Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro” – tymi słowami Fausta z dramatu Johanna Wolfganga von Goethego można scharakteryzować rolę Michaiła Gorbaczowa w upadku Związku Radzieckiego. Gorbaczow, który zmarł we wtorek w wieku 91 lat, nie chciał upadku imperium, przeciwnie – przelewał krew, by ocalić jego granice.
Ale ZSRR okazał się niczym przeżarte przez korniki drewno. Wystarczyło pogmerać przy jego fundamentach, by rozwalił się w pył.
Zachodnia narracja jest manichejska. Oto prezydent ZSRR chciał dać swojemu krajowi wolność, a światu – pokój, więc zgodził się na zjednoczenie Niemiec, wycofał wojska z Afganistanu, zawiesił zimną wojnę i nie oponował, gdy kolejne kraje bloku wschodniego zaczynały myśleć o demokracji. Dlatego w zachodnich epitafiach dominuje bezwarunkowy podziw dla „Gorbiego”, laureata Pokojowej Nagrody Nobla – i pewnie trudno się temu dziwić. „Czy jedna osoba może zmienić świat? Tak. Może. Bez przemocy, bez czołgów, wycofując 350 tys. radzieckich żołnierzy z Niemiec. Wolność dla milionów w Europie Środkowej i Wschodniej. Jedność Niemiec. Nie do pomyślenia bez Michaiła Gorbaczowa. Osobowość stulecia, które odchodzi” – napisał niedoszły kanclerz Armin Laschet, ważna postać niemieckiej chadecji.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.