Suella Braverman może raczej spać spokojnie. Dymisja może jej tylko pomóc, czego nie można powiedzieć o premierze i całej Partii Konserwatywnej, która prawie na pewno straci władzę po następnych wyborach.

Getty Images / fot. Dan Kitwood/Getty Images

Poniedziałkowe przetasowania w rządzie Wielkiej Brytanii sprawiły, że bohaterem międzynarodowych newsów chwilowo stał się David Cameron. Nic w tym dziwnego – mianowanie na stanowisko ministerialne byłego premiera to na Wyspach krok sensacyjny. Ale długofalowo dla brytyjskiej polityki większe znaczenie będzie mieć zapewne to, że jednocześnie z gabinetu Rishiego Sunaka odeszła Suella Braverman.

Na kłopoty – David

Cameron, potomek arystokratycznego szkockiego rodu, to dawna gwiazda Partii Konserwatywnej, ale też jej wielka, niespełniona nadzieja. W historii zapisze się zapewne jako ten, który „wypuścił z butelki dżina brexitu”. Choć sam był zwolennikiem pozostania w Unii Europejskiej i jej reformowania od wewnątrz, jako szef rządu podjął decyzję o rozpisaniu referendum, zaś po ogłoszeniu jego rezultatu złożył dymisję. Otwarło to drogę do licznych zawirowań w kraju, ale przede wszystkim w samej partii. Kadencje kolejnych liderów (od Theresy May poprzez Borisa Johnsona aż po Liz Truss) nie były – delikatnie mówiąc – szczególnie udane. Wielu zwolenników torysów wspomina więc dziś z sentymentem czasy przywództwa Camerona, który stopniowo zwiększał wyborczą siłę partii, a przy okazji ostrożnie otwierał ją na nowe segmenty elektoratu (zwłaszcza proekologicznego, ale też na ludzi gorzej sytuowanych, spoza klasy średniej i wyższej).

Nominacja Camerona na stanowisko szefa dyplomacji (z jednoczesnym powołaniem go przez Karola III w skład Izby Lordów, żeby uczynić zadość tradycji zasiadania przez ministrów w parlamencie) ma więc zapewne – w zamyśle premiera Sunaka – stanowić podwójny sygnał. Jeden na zewnątrz: nowego otwarcia w relacjach z UE, bo choć o powrocie do członkostwa raczej nie ma mowy, do załatwienia wciąż pozostaje wiele związanych z „rozwodem” spraw natury technicznej, a także kwestie strategicznej kooperacji w przyszłości. Na tym froncie przyda się więc polityk z międzynarodowym autorytetem, dużym doświadczeniem i zręcznością, a przy tym postrzegany jako umiarkowany i pragmatyczny. Te same cechy będą atutem w bezpośrednich relacjach z USA, gdzie ważą się losy ważnej dla brytyjskiej gospodarki umowy handlowej. Sygnał drugi idzie do wewnątrz: to ukłon w stronę elektoratu centrowego, który zrażony ekscesami poprzednich liderów oraz ich prawicowym radykalizmem zaczął odwracać się od torysów, co skutkowało serią porażek w wyborach uzupełniających i wciąż spadającymi notowaniami.

Fotel szefa MSZ zwolnił dla ekspremiera James Cleverly, przenosząc się do Home Office, czyli resortu spraw wewnętrznych. Zastąpił tam wyrzuconą z hukiem Suellę Braverman, jedną z najbarwniejszych postaci brytyjskiej polityki ostatnich lat. Jej dymisja nie oznacza jednak bynajmniej końca kariery ambitnej i zdolnej polityczki – przeciwnie, zdaniem wielu komentatorów otwiera przed nią nowe szanse na grę o znacznie wyższe stawki w przyszłości. A Braverman bez wątpienia ma takie aspiracje, wszak kandydowała już na miejsce lidera partii (i w konsekwencji także rządu) latem ubiegłego roku (ostatecznie poparła wtedy Liz Truss, za co została przez nią nagrodzona stanowiskiem ministerialnym).

