Rozmowy o reformach unijnych instytucji i zmianach traktatów to nieodzowny element funkcjonowania Unii Europejskiej. Choć zwykle są one podejmowane na skutek kryzysów, które uwidaczniają albo niedostateczne regulacje, albo problemy z decyzyjnością w gronie 27 obecnie państw.

Tym razem jednak warunki geopolityczne są bezprecedensowe z uwagi na trwającą wojnę w Ukrainie, rywalizację chińsko-amerykańską oraz rewizję polityki UE względem Rosji. Jeśli dodamy do tego dość wątpliwe przygotowanie Starego Kontynentu do pandemii koronawirusa, to trudno o bardziej odpowiedni moment do tego, żeby nie tylko zainicjować dyskusję, lecz także przeprowadzić realne zmiany dostosowujące Unię do zupełnie nowych warunków politycznych, ekonomicznych i społecznych.

Nie jest specjalnym zaskoczeniem, że jako pierwsze z realnymi propozycjami wyszły dwie najbardziej wpływowe stolice – Berlin i Paryż. Choć między największymi graczami w UE iskrzy na wielu polach, to w kwestii reform oba państwa zdają się iść jednym torem. Torem, na którym Europa Środkowo-Wschodnia oraz wszystkie mniejsze państwa członkowskie mogą w najlepszym wypadku się potknąć, a w najgorszym wypaść z niego. Francja i Niemcy zleciły bowiem ekspertyzę dotyczącą reform UE, która została wczoraj omówiona na pierwszej powakacyjnej Radzie ds. Ogólnych przez ministrów „27”.

Propozycja ta zakłada przede wszystkim utworzenie Unii już nie dwóch, lecz czterech prędkości. W jej centrum miałyby się znaleźć kraje „starej UE”, następnie UE jako całość, dalej kraje stowarzyszone i na końcu Europejska Wspólnota Polityczna – pomysł Emmanuela Macrona dla państw, które de facto nie mają zbyt dużych szans na szybki akces, ale miałyby pozostać w orbicie Brukseli. Towarzyszy temu oczywiście propozycja znacznego osłabienia jednomyślności podejmowania decyzji w kluczowych kwestiach na rzecz głosowania większością kwalifikowaną. Zarówno podział wewnętrzny UE, jak i zniesienie zasady weta w kluczowych sprawach jeszcze bardziej osłabią pozycję mniejszych państw. Większość kwalifikowana to dziś 55 proc. państw reprezentujących 65 proc. populacji. Ekspertyza Berlina i Paryża zakłada nieznaczną modyfikację do poziomu 60 proc. państw reprezentujących 60 proc. populacji. Nie zmienia to w znaczącym stopniu układu sił, w którym to najwięksi gracze mieliby znacznie ułatwioną drogę do przyciągnięcia kilku mniejszych państw, żeby przyjąć przepisy w danej formie. Dziś pewnym bezpiecznikiem dla interesów narodowych jest weto w kluczowych kwestiach, ale trudno nie zgodzić się z Niemcami i Francuzami, że jest ono instrumentalizowane i wykorzystywane często do blokowania projektów i decyzji na zasadzie „odwetu” oraz wywierania presji na państwach i instytucjach unijnych – jak w przypadku Węgier. Osłabienie zasady jednomyślności z pewnością ułatwiłoby proces decyzyjny i pozwoliło np. na szybsze procedowanie kluczowych dla Unii projektów czy szybsze przekazywanie wsparcia Ukrainie blokowane dziś przez Budapeszt. Ponadto trudno oprzeć się wrażeniu, że cały projekt zmierza do marginalizowania „czarnych owiec”, takich jak Polska czy Węgry, zwłaszcza że wspomniana ekspertyza zakłada również znaczne rozszerzenie mechanizmu „pieniądze za praworządność”.

Ekspertyza omówiona w tym tygodniu w gronie ministrów ds. UE trafi także na szczyt unijnych liderów, którzy spotkają się w Brukseli w październiku i dopiero wówczas będzie można stwierdzić, na ile realne do przeprowadzenia wydają się zmiany suflowane przez Berlin i Paryż. Jednak już wstępna dyskusja na temat tych propozycji jest zdecydowanie negatywnym sygnałem dla wszystkich państw aspirujących do UE. Otóż zmiany w tym kształcie pogrzebią najbardziej egalitarną zasadę w UE – zasadę konwergencji. Unia wielu prędkości to Europa kast, w której maluczcy tęsknie spoglądają na Berlin. Usankcjonowanie wewnętrznych podziałów spowoduje odpływ ambicji z państw aspirujących do „27” lub już będących w procesie rozszerzenia. Dotychczasowa obietnica stopniowej integracji może bowiem zamienić się w mgliste nadzieje na zbliżenie się do któregoś z czterech „kręgów”, ale trudno nazwać takie stosunki partnerskimi.

Wciąż jednak jesteśmy na wstępnym etapie dyskusji, a odpowiednia merytoryczna mobilizacja mniejszych państw może tę dyskusję przenieść na inny poziom. Dobrym przykładem jest kontrpropozycja państw bałtyckich, Polski, Danii, Finlandii i Szwecji, opublikowana w lipcu. W interesie naszego regionu jest rozszerzanie UE tak daleko, jak tylko pozwalają na to warunki. I to do państw regionu należy udowodnienie, że to nie tylko nasz interes, lecz także interes całego Starego Kontynentu. ©℗