Wieś, zwłaszcza jej biała część, zachowuje się racjonalnie. Zasila bazę MAGA, bo to Trump w najbardziej przekonujący ją sposób opowiada o tym, jak będzie bronić kraju przed obcymi i jak pozamyka granice.

Z Tomem Schallerem rozmawia Eliza Sarnacka-Mahoney
ikona lupy />
Tom Schaller, profesor politologii na Uniwersytecie Maryland w Baltimore. Współautor wydanej ostatnio wraz z Paulem Waldenem książki „White Rural Rage. The Threat To American Democracy” (Wściekłość białej prowincji. Zagrożenie dla amerykańskiej demokracji) / Materiały prasowe / Fot. mat. prasowe
„Jeden naród, niepodzielny przed Bogiem” – to słowa ślubowania wierności fladze, którymi rozpoczyna się niemal każda uroczystość w USA. Ktoś dziś jeszcze wierzy w prawdziwość tego przesłania?

Miejmy nadzieję. Ale to prawda, że żyjemy w czasach historycznej polaryzacji, choć, wbrew popularnemu przekazowi, nie jest to wina wyłącznie polityki. Ona odgrywa tu rolę w sumie drugorzędną. A tym największym klinem wbijającym się w tkankę społeczną Ameryki i rozłupującym ją na nastawione wobec siebie wrogo części są zmiany demograficzne. Co bardzo istotne: dokonują się one z ogromną prędkością. Ameryka staje się krajem coraz mniej białym i chrześcijańskim, a coraz bardziej wielokolorowym, wielokulturowym i świeckim. We wszystkich obszarach życia publicznego widoczność i wpływy zyskują kobiety oraz osoby wywodzące się z kręgów mniejszości. Niektórzy te zmiany akceptują, inni widzą w nich egzystencjalne zagrożenie dla przyszłości kraju, a odpowiedzi na swoje frustracje szukają w ksenofobii, ideologiach nacjonalizmu, suprematyzmu i białego chrześcijaństwa. W książce skoncentrowaliśmy się na postawach białych mieszkańców prowincji, bo to oni są liderami buntu i oporu przed zmianami, a także najwierniejszymi, najbardziej odpornymi na wpływy z zewnątrz rycerzami zakonu MAGA.

Demograficzne zmiany na obszarach wiejskich to przede ich wyludnianie się. W jaki sposób ten trend napędza – jak piszecie – „białą, prowincjonalną wściekłość”?

Ludność wiejska przestała być w Ameryce większością ponad 100 lat temu, a obecnie stanowi mniej niż 20 proc. populacji. Ostatni spis powszechny wykazał, że w latach 2010–2020 mieszkańców ubyło aż w dwóch trzecich hrabstw o charakterze wiejskim. To ogromna skala zmian, a najgorsze jest to, że prowincję opuszczają ludzie młodzi – i to bez względu na rasę, pochodzenie czy majętność. Oraz że zachęcają ich do tego ich własne lokalne społeczności, przekonując, że rodzinne strony nie mają im nic do zaoferowania.

I nie bez racji.

Tak, system amerykańskiej państwowości jest bowiem wyjątkowo źle przygotowany do radzenia sobie ze zjawiskiem migracji ludności – bo liczba mieszkańców danego regionu ma zasadnicze znaczenie dla kondycji lokalnej ekonomii. Wszystkie kluczowe aspekty życia publicznego – od pracy miejskich oraz rejonowych władz i administracji, po przychodnie zdrowia, szpitale, drogi i służby dbające o bezpieczeństwo – finansowane są z lokalnych podatków. Jeśli miejsce zaczyna się wyludniać, uruchamiane są niekorzystne zmiany, które bardzo trudno powstrzymać. Nadto, gdy spada wartość rynkowa domów i mieszkań, natychmiast zaczyna brakować pieniędzy na szkoły, bo edukacja z kolei finansowana jest z podatków od nieruchomości. Szkoły zaczynają się więc zamykać, wobec czego wyprowadzają się rodziny z dziećmi, bo to naturalne, że wolą mieszkać bliżej placówki, której budżet jest stabilny. Tak tworzy się błędne koło, które prowadzi do powolnego upadku. Ci, którzy pozostają, zaczynają zadawać sobie pytanie, kto jest temu winny. Dlaczego i za co spotyka ich ta niezasłużona kara, bo przecież przez całe życie ciężko i uczciwie pracowali, płacili podatki oraz starali się być dobrymi ludźmi? Ich postawy polityczne zaczynają kształtować przede wszystkim gorycz i furia.

