Należy rozważyć stworzenie „koalicji chętnych” do wysłania wojsk do Ukrainy. Z silnymi gwarancjami USA wobec niej – mówi DGP Kurt Volker, były ambasador USA przy NATO.

Przed przegłosowaniem w kwietniu przez Izbę Reprezentantów pakietu dla Ukrainy słyszeliśmy, że sprzęt wojskowy i amunicja z USA są przygotowane do szybkiej wysyłki. A teraz Ukraińcy twierdzą, że uzbrojenie idzie do nich bardzo powoli lub nawet nie przychodzi. Co się dzieje?
ikona lupy />
Trump nie był i nie jest przeciwko wysyłaniu uzbrojenia Ukrainie – przekonuje Kurt Volker / Materiały prasowe / fot. xMateriały prasowe

Nie powinno tak to wyglądać. Mamy łańcuch dostaw, sprzęt czeka w Polsce…

Może USA są zajęte wojną w Strefie Gazy?

Nie wydaje mi się, by to było powiązane. To inne konflikty, inne jest w nich zapotrzebowanie na sprzęt.

Łatwo zauważyć różnice. Wojsko USA bezpośrednio strąca rakiety atakujące Izrael. USA nie stawiają Binjaminowi Netanjahu granic. Nic nie jest na nim wymuszane. Ukraina ma ograniczenia, np. dotyczące użycia broni z USA.

Tak, ale sekretarz stanu Antony Blinken zmienił retorykę w tej sprawie w trakcie swojego pobytu w Kijowie. Stwierdził, że choć USA nie zachęcają Ukraińców do ataków na terytorium Rosji, to jakiekolwiek takie akcje zależą już od nich samych. To wielka różnica w stanowisku USA, i oceniam to jako postęp. Do tego Blinken powiedział, że celem USA jest wygranie wojny przez Ukrainę, tym samym powtórzył, co mówił już Joe Biden. Mamy więc prezydenta oraz sekretarza stanu, którzy oficjalnie deklarują – celem USA jest ukraińskie zwycięstwo. Teraz powinno pójść się za ciosem, Waszyngton powinien zmienić swoją strategię, ukierunkować ją na wygraną Kijowa. Do tej pory tak nie robiliśmy. Powinniśmy wysyłać nowe rodzaje broni, zliberalizować zasady używania sprzętu przez Ukraińców oraz przyspieszyć dostawy.

A „koalicja chętnych” do wysyłania wojsk NATO do Ukrainy? Pan jest „za”. Sugeruje to także prezydent Macron. W Waszyngtonie daleko do entuzjazmu wobec tego pomysłu?

Tak, Biały Dom jest wobec tego sceptycyzmy, bo nie chce eskalacji i obawia się konfliktu nuklearnego. Chciałbym jednak podkreślić, że art. 5. traktatu NATO nie ogranicza nas geograficznie. Byliśmy przecież jako Sojusz w Afganistanie czy na Bałkanach. Jeśli tego chcemy, to możemy podejmować działania poza terytorium NATO. Jest w tym sporo sensu, by niektórzy sojusznicy NATO wysłali swoje wojska do Ukrainy. Pomagali na miejscu w obronie przeciwlotniczej, chronili cywilów czy statki. Do wyobrażenia jest też strącanie pocisków nad terytorium Ukrainy z systemów rozlokowanych poza tym krajem. Tak jak Stany Zjednoczone robiły niedawno w przypadku ostrzału Izraela przez Iran. Należy rozważać stworzenie „koalicji chętnych” z krajów regionu, z silnymi gwarancjami USA wobec tych państw w ramach art. 5.

Nie ma pan poczucia, że niedługo mogą się rozpocząć rozmowy o zawieszeniu broni? Jakie powinno być w nich stanowisko Zachodu?

