- Krótkoterminowe cele Biden mógłby zrealizować we współpracy z zespołem Pezeszkiana - uważa Esfandyar Batmanghelidj, Irańczyk, założyciel i prezes think tanku Bourse & Bazaar Foundation.

Karolina Wójcicka: Reformator Masud Pezeszkian wygrał piątkowe wybory prezydenckie w Iranie i zastąpi Ebrahima Ra’isiego, który zginął tragicznie. Jak duży będzie jego wpływ na politykę kraju?

Esfandyar Batmanghelidj: Wzmocnienie na nowo pozycji prezydenta nie będzie łatwe. Za czasów Ebrahima Ra’isiego doszło do konsolidacji władzy w rękach kontrolowanych przez twardogłowych polityków i niewybieralnych organów państwa. W rezultacie w polityce międzynarodowej więcej do powiedzenia ma Najwyższa Rada Bezpieczeństwa Narodowego niż ministerstwo spraw zagranicznych. Podobnie jest w kwestiach wewnętrznych. Wiele ważnych dla Irańczyków decyzji było w ostatnich latach podejmowanych poza biurem prezydenta i parlamentem. Pezeszkian wie, że Irańczycy chcą zmian. Oczekują poprawy sytuacji gospodarczej i zaprzestania prześladowań. Będzie mu jednak trudno zmienić obecny kurs. Irańczycy są tego świadomi. Nie wybrali go z nadzieją, że doprowadzi do radykalnych zmian. To m.in. dlatego 50 proc. wyborców zbojkotowało głosowanie.

Przed wyborami wielu ekspertów mówiło, że Najwyższy Przywódca Iranu Ali Chamenei zgodził się na start Pezeszkiana w wyborach, bo był przekonany, że je przegra. Może po cichu uważał jednak, że w dobie eskalacji napięć w regionie Iran potrzebuje umiarkowanego przywódcy?

Myślę, że Chamenei wygrał na tym, że pozwolił Pezeszkianowi kandydować. Dzięki temu frekwencja była wyższa niż zwykle, a to wzmacnia legitymizację Islamskiej Republiki. Iran mógł się zaprezentować jako kraj, w którym odbyły się uczciwe wybory. Poza tym od początku kampanii było jasne, że Iran musi zmienić kurs. Oczywiście nie radykalnie, ale bardzo delikatnie, powoli. Tak by nie znaleźć się w sytuacji, gdzie różne kryzysy, z którymi mierzy się obecnie Teheran, będą jedynie eskalować. Zwycięstwo Sajeda Dżaliliego przyspieszyłoby ten proces, a wybór Pezeszkiana jest okazją do zatrzymania się i zastanowienia, czy niektórych problemów nie da się przypadkiem rozwiązać.

Na przykład konfliktu z Zachodem i kwestii powrotu do porozumienia nuklearnego?
ikona lupy />
Esfandyar Batmanghelidj, Irańczyk, założyciel i prezes think tanku Bourse & Bazaar Foundation / Materiały prasowe / fot. Materiały prasowe

To obecnie kluczowe pytanie. Pezeszkian chce zaangażować się w relacje z Zachodem. Uważa, że przywrócenie porozumienia nuklearnego pomoże w złagodzeniu sankcji. Dla mnie bardzo ciekawe jest to, że władze Iranu pozwoliły byłemu ministrowi spraw zagranicznych Dżawadowi Zarifowi, który wynegocjował umowę nuklearną, na prowadzenie kampanii wyborczej Pezeszkiana. W ostatnich latach Zarif pozostawał w cieniu. Taki był nakaz administracji Ra’isiego, która chciała prowadzić negocjacje z Zachodem na swoich warunkach. Teraz pozwolono mu wrócić do polityki, a przecież reprezentuje on zupełnie inne podejście do Zachodu niż twardogłowi przywódcy kraju. Jest więc szansa, że dojdzie do rozmów.

Administracja Ra’isiego zostawiła zresztą otwartą furtkę do negocjacji ze Stanami Zjednoczonymi. Pamiętajmy, że we wrześniu ub.r doszło do wymiany więźniów. Po wybuchu wojny w Strefie Gazy wielokrotnie dochodziło do pośrednich rozmów między Waszyngtonem a Teheranem, więc ten dialog nigdy nie zanikł. Pytanie, czy można go wznowić na większą skalę, aby rozwiązać problem irańskiego programu nuklearnego i złagodzić sankcje. Nie będzie to łatwe zadanie.

Zachodowi zależy na poprawie relacji? Departament stanu USA ocenił już, że wybory nie były ani wolne, ani uczciwe i nie doprowadzą do żadnych fundamentalnych zmian w polityce Teheranu, i nie nastąpi poprawa w zakresie poszanowania praw człowieka w Iranie. Złagodzenie sankcji mogłoby doprowadzić np. do wznowienia eksportu irańskiej ropy na zagraniczne rynki.

Dla państw Zachodu nie jest to na tyle ważne, by były skłonne drastycznie zmienić swoją politykę wobec Iranu. Tym bardziej że relacje państw europejskich z Teheranem znacząco się pogorszyły po wybuchu wojny w Ukrainie. Iran zaopatruje przecież Rosję w śmiercionośne drony. W Waszyngtonie sprawa wygląda podobnie. Możliwe zresztą, że Donald Trump wygra jesienne wybory. Ale nawet jeśli zwyciężą demokraci, nie koniecznie musi to oznaczać złagodzenie kursu wobec Iranu. Za każdym razem, kiedy administracja Joego Bidena próbowała negocjować z Iranem, posunięcia, które mogłyby doprowadzić do złagodzenia sankcji, były postrzegane przez większość amerykańskich prawodawców jako niedopuszczalne ustępstwa na rzecz irańskiego rządu. Jeśli Biden miałby przeforsować takie porozumienie, musiałby być skłonny ponieść koszty polityczne.

To znaczy, że szanse na zniesienie sankcji za rządów Pezeszkiana są niewielkie?

Myślę, że będziemy mieć do czynienia z małymi ustępstwami, powolną odbudową relacji. To coś, czego administracja Bidena bardzo nie lubi. W 2021 r., kiedy toczyły się negocjacje w sprawie powrotu do umowy, konieczne było bowiem wykonanie małych gestów i zniesienie niektórych sankcji. Tak by odzyskać zaufanie władz irańskich i stopniowo zbliżać się do porozumienia nuklearnego. Problem w tym, że Amerykanie woleli negocjować wtedy wszystko naraz. Dzisiaj zdają sobie sprawę, że nie było to właściwe podejście. W pewnym sensie wrześniowa wymiana więźniów stanowiła element strategii odbudowy relacji krok po kroku. Zdając sobie sprawę, że Iran jest bliski posiadania broni nuklearnej, administracja Bidena mogłaby w ostatnich miesiącach swoich rządów zawrzeć z Teheranem mniejszą umowę, która przywróciłaby np. możliwość monitorowania irańskiego programu nuklearnego przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej. Być może na tym etapie nie możemy zmusić Iranu do zmniejszenia ilości wzbogaconego uranu, ale możemy przynajmniej zwiększyć przejrzystość programu nuklearnego. Wydaje mi się, że tego typu krótkoterminowe cele Biden mógłby zrealizować we współpracy z zespołem Pezeszkiana. ©℗

Rozmawiała Karolina Wójcicka