Które są wymierzone w demokratów.

W wielkim uproszczeniu – tak, bo to demokraci kojarzą się prowincji z zadzierającymi nosa elitami. No i z miastem, gdzie życie kwitnie, a nie obumiera. Oraz z polityką faworyzującą interesy mniejszości i migrantów, których prowincja, uważająca się za sól amerykańskiej ziemi, wyjątkowo nie znosi. Wiejska antymiejskość nie jest zresztą zjawiskiem, które obserwujemy tylko w Ameryce. Niedawne protesty rolników w UE były przecież zbudowane na tym samym poczuciu niesprawiedliwości i oskarżeniach, że elity robią ze wsi kozła ofiarnego i zakładnika własnych interesów.

Ale w Ameryce, gdzie władza dzielona jest między dwie partie, to demokraci są tą stroną, która walczy o subsydia, ulgi i świadczenia dla biedniejących farmerów. Da się wyjaśnić ten paradoks?

Eksperci głowią się nad nim od dawna. Gdy zaczęliśmy pracować nad książką, też skłanialiśmy się do zdania, że prowincja zachowuje się irracjonalnie. Najlepszym przykładem z ostatnich czasów jest choćby jej upór przeciwko rozszerzeniu federalnego ubezpieczenia Medicaid (dla osób biednych i bezrobotnych – red.) w ramach reformy zdrowotnej Obamacare. Z dziesięciu stanów, które wciąż tego nie uczyniły, dziewięć to stany republikańskie i pod dużym wpływem elektoratu z prowincji. Po wielu rozmowach z mieszkańcami wsi w rozmaitych zakątkach Ameryki zmieniliśmy zdanie. Odkryliśmy, że kluczem do tej zagadki jest coś całkiem innego. W którymś momencie rozjeżdżana ekonomicznie prowincja po prostu pogodziła się z faktem, że żadna z partii nie jest w stanie rozwiązać jej problemów. Dlaczego? Bo nie ma takiej możliwości, by za pomocą głosowania ściągnąć z powrotem tych, którzy wyjechali, czy odwrócić postęp technologiczny, żeby ocalić etaty w górnictwie oraz rolnictwie. Także Kongres nie jest w stanie powstrzymać chińskiej produkcji ani sprawić, żeby w innych krajach stosowano się do tych samych standardów ekologicznych i płacono wyższe stawki za pracę, by amerykańskie produkty mogły być na światowym rynku konkurencyjne. Jedyne, co ma w takiej sytuacji sens, to głosować na tych, którzy przynajmniej wyznają podobne wartości kulturowe i ideologiczne...

A więc na republikanów, tak?

Nie ma wątpliwości, że w przypadku aborcji, zaimków, małżeństw jednopłciowych, obrony granic i migracji to republikanie. Jeśli tak popatrzymy na sprawę, w postawie wsi nie widać sprzeczności. Dlatego wysuwamy postulat obalający obiegową opinię, że wieś głosuje przeciwko sobie. Wieś, zwłaszcza jej biała część, zachowuje się trzeźwo i racjonalnie. Zasila bazę MAGA, bo to Trump w najbardziej przekonujący ją sposób opowiada o tym, jak będzie bronić kraju przed obcymi, jak pozamyka granice, jak zwalczy szerzące się gejostwo oraz jak wytępi ruchy sprawiedliwości społecznej, typu Black Lives Matter.