Nie powinniśmy wywierać presji na Ukraińców, to oni sami powinni decydować o tym, co chcą robić. A teraz chcą walczyć, by odbić swoje terytoria, uznane za ich przez społeczność międzynarodową. Zachód powinien być otwarty na dialog, ale tylko w ramach Karty Narodów Zjednoczonych. Czyli należy odrzucić agresję, respektować suwerenność i integralność terytorialną Ukrainy, uznać, że Ukraina ma prawo do obrony, a świat ma prawo jej w tym pomagać, co zresztą jest zapisane w art. 51 karty. Powinniśmy robić to odważnie, aż do wycofanie się wojsk rosyjskich. W czerwcu odbędzie się międzynarodowy szczyt pokojowy w Szwajcarii, właśnie na podstawie karty i planu pokojowego Zełenskiego. Rosja oczywiście odrzuci te propozycje, ale naszym zadaniem jest pokazanie, że świat jest po naszej stronie.

Jaki jest w tym wszystkim plan Białego Domu?

Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, by był jakikolwiek plan. Biały Dom oddaje Ukrainie przywództwo w rozmowach.

Jedna rzecz to Biały Dom, a druga to Kongres. Pakiet przeszedł, ale na kolejne ruchy chyba długo poczekamy, jak wprowadzenie szerokiego programu pożyczkowego czy konfiskata rosyjskich aktywów.

W tej kadencji Kongresu raczej nic się nie wydarzy. Pieniądze są aż do końca roku, nikt nie chce teraz wracać do tematu. Pożyczki, lend-lease, to doskonały pomysł i myślę, że mogą go poprzeć republikanie, otwarcie poparł go Trump. Natomiast w przyszłym roku ewentualne dyskusje o dalszym wsparciu wojskowym będą się już toczyć w całkiem innych okolicznościach politycznych. Będzie po wyborach, republikanie zapewne przejmą kontrolę nad Senatem, może będzie też nowy prezydent.

Czy zauważył pan zmianę u Trumpa? Za decyzję o poddaniu pakietu pod głosowanie w Izbie Reprezentantów Trump nie krytykował spikera Mike’a Johnsona.

Nie uważam, że można powiedzieć, iż Trump zmienił zdanie. Przecież on nie był przeciwko wysyłaniu uzbrojenia Ukrainie. Po prostu zapewniał polityczną ochronę dla Johnsona, tak by ten przeforsował pakiet przez Kongres, jednocześnie nie ryzykując utraty swojego stanowiska. Nigdy nie chodziło o jego sprzeciw wobec pomocy dla Ukrainy, ewentualnie chodziło o dodanie do tej sprawy kwestii ściślejszej regulacji migracji na południowej granicy. Trump roztoczył nad Johnsonem parasol politycznego wsparcia. Robił to publicznie, a także, z tego co wiem, prywatnie w Mar-a-Lago. Kongresmence Marjorie Taylor Greene, chyba największej przeciwniczce Johnsona, Trump mówił, by dała sobie spokój.

Innymi słowy, chce pan powiedzieć, że największe liberalne media oraz wielu analityków z Europy Środkowej źle czytają Trumpa, politykę w USA i przesadzają z reakcjami na jego komentarze?

Liberalne media zdecydowanie źle go czytają. Zawsze przekręcają jego słowa, tak by brzmiało to wszystko gorzej niż w rzeczywistości. Europejczycy, cóż, to inna sprawa. Są bardziej zniuansowani, słuchają uważniej. Pamiętają, że Trump zwiększył obecność wojsk USA w Polsce czy krajach bałtyckich. Dostarczał broń Ukrainie, kończąc embargo, które nałożył Barack Obama.

Ale to był Trump z przeszłości. Teraz mamy innego Trumpa, inną Partię Republikańską.

Nie jestem przekonany. Trump mówił niedawno, że nie chce, by w Europie stało się coś złego, mówił, że Stany Zjednoczone będą bronić sojuszników wydających ponad 2 proc. PKB na obronność. Gdyby został wybrany na prezydenta, to naprawdę musielibyśmy poczekać na to, co zrobi, aż do momentu jego wejścia do Białego Domu. ©℗

Rozmawiał Mateusz Obremski