Sama zainteresowana chyba celowo sprowokowała obecne przesilenie i nie zostawiła premierowi innego wyboru niż usunięcie jej z rządu. Bo jak pisał Antal Végh, „sztuka polega na tym, by grać w drużynie, ale nie do tego stopnia, by z nią spadać z ligi”. A przewaga ponad 20 punktów sondażach, którą dysponuje już opozycyjna Partia Pracy, nie rokuje torysom zbyt dobrze w przyszłorocznych wyborach. I to pomimo względnie optymistycznych danych napływających ostatnio z brytyjskiej gospodarki. Możliwe, że Brytyjczycy są już po prostu zmęczeni długoletnimi rządami konserwatystów – zwłaszcza że ich ostatnie lata to pokaz wyjątkowego braku stabilności politycznej. Poza częstą zmianą premierów rekordowo liczne były też rotacje na stanowiskach ministerialnych, a w ślad za nimi szły coraz nowsze koncepcje poszczególnych polityk publicznych. Na tym chaotycznym tle laburzystom łatwo budować swój obraz jako partii przewidywalnej, a o ich dawnych grzechach i szaleństwach pamiętają już tylko nieliczni obserwatorzy i wyborcy.

Jeśli – po swoim wysoce prawdopodobnym zwycięstwie wyborczym – Partia Pracy postanowi radykalnie pchnąć Wielką Brytanię w lewo (a zapowiedzi jej liderów na to wskazują), a następnie ten radykalizm spowoduje nowe problemy i w efekcie kolejne wahnięcie nastrojów elektoratu (a to też dość prawdopodobne), to strategiczna gra Suelli Braverman ma szanse powodzenia. W perspektywie jest więc jej „powrót na białym koniu”, w roli już niekwestionowanej przywódczyni (i zbawczyni) odnowionej Partii Konserwatywnej. Tym bardziej że od pewnego czasu była już minister spraw wewnętrznych buduje bardzo konsekwentnie swój wizerunek przeciwieństwa umiarkowanego i poprawnego Davida Camerona oraz technokratycznego miliardera Rishiego Sunaka.

Sue-Ellen mierzy wysoko

W żyłach Sue-Ellen Cassiany Braverman (bo tak brzmi jej pełne nazwisko, „Suella” to zaadaptowany skrót imion z czasów szkolnych), z domu Fernandes, płynie głównie krew hinduska. Jej rodzice przybyli na Wyspy w latach 60. ubiegłego wieku z Mauritiusa (matka) i z Kenii (ojciec). Znaleźli bezpieczny dom i szanse kariery zawodowej, a córce zapewnili świetne wykształcenie (wtym studia prawnicze w Queens’ College w Cambridge, a później także na paryskiej Sorbonie – z prawa francuskiego i europejskiego).

Dlatego miss Fernandes, rozpoczynając po krótkiej karierze korporacyjnej prawniczki swą przygodę z polityką, z dumą określała się jako „dziecko imperium brytyjskiego”, które także na swoich peryferiach „zawsze działało na rzecz dobra”. Nadal zresztą chętnie szermuje nawiązaniami do tej wielkiej tradycji. Zanim po raz pierwszy została szefową Home Office, nabierała doświadczenia w ławach parlamentarnych (od 2015 r.) oraz w roli podsekretarza stanu w urzędzie nadzorującym negocjacje brexitowe (w 2018 r. złożyła dymisję na znak protestu przeciw rządowemu projektowi porozumienia z UE).

Po drodze polityczka nie ustrzegła się wpadek – do najpoważniejszych należało wysłanie do jednego z kolegów z parlamentu, z prywatnego adresu poczty elektronicznej (a więc poza elementarnymi procedurami bezpieczeństwa), projektu rządowego dokumentu. Rzecz działa się w 2022 r. Przyznała się wtedy sama do pomyłki i niezwłocznie podała do dymisji, w pożegnalnym liście wsadzając jednak kilka bolesnych szpil swej ówczesnej szefowej. Gdy po kilku dniach odejść musiała Truss, a szefem partii i rządu został Rishi Sunak, natychmiast przywrócił on Suellę Braverman na stanowisko ministra spraw wewnętrznych.

Osie konfliktu

Problemem mogły się okazać także wypowiedzi publiczne z marca 2019 r., w których konserwatywna polityczka ostro piętnowała „ideologię woke”, a przede wszystkim „marksizm kulturowy” i jego przejawy na brytyjskiej lewicy – niektórzy oponenci doszukali się w tym wątku antysemickiego oraz podobieństw do stanowiska norweskiego terrorysty Andersa Behringa Breivika. Rychło posypały się głosy potępienia za „mowę nienawiści”, ale w końcu wpływowa Rada Deputowanych Żydów Brytyjskich (która na początku też zareagowała negatywnie) uniewinniła podejrzaną, a nawet w specjalnym oświadczeniu nazwała ją „dobrą przyjaciółką społeczności żydowskiej”. Nie bez znaczenia były zapewne jej obszerne wyjaśnienia złożone osobiście przed radą, ale też to, że akurat rok wcześniej panna Fernandes stała się panią Braverman. Jej małżonek Rael, wysoki rangą menedżer w grupie Mercedes-Benz, wychowany w RPA i Izraelu, jest zaś zaangażowanym członkiem wspólnoty żydowskiej w Wielkiej Brytanii.

