Karol Wasilewski, analityk agencji NEOŚwiat / Materiały prasowe
Turcy zgodzili się na wejście Finlandii i Szwecji do NATO. Co otrzymali w zamian? Co wynika z memorandum?
Z perspektywy tureckiej memorandum to nie jest mało. Turcy już fetują je jako sukces. Recep Tayyip Erdoğan otrzymał od Szwecji i Finlandii pisemne potwierdzenie o terrorystycznym charakterze Partii Pracujących Kurdystanu (PKK). A także zobowiązanie do współpracy w zakresie zwalczania terroryzmu i zmian prawnych oraz do ograniczenia wsparcia dla syryjskich Powszechnych Jednostek Ochrony (YPG), które Ankara uznaje za przedłużenie PKK. Uzyskał dokument, który może sprzedawać na rynku wewnętrznym i który może mu pomóc pokazywać, że dba o interesy Turcji. Przy interpretacji tego porozumienia, dywagacjach, czy Erdoğan otrzymał dużo, czy mało, apelowałbym o pamiętanie, że przed nami proces ratyfikacji. Proces, który sprzyja przepychaniu interpretacji memorandum bardziej po linii Turcji.
Reklama
Natomiast porównując memorandum do fali opinii o tym, czego Turcy mogą się domagać, to Ankara otrzymała niewiele. Ale tu zastrzeżenie. Tych postulatów nie artykułowa sama Turcja. To część obserwatorów przedstawiała jej pozycję w sposób maksymalistyczny. Mówienie, że w grze jest kwestia kupna od USA myśliwców F-35 było absurdalne od początku.
A może jest coś innego, coś zakulisowego? Może F-16 z USA?

Reklama
Jeśli chodzi o F-16, to kluczowym aktorem jest tu Kongres. Trudno mi sobie wyobrazić, jak Turcja mogłaby uzyskać zgodę parlamentu USA. Otrzymała natomiast rzecz ważną w polityce każdego państwa - telefon i spotkanie z Joem Bidenem. Erdoğan może znów pokazać wyborcom, że jest wielkim rozgrywającym. Cały spektakl został zresztą wyreżyserowany. Wygląda, jakby prezydent jako wódz przyjechał na szczyt i decydował wręcz o życiu i śmierci. Oprócz tego wydaje mi się, że na ostatnim etapie Stany Zjednoczone robiły więcej, niż nam się wydaje. Wskazówką może być niedawna wizyta wicesekretarza skarbu Wally’ego Adeyemo w Turcji. Krytykował Ankarę za obchodzenie sankcji na Rosję. Raczej zadziałał tu amerykański kij niż marchewka.
Jak pan widzi przyszłość Rożawy? Czy jest możliwe, że Turcja uzyskała zgodę na operację wojskową na kurdyjskich terenach na północy Syrii?
Będziemy musieli poczekać, by zweryfikować tezę o ewentualnej zgodzie na operację zbrojną w Rożawie. Turcy od miesiąca mówią o Manbidż i Tall Rifat. Raczej nie o terenach na wschód o Eufratu. Teoretycznie Stany Zjednoczone mogłyby na taką operację przymknąć oko. Generalnie Waszyngton jest przeciwny, ale operacja w tych dwóch regionach byłaby bardziej problematyczna dla rządu w Damaszku i dla Rosji niż dla nich. Musimy poczekać.
Co porozumienie oznacza dla Kurdów w Turcji?
Nie ma większego znaczenia. Oni są represjonowani w Turcji w ramach innych ustaleń. Wbrew tureckiej retoryce nie jest też tak, że Szwecja pozostaje stroną, która mocno zbroi YPG. A Finlandia to już w ogóle. Większy problem to sprawa ekstradycji, nie tylko Kurdów, lecz także i tzw. gullenistów. I tego, co Ankara uważa za zbyt łagodne podejście do terroryzmu. Tutaj Szwedzi zmieniają prawo na mocniejsze, ale jednocześnie zapisy tego memorandum są takie, że Sztokholm jest kryty, bo dokument odwołuje się do Europejskiej konwencji o ekstradycji.
Ile może trwać proces ratyfikacji przez Ankarę?
Turcja dostała do ręki instrument i jest na tyle nieprzewidywalna, że nie możemy wykluczyć scenariusza, że dalej będzie wywierać presję. W znacznej mierze będzie to zależało od sytuacji wewnętrznej: czy Erdoğan będzie potrzebował pokazywania, że przymusza innych aktorów międzynarodowych do uznania jego logiki.
Być może jednak naciski sojuszników były tak mocne, że Turcja uznała, iż utrzymywanie weta jest bez sensu z punktu widzenia interesu kraju. Bo czym innym jest blokowanie, a czym innym twarde weto. Postrzeganie ich jako konia trojańskiego Rosji w NATO nie jest dla Turków korzystne. Turcy zawsze się targują. Starają zmaksymalizować zyski - to powie każdy urzędnik NATO. ©℗
Rozmawiał Mateusz Obremski