządzie odgrywać będą szykowana na następczynię Merkel w CDU Ursula von der Leyen (ma nabrać kanclerskiego formatu na czele ministerstwa obrony) oraz reprezentująca lewe skrzydło socjaldemokracji minister pracy i polityki społecznej Andrea Nahles.

Na stanowisko szefa MSZ wraca Frank-Walter Steinmeier, który kierował już dyplomacją w latach 2005–2009. Jego roli jednak nie należy przeceniać. Raz, że Steinmeier nie jest w swojej partii przesadnie wpływową figurą. A dwa, że od wybuchu kryzysu resort spraw zagranicznych utracił dawną pozycję.

Trzeci gabinet Merkel będzie dysponował w parlamencie przygniatającą większością głosów. Należy jednak pamiętać, że jest małżeństwem z rozsądku. Zawarły je dwie największe siły niemieckiej polityki, bo wyborcza arytmetyka nie pozwalała na żadną inną konfigurację. Wielka koalicja będzie więc (podobnie jak w latach 2005–2009) polegała na żmudnym ucieraniu politycznego kompromisu.