Amerykanie mówią, że rakieta, która spadła na Przewodów jest prawdopodobnie ukraińska. Ukraińcy, że rosyjska. Komu mamy wierzyć?
Powinniśmy poczekać na wyniki śledztwa. Nie wiem, ile będzie trwało, ale po odłamkach będzie można wykazać, kto za tym stał. Za jakiś czas uzyskamy pewność. Jestem zaskoczony, że do takiego przygranicznego incydentu doszło tak późno, wojna trwa już przecież dziewięć miesięcy. Ale niezależnie od tego, czyj był to pocisk, to wszystko jest konsekwencją rosyjskiego ataku na ukraińskich cywilów i infrastrukturę. Nawet jeśli to była ukraińska rakieta z ich systemu obrony, to do incydentu doszło z powodu rosyjskiego ostrzału. Natomiast po nim dochodzi do bitwy informacyjnej i przestrzegałbym Ukraińców. Istnieje ryzyko przeszarżowania ze strony Kijowa w ich komunikatach. Nie wykluczałbym, że był to jednak ich pocisk.
Skoro odpowiedzialność spada na Rosjan, to może Polska powinna zawnioskować o uruchomienie art. 4 Traktatu północnoatlantyckiego?
Taki krok byłby uzasadniony. Ale między sojusznikami mają teraz też miejsce konsultacje bez „czwórki”, mówię np. o spotkaniu Rady Północnoatlantyckiej. Przy tym warto podkreślić, że różnica między art. 4 a art. 5 dotyczy nie tylko kolektywnej odpowiedzi, lecz także poziomu incydentu. Gdy doszło do tego w Przewodowie, większość zachodnich przywódców była na szczycie G20 na Bali, zareagowali zdecydowanie. NATO także odpowiedziało mocno i szybko, ale nie pospieszenie. Sekretarz generalny Jens Stoltenberg mówił, że nie mamy dowodów na to, by Rosjanie zamierzali zaatakować Polskę czy inne kraje Sojuszu. Nie zwiększa się ryzyko bezpośredniego zagrożenia. Zwiększy się natomiast moim zdaniem zaangażowanie Zachodu w pomoc Ukrainie, w walkę demokracji z autorytaryzmem.
A nie uważa pan, że jest teraz zwiększone ryzyko ostrzału Polski ze strony Rosji? Rosjanie w sumie zobaczyli, jak reagujemy na takie sytuacje kryzysowe jako Zachód, jak komunikujemy się w ramach NATO. Może teraz nabiorą ochoty, by sprawdzić, gdzie są nasze granice?