Członkowie Izby Gmin poparli w nocy z poniedziałku na wtorek projekt ustawy przenoszącej unijne rozporządzenia do brytyjskiego systemu prawnego. To sukces premier Theresy May, bo po utracie przez jej Partię Konserwatywną bezwzględnej większości w parlamencie każde głosowanie związane z brexitem jest obarczone ryzykiem.

Wielka ustawa uchylająca (Great Repeal Bill), jak potocznie jest ona nazywana, to poza parlamentarną zgodą na uruchomienie art. 50 Traktatu lizbońskiego najważniejszy jak dotąd dokument w sprawie wyjścia Zjednoczonego Królestwa z Unii Europejskiej. Jej celem jest zapobieżenie próżni prawnej w momencie ustania brytyjskiego członkostwa. Według szacunków rządu w Wielkiej Brytanii obowiązuje 12 tys. unijnych dyrektyw, które są dodatkowo uzupełniane przez prawie 8 tys. rozporządzeń wykonawczych. Ponieważ 30 kwietnia 2019 r. przestaną one obowiązywać, a na ich miejsce nie będzie jeszcze nowych ustaw, powstałby kompletny chaos. Ustawa uchylająca przenosi zatem automatycznie całe unijne prawodawstwo do brytyjskiego, a po formalnym wyjściu kraju z UE Brytyjczycy będą je mogli w razie potrzeby modyfikować.

Co do konieczności takiej ustawy nie ma większych kontrowersji. Pojawiły się one jednak w zawartym w niej zapisie dającym ministrom możliwość modyfikowania ustaw bez parlamentarnej ścieżki legislacyjnej. To nie jest wyjątkowa sytuacja, bo takie rozwiązanie jest stosowane często, tym niemniej opozycja argumentowała, że rząd w ten sposób zagarnia władzę, a posłowie tracą kontrolę nad wprowadzanymi zmianami. Rząd argumentował, że w przypadku 800–1000 przeniesionych do brytyjskiego prawa ustaw są potrzebne modyfikacje, by funkcjonowały one właściwie. Zaś ministrowie będą wprowadzać jedynie techniczne poprawki, a nie zmieniać charakter ustaw. Uprawnienie to ma obowiązywać tylko przez dwa lata.

Ostatecznie projekt przeszedł w głosowaniu stosunkiem głosów 326 do 290. Jego przyjęcie poparli nie tylko wszyscy posłowie konserwatystów oraz wspierającej rząd mniejszościowy Demokratycznej Partii Unionistycznej (DUP), ale też – łamiąc dyscyplinę klubową – siedmioro laburzystów. – Chociaż pozostało jeszcze więcej do zrobienia, ta decyzja oznacza, że możemy dalej prowadzić negocjacje, mając solidne postawy, i będziemy zachęcać wszystkich posłów do dalszego popierania tej kluczowej ustawy – oświadczyła Theresa May.

Wczorajsze głosowanie jeszcze nie kończy sprawy. Ustawa musi być zatwierdzona przez Izbę Lordów, a członkowie Izby Gmin wciąż będą mogli wprowadzać do niej poprawki.

Takich propozycji poprawek zgłoszono 157, a ich autorami są nie tylko posłowie opozycji, ale też konserwatyści, więc batalia o ostateczny kształt będzie zażarta. Na razie jednak brytyjska premier ma powody do zadowolenia. Choć posłowie Partii Konserwatywnej są podzieleni w sprawie wyjścia z Unii Europejskiej, a część z nich nie jest przekonana co do tego, czy May nadal powinna kierować rządem, to nikt nie zagłosował przeciwko niej. Wśród laburzystów takiej jedności jednak nie było. Coraz bardziej niejasne stanowisko ich lidera Jeremy’ego Corbyna w kwestii tego, czy i na jakich warunkach popiera wystąpienie Wielkiej Brytanii z Unii, daje Theresie May nadzieję, że w przypadku przyszłych głosowań na temat brexitu wynik może być lepszy, niż wynikałoby to z parlamentarnej arytmetyki. 

52 proc. taki odsetek Brytyjczyków poparł w referendum w czerwcu 2016 r. wystąpienie kraju z UE

317 tyle mandatów zdobyła Partia Konserwatywna w przedterminowych wyborach w czerwcu tego roku; to o dziewięć mniej, niż wynosi bezwzględna większość