Minister oceniła, że "w oparciu o twarde dane, o wyniki" można powiedzieć, że cele postawione programowi "Rodzina 500 plus" zostały zrealizowane.

- Program poprawił znacząco jakość życia polskich rodzin, ograniczył ubóstwo - w tym znacząco rodzin z dwójką, trójką, czwórką i więcej dzieci, ale przede wszystkim rodzin z dziećmi - powiedziała Rafalska.

Dodała, że program poprawił także wskaźniki dzietności. - To jest oczywiście krótki okres do oceny, ale uważamy, że nasz program ma pewien udział w tym, że w ostatnim okresie rodzi się tych dzieci więcej. Mamy dane z tych ostatnich miesięcy, wiemy już, że w porównaniu do ubiegłego roku urodziło się tych dzieci więcej o 18,9 tys. Czekamy do końca roku, jesteśmy przekonani, że te symboliczne 400 tys. urodzeń w ciągu roku jest ciągle do osiągnięcia, jest ciągle możliwe - powiedziała.

Rafalska zwróciła uwagę, że nakłady na politykę rodzinną wzrosły do 3,11 proc. PKB. "To znaczący, skokowy wzrost tych nakładów, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że w 2011 r. te nakłady wynosiły 2,13 proc." - powiedziała. Wskazała, że główną przyczyną takiego wzrostu jest wprowadzenie programu "Rodzina 500 plus".

Podkreśliła, że z programu obecnie korzysta niemal 4 mln dzieci, 2 mln 620 tys. rodzin. - Z tych środków 65 proc. adresowanych jest na polską wieś, tam jednak jest większa wielodzietność i sytuacja dochodowa rodzin jest trudniejsza - dodała.

Wcześniejszy wiek emerytalny  "wielką obietnicą" PiS

Minister przypomniała, że 1 października w życie weszły przepisy, które przywracają wcześniejszy wiek emerytalny: 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn. Jest to powrót do stanu sprzed reformy z 2012 r., która wprowadziła stopniowe podwyższanie wieku emerytalnego do 67 lat bez względu na płeć. - To była inicjatywa prezydenta, realizowana przez nasz rząd, wykonywana przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych - powiedziała.

Rafalska podkreśliła, że powrót do wcześniejszego wieku emerytalnego to była "wielka obietnica" Prawa i Sprawiedliwości. - Już wtedy, gdy wbrew Polakom wydłużono wiek emerytalny, z mównicy sejmowej Jarosław Kaczyński deklarował: "Jak wygramy, wrócimy do wcześniejszego rozwiązania". To była nasza wielka obietnica, to nie była gołosłowna deklaracja - zaznaczyła.

Jak mówiła, zgodnie z obecnymi przepisami, po osiągnięciu wieku emerytalnego pracownik może wybrać, czy chce pracować nadal, w czym pomagają przepisy zapewniające osłonę czteroletniego zatrudnienia, czy chce przejść na świadczenie emerytalne ze względu na stan zdrowia czy inne czynniki niepozwalające na kontynuację pracy.

Minister pracy przypomniała, że wejściu w życie przepisów przywracających wcześniejszy wiek emerytalny towarzyszyły obawy, że mogą one zaszkodzić rynkowi pracy poprzez odejście na emeryturę roczników powojennych wyżów.

- Dziś już wiemy, że na 250 tys. wydanych wniosków, tylko 30 proc. to są osoby, które były aktywne na rynku pracy - poinformowała Rafalska.

Według niej pozostałe ponad 165 tys. osób, które przeszły na emerytury korzystając z nowych regulacji, to te, które albo pobierały świadczenia przedemerytalne, albo miały renty, czyli były niezdolne częściowo lub całkowicie do wykonywania pracy z powodu stanu zdrowia, albo osoby zarejestrowane w powiatowych urzędach pracy, które dawno już nie pobierały zasiłku dla osób bezrobotnych, czyli "nie miały żadnego stałego źródła utrzymania i być może funkcjonowały w szarej strefie".

- Wydłużając wiek emerytalny pozostawiono duża grupę ludzi w złym stanie zdrowia, czasami o niższych kwalifikacjach na obrzeżach życia społecznego, nie zabezpieczając ich w żaden sposób, lub zmuszając ich do korzystania do pomocy społecznej - powiedziała Rafalska. Zaznaczyła, że w związku z tym powrót do wcześniejszych regulacji "to rozwiązanie pewnego problemu społecznego".

Minister pracy odniosła się też do zarzutów, że niższy wiek emerytalny oznacza niższe emerytury, zwłaszcza dla kobiet. Przyznała, że emerytura kobiet na poziomie między 1600 a 1700 zł jest niewysokim świadczeniem emerytalnym. - Ale powiedzmy sobie uczciwie, lepiej mieć 1700 zł, niż mieć świadczenie przedemerytalne na poziomie 1400 zł, albo rentę z tytuły częściowej, czy całkowitej niezdolności do pracy - to też są niewysokie świadczenia - lub nie mieć żadnego świadczenia - oceniła.