Władze Izraela potwierdziły, że są częścią bliskowschodniego partnerstwa wojskowego „Middle East Air Defense Alliance” (MEAD) przeciwko Iranowi. Na celowniku znajdują się pociski, rakiety i drony z tego kraju – przekazał w tym tygodniu minister obrony Beni Ganc. W ostatnich latach państwo żydowskie miało zaobserwować wzrost liczby ataków wykorzystujących bezzałogowe statki powietrzne i określa je mianem irańskiego „terroru dronów”. Tamtejszy rząd uważa, że Teheran stara się uzbroić wszystkie swoje oddziały w regionie – Syrii, Libanie, Iraku i Jemenie – w tysiące dronów, jednocześnie zapewniając sprzymierzonym bojówkom szkolenia z ich obsługi. Siły Obronne Izraela poinformowały, że przechwyciły dotychczas co najmniej cztery statki zmierzające w kierunku Tel Awiwu lub Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy. Kolejne dwa zostały przechwycone przez amerykańskie odrzutowce nad Irakiem. – Ten sojusz już działa. Zdążył udaremnić próby rzucenia wyzwania Izraelowi i innym krajom na Bliskim Wschodzie – komentował Ganc.
Wiadomo, że członkowie MEAD współpracują ze Stanami Zjednoczonymi. Izraelscy urzędnicy nie poinformowali jednak, które z bliskowschodnich rządów zaangażowały się w nowy format. Powołując się na źródła w tamtejszym ministerstwie obrony, portal Breaking Defense pisze, że najprawdopodobniej są to Jordania, Egipt, Arabia Saudyjska i ZEA. Partnerstwo to jest jednym z najbardziej znaczących rezultatów dyplomatycznego odprężenia, do którego dochodzi w regionie. Izrael, niegdyś izolowany przez większość świata arabskiego, dzięki wysiłkom administracji byłego prezydenta USA Donalda Trumpa w sierpniu 2020 r. zaczął normalizować stosunki z czterema państwami, w tym Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi i Bahrajnem. Sojusz obrony powietrznej podkreśla tempo, w jakim niektóre z tych relacji przeszły od symboliki do działania. Pokazuje również, że strach przed irańską agresją jest obecnie dla niektórych przywódców arabskich bardziej palącym problemem niż natychmiastowe zakończenie izraelskiej okupacji Palestyny. Regionalni przywódcy podzielają bowiem obawy dotyczące potencjału militarnego Iranu. Sprzeciwiają się także amerykańskim wysiłkom na rzecz ożywienia porozumienia nuklearnego z 2015 r., które ograniczało rozwój programu jądrowego w zamian za złagodzenie sankcji wobec Teheranu. Twierdzą, że nie uwzględniono w nim obaw związanych z możliwościami rakiet balistycznych czy ze wsparciem dla rozrzuconych po całym regionie sojuszników Ajatollahów, w tym libańskiego Hezbollahu. Rozmowy między światowymi mocarstwami a Iranem znajdują się jednak od dłuższego czasu w martwym punkcie. Mimo to – zdaniem szefa izraelskiego resortu obrony – w ostatnich miesiącach Izrael był świadkiem dwóch wydarzeń jednoczących społeczność międzynarodową – utrzymania irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej na liście organizacji terrorystycznych i potępienia tamtejszych władz przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej (MAEA) za nieprzestrzeganie zasad prowadzenia przez MAEA inspekcji obiektów jądrowych.