Ostatnie wydarzenia dały Suelli Braverman doskonałą okazję do potwierdzenia swojego proizraelskiego stanowiska. Potępiła Hamas i jego sojuszników oraz poparła działania rządu Binjamina Netanjahu, a podlegające jej struktury policyjne w zeszłym tygodniu ostro skrytykowała za stosowanie „podwójnych standardów” i „bierność” w obliczu organizowanych na ulicach brytyjskich miast masowych demonstracji poparcia dla Palestyńczyków. I choć de facto nie odbiegało to od dominującej linii rządu, to jednak styl i radykalizm jej wypowiedzi spowodował przerażenie co ostrożniejszych torysów. Prominentni przedstawiciele brytyjskich muzułmanów, w tym burmistrz Londynu Sadiq Khan i szef regionalnego rządu Szkocji Humza Yousaf, stwierdzili zaś, że Braverman celowo „zaogniła napięcie i ośmieliła skrajną prawicę”. Lider Partii Pracy Keir Starmer dorzucił od siebie, że „Sunak jest za słaby, by zwolnić Braverman”. Prowokacja się udała i premier zrobił to, na co opozycyjni posłowie po cichu pewnie liczyli, rozwiązując ręce (i języki) wewnętrznej opozycji w łonie własnej partii.

Suella Braverman już dzień po dymisji przypuściła ostry atak na szefa rządu, twierdząc, że „ochrypła w przedstawianiu argumentów za zakazem marszów”, podczas gdy stanowisko Sunaka było „niepewne, słabe i pozbawione cech przywódczych, których potrzebuje kraj”. „Podobnie jak w wielu innych kwestiach, starałeś się odłożyć trudne decyzje, aby zminimalizować ryzyko polityczne dla siebie” – dodała. Przy okazji oskarżyła premiera, że ten paraliżował działania jej resortu oraz złamał własną obietnicę wyborczą – powstrzymania nielegalnej migracji – przez co „zdradził naród brytyjski”.

Tymczasem w środę Sąd Najwyższy ostatecznie utopił jeden ze sztandarowych pomysłów torysów w tym obszarze, czyli projekt odsyłania do Rwandy ludzi, którym odmawia się azylu. Zgodnie z planem zainicjowanym jeszcze w czasach premierostwa Borisa Johnsona Wielka Brytania zamierzała przymusowo zawracać do tego afrykańskiego kraju dziesiątki tysięcy osób, które dotarły na Wyspy bez stosownego zezwolenia. Miał to być dość ostentacyjny straszak dla kolejnych rzesz nielegalnych migrantów szykujących się do „skoku przez kanał”. Minister Braverman mocno wspierała ten plan i to głównie ona stała za złożeniem apelacji od wcześniejszego orzeczenia, które mówiło, że akty wykonawcze są sprzeczne z brytyjskim prawem i z europejską konwencją praw człowieka, której stroną jest Zjednoczone Królestwo. Wprost dopuszczała nawet wycofanie się z konwencji, co niewątpliwie przysparzało jej zwolenników wśród partyjnych jastrzębi. Frakcja przeciwna argumentowała natomiast, że układ z rządem Rwandy jest niemoralny (bo oparty na „łapówce” dla tamtejszych polityków i w dodatku narażający deportowanych na ryzyko przekazania ich w ręce niedemokratycznych reżimów, od których uciekali). Tyle że realistycznej opcji alternatywnej nikt nie przedstawił – przynajmniej jak dotąd (bo trudno uznać za takową środowe zapowiedzi Sunaka i ministra Cleverly’ego) – a problem narasta. W rządzie rozpoczęły się teraz gorączkowe poszukiwania „planu B”, o którego przygotowanie – trzeba jej to przyznać – Braverman apelowała już dawno.