Podkreślacie w książce, że waszym celem jest nie tylko analiza postaw wsi, lecz także wyjaśnienie, dlaczego oraz do jakiego stopnia wszyscy Amerykanie pozostają wyborczymi zakładnikami tej „białej, wściekłej prowincji”. Bo choć wieś się kurczy, to pozostaje de facto mniejszością rządzącą.

Kolejne kuriozum, nieprawdaż? Problem znów leży po stronie naszego politycznego systemu. Gdy tworzono konstytucję, USA były krajem rolniczym – i to mieszczuchy stanowiły ledwie kilkanaście procent populacji. Liczba reprezentantów w izbie niższej została uzależniona od liczby ludności stanu, lecz senatorów każdy stan wybiera tyle samo: po dwóch. I tak zostało do dzisiaj. Dwóch senatorów wysyła do Waszyngtonu półmilionowe Wyoming i dwóch niemal czterdziestomilionowa Kalifornia. O wyborze prezydenta decydują głosy elektorskie – a ich liczba przysługująca każdemu stanowi to nic innego, jak łączna liczba deputowanych z tego stanu w obu izbach Kongresu. Widać więc, jak krytyczną rolę w procesie wyborczym odgrywają te dwa głosy senatorskie i w jaki sposób podbijają wpływ mniejszościowej liczebnie prowincji. Jeśli ktoś wątpi, niech zapyta Ala Gore’a i Hillary Clinton. Oboje wygrali w wyborach powszechnych – Gore miał więcej o 0,5 mln głosów, Clinton niemal 3 mln – a mimo to przegrali wyścig do Białego Domu po podliczeniu głosów elektorskich.

Gdyby nie ta konstytucyjna supermoc prowincji, republikanie nie mieliby co marzyć o władzy?

Nie tylko nie mieliby na nią szansy, lecz także musieliby zasadniczo zmienić swoją politykę, bo walczyliby o głosy elektoratu, który jest zróżnicowany, wielokulturowy, o wiele bardziej świecki i – generalnie – bardziej postępowy. Musieliby też na te głosy o wiele ciężej pracować, bo nie byłoby już żadnej taryfy ulgowej.

Kto traktuje republikanów ulgowo? Ta wściekła prowincja?

Oczywiście. Bo nie wymaga od nich tyle, ile powinna, skoro sama nie wierzy w to, że ktokolwiek jest w stanie poprawić jej los. Prawica to wie i wykorzystuje. Często nie składa nawet wsi żadnych obietnic. Po co, skoro wystarczy gra na emocjach? Świetnym przykładem jest senator Ted Cruz z Teksasu, który staje przed wyborcami ze wsi i mówi: „Mój zaimek to pocałujcie mnie w d...ę!”. I dostaje za to owacje na stojąco, choć w ten sposób nie uratuje żadnego rodzinnego biznesu wypieranego z rynku przez budujący się w okolicy międzynarodowy dyskont ani nie przyczyni się do otwarcia żadnej kliniki odwykowej, choć prowincja potrzebuje takich ośrodków najbardziej, bo na niej epidemie uzależnień od opioidów oraz narkotyków sieją największe spustoszenie.

Cruz reprezentuje stan o największej liczbie hrabstw w USA, jest ich w Teksasie aż 254, a większość z nich ma charakter wiejski...

Przy czym zachowuje się wobec nich niczym boss mafii, rozparty wygodnie w fotelu i epatujący aroganckim przesłaniem: „Popatrzcie, jak łatwo jest mi zdobyć wasze głosy i was kontrolować. Wystarczy, że zaangażuję się w ten kulturowy performance, dotknę waszych największych lęków i fobii, wskażę palcem, kogo macie winić za swoje życiowe bolączki, i wygram bez żadnego wysiłku. A wam nie wpadnie nawet do głowy, że to ja powinienem się tymi bolączkami zająć”. W ten sposób obraża prowincjonalnego wyborcę bardziej niż jakikolwiek inny polityk, demokrata czy republikanin. A przecież to nawet nie jest największy problem. Prawdziwy dramat w tym, że republikanie z rozmysłem uprawiają politykę, która blokuje rozwój wsi.