Gołębie i jastrzębie

To oznacza, że Rishiego Sunaka czekają coraz poważniejsze kłopoty. Niestety, wraz z nim mogą ucierpieć też pewne globalne interesy Wielkiej Brytanii oraz jej sojuszników. Warto pamiętać, że obecny rząd Jego Królewskiej Mości (podobnie jak poprzednie gabinety sformowane przez Partię Konserwatywną) konsekwentnie realizuje politykę wsparcia dla walczącej Ukrainy, a także zaostrzania i uszczelniania sankcji przeciwko Rosji. Tylko w ostatnich dniach objęto nimi kolejne 29 osób fizycznych i podmiotów gospodarczych działających w rosyjskim sektorze złota i ropy (w tym sieć z siedzibą w Zjednoczonych Emiratach Arabskich), a brytyjska Narodowa Agencja ds. Przestępczości (NCA) wydała szczegółowe ostrzeżenie dla instytucji finansowych, które ułatwia identyfikację rosyjskich prób wykorzystania złota w celu uniknięcia sankcji. Wielka Brytania właśnie nałożyła także sankcje na zajmującą się handlem energią firmę Paramount Energy & Commodities DMCC, twierdząc, że Rosja wykorzystała jej nieprzejrzyste struktury własności do łagodzenia skutków sankcji nałożonych przez grupę G7 na sprzedaż ropy naftowej. Nie jest pewnie przypadkiem, że pierwszym (telefonicznym) rozmówcą zewnętrznym Camerona jako świeżo upieczonego szefa brytyjskiej dyplomacji był jego amerykański odpowiednik Antony Blinken (jeszcze w poniedziałek wieczorem), a wśród tematów znalazły się właśnie sankcje wobec Rosji i pomoc dla Ukrainy, stosunki z Chinami oraz konflikt Izraela z Hamasem. „Sekretarz Blinken i lord Cameron podkreślili ciągłość specjalnych stosunków między USA a Wielką Brytanią oraz ich znaczenie dla bezpieczeństwa regionalnego i globalnego” – skomentował rzecznik Departamentu Stanu USA Matthew Miller.

Czy po ewentualnym upadku torysów można liczyć na podtrzymanie tej tendencji przez rząd laburzystowski? Zapewne tylko w pewnym stopniu – formalne relacje transatlantyckie z pewnością nie ucierpią w takim scenariuszu z dnia na dzień, ale przedstawiciele Partii Pracy mogą „nie nadążać” za Amerykanami w polityce bezpieczeństwa zewnętrznego w takim stopniu jak konserwatyści. Mogą się też okazać o wiele bardziej podatni na hasła proislamskie i prorosyjskie – „antyimperialistyczne”, choć w polskich uszach brzmi to cokolwiek paradoksalnie. Takie są po prostu oczekiwania znacznej części ich elektoratu.

Na razie Sunak próbuje płynąć środkiem nurtu. Przynajmniej na to wskazuje niedawna mowa tronowa króla Karola – tradycyjnie przygotowana przez rząd. Zawierała ostrożne obietnice porządkowania systemu podatkowego, takież próby wycofywania się z najbardziej kontrowersyjnych planów klimatycznych (w tym opóźnienie rezygnacji z aut spalinowych), a także zapowiedzi zwiększenia bezpieczeństwa publicznego i zaostrzenia kar za niektóre rodzaje przestępstw. Ukłonem w stronę młodego elektoratu jest zapowiadana reforma rynku mieszkaniowego, która obejmuje m.in. częściowy zakaz eksmisji najemców. Niemal bez odpowiedzi pozostają jednak takie fundamentalne problemy jak napięcia na rynku pracy, utrzymująca się (mimo poprawy wskaźników w ostatnim czasie) presja inflacyjna czy wciąż fatalna jakość wielu usług publicznych.

Politycznym paliwem w czasie kampanii może też być problem bezdomności. Pytanie, kogo będzie więcej wśród wyborców – tych, którzy są skłonni ulitować się nad nieszczęśnikami koczującymi w parkach i na ulicach, nawet kosztem własnych portfeli i interesów, czy tych, którzy podzielą raczej podejście Suelli Braverman i reprezentowanego przez nią skrzydła torysów. Tuż przed dymisją wyłożyła je w mediach społecznościowych: „nie możemy pozwolić, aby nasze ulice zostały zajęte przez rzędy namiotów zajmowanych przez ludzi, w tym wielu z zagranicy, którzy mieszkają na ulicach, bo wybrali taki styl życia”. I zapowiedziała przepisy, które to ukrócą, zapobiegną „eksplozji przestępczości, zażywania narkotyków i nędzy”, jednocześnie wesprą „naprawdę potrzebujących”.

Na Wyspach zapowiadają się więc gorące politycznie miesiące. Stawką gry jest być może przyszłość cywilizacyjna Wielkiej Brytanii, a także jej zdolność do tworzenia „trzeciego bieguna Zachodu” pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Unią Europejską. ©Ⓟ