A co dokładnie robią?

Gospodarcze i społeczne ożywienie prowincji mogłoby się dokonać dzięki reformom w trzech obszarach. Pierwszy, najważniejszy, inwestycja w szkolnictwo. Drugi, związany z edukacją, to zapewnienie prowincji możliwości korzystania z szybkiego internetu. Dzięki temu młodzież zyskałaby dostęp do materiałów edukacyjnych i szkół, zaś rodzicie mogliby pracować w trybie zdalnym. Pojawiłyby się więc szanse na lepsze życie i ludzie już by tak z prowincji nie wyjeżdżali. I trzeci – edukacja seksualna i poszanowanie dla praw reprodukcyjnych kobiet. Aby zanim zostaną matkami, miały czas zdobyć kwalifikacje zawodowe i pracę, ustabilizować się finansowo i mieszkaniowo.

Walka o aborcję nie wydaje się najlepszym pomysłem dla pozyskania głosów zachowawczej kulturowo i wciąż bardzo religijnej prowincji.

Oczywiście, i to można zrozumieć. Ale walka ze szkołą? A przecież obszarem działań, na którym republikanie są obecnie bardzo aktywni, jest właśnie edukacja. Prowadzą krucjatę przeciwko publicznej szkole, którą ich zdaniem należy zastąpić modelem szkolnictwa odpłatnego, po części finansowanego za pomocą bonów. Gubernator Teksasu Greg Abbott chciał zinstytucjonalizować system bonów jako obowiązujący w całym stanie, ale na szczęście się przeliczył. Samorządowcy z prowincji przypomnieli mu, że wsi nie stać, by płacić za prywatne szkoły w Dallas czy San Antonio. Z internetem sprawa jest prostsza. Wiem, że to, co powiem, pewnie wyda się wam niewiarygodne, ale w trzeciej dekadzie XXI w. w najbogatszym kraju świata, który do tego przewodzi globalnej rewolucji techno logicznej, dostępu do szybkiej sieci wciąż nie ma nawet do 50 proc. mieszkańców prowincji. Dlaczego? Bo republikanie konsekwentnie blokują wszelkie inicjatywy zmierzające do podpięcia prowincji do sieci. A blokują, gdyż entuzjastami wolnego rynku są tylko do momentu, gdy ktoś im nie zapłaci, by myśleli inaczej. Obecnie płacą im najwięksi gracze na rynku, jak Comcast i Verizon, którzy brutalnie i konsekwentnie dążą do oligopolu na rynku internetu w USA. Ile dobrze płatnych, zdalnych etatów, choćby w takich branżach jak: kontrakty militarne, ubezpieczenia czy księgowość, można by zaoferować wykwalifikowanym mieszkańcom wsi, gdyby tylko mieli dostęp do odpowiedniej technologii.

Największym hipokrytą jest Donald Trump. Przez cztery lata rządów nie zrobił dla prowincji absolutnie nic. Co ona w nim widzi?

Trump podbił jej serca swoją autentycznością.

To żart?

Absolutnie nie. Przez dekady pokutowało przekonanie – zarówno na prawicy, jak i lewicy – że żeby zdobyć przychylność wsi, trzeba przemawiać jej językiem. Ubrać się w kurtkę Carhartta (firma specjalizująca się w produkcji odzieży roboczej – red.), ogrodniczki i pojechać na festyn do Iowa, żeby w towarzystwie farmerów zjeść parówkę na patyku oraz wydoić krowę. Trump bez względu na to, czy przemawia na festynie, czy w Waszyngtonie, zawsze ma na sobie granatową marynarkę i czerwony krawat. Nigdy też nie bawił się w udowadnianie, że wie, jaka jest różnica między kombajnem a corn pone’em (rodzaj bułki z mąki kukurydzianej, popularny na południu USA – red.). Gdziekolwiek się zjawił, zawsze był sobą, biznesmenem z Nowego Jorku, człowiekiem sukcesu. Za to festyn po festynie jak mantrę powtarzał jedną rzecz: że widzi wokół siebie ludzi, którym ukradziono ich własny kraj, i że najwyższa pora, by ktoś pomścił ich krzywdę. Słowa dotrzymał w tym sensie, że nigdy nie przestał zapewniać prowincji, jak słuszne są jej gorycz i pretensje i jak on sam głęboko się z nimi utożsamia. To oczywiście puste słowa, ale słuchając Trumpa, wieś czuje się ważna, doceniona i wierzy, że komuś na niej zależy. Jak powiedział J.D. Vance, autor bestsellera „Elegia dla bidoków”: wieś kocha Trumpa, bo Trump jest dla niej jak kulturowa heroina. Problem z osobą uzależnioną jest zawsze taki, że nie widzi ona, jakie sieje wokół spustoszenie. Ponieważ wieś jest mniejszością rządzącą, to jej wyborcy stanowią zagrożenie dla całej amerykańskiej demokracji.

Dla postępowej części Ameryki to zagrożenie stało się wręcz hasłem przewodnim nadchodzących wyborów prezydenckich.

W tym stwierdzeniu nie ma krzty przesady. Po pierwsze, frustracja i postawy roszczeniowe wsi w dużej mierze napędzane są klasycznym rasizmem i ksenofobią, a to jest jak nóż wbity w samo serce idei tolerancji i wolności, na jakich zbudowana została Ameryka. Po drugie, biała i wściekła prowincja zagraża strukturom państwowości, gdyż jest dziś najbardziej anty rządowa, antysystemowa i nieufna wobec instytucji publicznych. To największy bastion wyznawców wszelkiego rodzaju teorii spiskowych, od członków ruchu QAnon (wierzą m.in. w istnienie „głębokiego państwa”, dążącego do podporządkowania sobie USA i reszty świata – red.), przez obamowych birthersów (ci z kolei uważają, że były prezydent Barack Obama urodził się w Kenii, nie w USA – red.), po wyznawców teorii o skradzionych wyborach w 2020 r., plandemików i antyszczepionkowców. Wreszcie wiejski wyborca jest najsłabiej przywiązany do kluczowych zapisów w konstytucji stojących na straży demokracji: rozdziału Kościoła od państwa, niezależnych mediów oraz mechanizmu kontroli checks and balances, które założyciele naszego państwa po to powołali do życia, by zapobiegały korupcji i konspiracji antyrządowej. Choć 6 stycznia 2021 r. ochotnicy z prowincji nie stanowili większości po stronie spiskowców MAGA atakujących Kapitol, ich poparcie dla tej rezurekcji, a także postulatu, że Trump powinien być przywrócony na stanowisko prezydenta siłą, jest najwyższe ze wszystkich sondowanych grup wyborczych w kraju. Podsumowując: biała, wściekła prowincja skłonna jest zburzyć najstarszą, konstytucyjną, świecką i pluralistyczną demokrację na świecie, bo wierzy, że ta demokracja przestała gwarantować jej uprzywilejowane miejsce w społeczeństwie, a z nim – władzę.

Porozmawiajmy jeszcze o „konstytucyjnych szeryfach”, bo jeśli rzeczywiście doczekamy się rewolucji, mogą w niej odegrać istotną rolę. Kim oni są?

To w przeważającej mierze biali szeryfowie z prowincji, którzy są jedno cześnie wyborcami MAGA i hołdują niebezpiecznej wierze, że stoją ponad prawem. Uważają, że to władze lokalne, nie federalne ani stanowe, decydują w swoich społecznościach o tym, co jest, a co nie jest zgodne z konstytucją. Nie znamy statystyk, choć wiemy, że organizacja Constitutional Sheriffs and Peace Officers Association, do której wielu z nich przynależy, istnieje od 2013 r. Prawda o tym, w co naprawdę wierzą, często wychodzi dopiero przy jakiejś okazji. Tak np. było w przypadku Michaela Carpinelli, szeryfa malutkiego hrabstwa Lewis County w górach Adirondack w stanie Nowy Jork, którego odkryła, przeglądając informacje na platformach społecznościowych, dziennikarka stacji radiowej North Country PR Emily Russell. W ten sposób dowiedziała się, że Carpinelli uważa osoby szturmujące Kapitol za patriotów i więźniów politycznych, że sam jest członkiem ekstremistycznego ugrupowania Oath Keepers i że zachęcał innych do udziału w ataku na Kapitol. Szeryfowie oraz ich zastępcy są w Ameryce najważniejszymi przedstawicielami władzy, bo działają w lokalnych społecznościach. Jeśli zamiast się troszczyć o bezpieczeństwo wszystkich obywateli, zaczynają faworyzować i chronić prawicowych ideologów, to jest to wysoce niepokojące. Nie można wykluczyć, że z racji dostępu do informacji i środków mogą, gdy uznają, że nadeszła odpowiednia pora, sami kreować konflikt i przyjmować na siebie przywódcze role w oddolnych ruchach antypaństwowych.

Wizja rozpadu Ameryki spędza panu sen z powiek?

Nie, bo nie wydaje mi się, że w najbliższym czasie będziemy mieli secesję, choć obawiam się, że możemy się dalej bałkanizować. Jeśli ludzie kierują się emocjami, gniewem, to nie głosują za niczym konstruktywnym, ale tylko po to, by pokazać oponentom środkowy palec. To dlatego mamy mnóstwo demokratów, którzy z urzędu głosują przeciwko wszystkim projektom republikanów – i na odwrót. Brzmi to okropnie, ale pod wieloma względami nasza scena polityczna przypomina szkolny korytarz w gimnazjum, gdzie najważniejsza jest plemienna lojalność, a wszystko rozpatrywane jest w kategoriach „my kontra oni”. Aby wygrać, liderzy zwalczających się frakcji odwołują się do naszych najbardziej prymitywnych instynktów. Taka gra nie sprzyja budowaniu mostów i budowaniu porozumienia. Jeśli Trump znów znajdzie się w Białym Domu, jest niemal pewne, że będzie jeszcze gorzej.

A co daje panu nadzieję?

Że w 2020 r. mieliśmy największą od 1900 r. frekwencję w wyborach prezydenckich. To, że dwa lata wcześniej mieliśmy najwyższą frekwencję w wyborach do Kongresu od 1914 r. Gdyby 3 listopada 2020 r. ktoś mi powiedział, że Trump dostanie 11 mln głosów więcej niż w 2016 r., powiedziałbym: ma zwycięstwo w kieszeni. Ale Biden dostał 17 mln głosów więcej niż Hillary Clinton i wygrał. Cokolwiek byśmy o Trumpie mówili, za jedno trzeba mu podziękować. Zmobilizował Amerykanów, niezależnie od poglądów, na skalę jakiej dawno nie oglądaliśmy. Do tego mamy całe grono jego dawnych współpracowników, którzy znają go na wylot, byli przy nim 6 stycznia 2021 r., a dziś otwarcie przestrzegają Amerykanów, że Trump nie powinien się już nigdy zbliżać do Białego Domu, bo się do sprawowania władzy nie nadaje. Że ma zapędy i ambicje autokratyczne, jak nieustannie podziwiani przez niego Orbán i Putin. Chcę wierzyć, że w 2024 r. Amerykanie będą w stanie powtórzyć wyborczy cud i uda nam się nie wpuścić Trumpa ponownie do Białego Domu. Stawka tych wyborów jest niezwykle wysoka. Tu naprawdę chodzi o ocalenie naszej demokracji. ©Ⓟ