- Piłka jest w dużej mierze po stronie polskiego rządu. Relacje z Paryżem będą zależały od tego, jakie wnioski Polska wyciągnie z obecnej sytuacji międzynarodowej - mówi Paweł Zerka, analityk European Council on Foreign Relations

ikona lupy />
Paweł Zerka, analityk European Council on Foreign Relations / Materiały prasowe
W trakcie kampanii wyborczej we Francji doszło do potyczki słownej między premierem Mateuszem Morawieckim a prezydentem Emmanuelem Macronem. Czy może to wpłynąć na politykę Paryża wobec Warszawy?
Zarówno w Polsce, jak i we Francji była ona obliczona na użytek wewnętrzny. Nie przywiązywałbym więc do tego wielkiej wagi. W tej chwili nie wiadomo jeszcze, jak będzie wyglądał rząd Macrona, bo kluczowe okażą się wyniki wyborów parlamentarnych. Za dwa miesiące wszystko będzie jednak jasne i polskiemu rządowi nie pozostanie nic innego, jak współpracować z taką administracją, jaka powstanie. W kampanii sytuacja była zupełnie inna, dlatego nie uważam, żeby tamta wymiana nieuprzejmości mogła być odbierana jako coś, co burzy relacje czy uniemożliwia obu państwom współpracę w ramach Unii Europejskiej. Szczególnie teraz, kiedy w Ukrainie toczy się wojna i wciąż pozostaje niedomknięty temat pandemii. Siłą rzeczy oba rządy będą musiały współpracować. W wielu kwestiach będzie im po drodze. Widać to chociażby na przykładzie energetyki jądrowej. Jeśli Polska miałaby ją rozwijać, Francja byłaby ważnym sojusznikiem.
W jakich jeszcze sferach możemy rozwijać współpracę?
Wiele będzie zależało od tego, jakie wnioski Polska wyciągnie z obecnej sytuacji międzynarodowej. Wybory we Francji były pod tym względem niezwykle istotne. Mam wrażenie, że rząd Zjednoczonej Prawicy jest podzielony. Istnieje grupa, która chciałaby naprawić relacje z Brukselą. Oznaczałoby to pójście na kompromis w kwestii praworządności i reformy sądownictwa. Wiadomo też, że w Brukseli są instytucje i osoby, które również chciałyby polepszyć stosunki z Polską. Głównym czynnikiem, który sprzyja tego rodzaju inicjatywie, jest wojna w Ukrainie. Wystarczy zauważyć, że Węgry i Polska, które wcześniej były sojusznikami, dwoma brzydkimi kaczątkami Unii Europejskiej, teraz stoją po przeciwnych stronach barykady, gdy chodzi o stosunek do Ukrainy, Rosji i Władimira Putina. W związku z tym istnieje szansa, żeby Polskę przyciągnąć do europejskiego mainstreamu.
Oczywiście nie będzie to proste, bo w rządzie jest też silne skrzydło, które mówi, że nie należy odpuszczać. Gdyby Marine Le Pen została przywódczynią Francji, to o pomyśle odbudowy mostów między Warszawą a Brukselą trzeba byłoby zapomnieć. Ale teraz, kiedy wiemy, że Macron pozostanie lokatorem Pałacu Elizejskiego przez kolejne pięć lat, oba scenariusze pozostają możliwe. Tyle że piłka jest w dużej mierze po stronie polskiego rządu.
Współpraca z Francją będzie więc w dużej mierze zależała od wyboru, którego polski rząd będzie musiał dokonać w najbliższych tygodniach: odbudować swoją pozycję w Europie i zgodzić się na pewne kompromisy czy dalej stać przy swoim. To zdeterminuje pole do współpracy z Polską w wielu innych obszarach. Oczywiście jeśli Polska wybierze drugą możliwość, to nie znaczy, że tej współpracy z Francją w ogóle nie będzie. Zwłaszcza w sprawach gospodarczych Francja może znaleźć różne ciekawe kąski, które zachęcą ją do działania z Polską.
Co ma pan na myśli?
Głównie te dotyczące sektorów takich jak: transformacja energetyczna, energetyka jądrowa, koleje dużych prędkości czy ochrona zdrowia. Już w ubiegłym roku oba kraje zaczęły na poważnie dyskutować o współpracy w tych dziedzinach. Francja ma wiele firm, które chętnie wzmocniłyby swoją obecność w Polsce albo w ogóle się na naszym rynku pojawiły. Dbanie o interesy gospodarcze jest bardzo silnym elementem polityki zagranicznej Francji. Mówię to ze smutkiem, bo oznacza to, że Francja do tej pory nie była w gronie państw członkowskich, jak Holandia czy Niemcy, które stanowczo broniły praworządności w Polsce. Macron wspominał o tym rzadko. Mimo to trudno mi sobie wyobrazić nagłe zacieśnienie i wzmocnienie politycznych relacji między Paryżem a Warszawą, jeżeli stan praworządności w Polsce nie ulegnie poprawie. Ten temat będzie tak czy inaczej rzutował na perspektywy polsko-francuskiej współpracy w kwestiach politycznych wykraczających dalece poza zwykłe relacje biznesowe. Byłoby olbrzymią szkodą dla Polski, gdyby w obecnym momencie - gdy trwa wojna, a w Europie dyskutuje się o kształcie współpracy w sprawach zagranicznych i obronnych, o polityce klimatycznej i energetycznej - Polska nie mogła cieszyć się dobrym dojściem do Macrona i jego otoczenia.
Macron wciąż chce budować potęgę UE na zasadzie tandemu francusko-niemieckiego. Czy, biorąc pod uwagę wątpliwe przywództwo Olafa Scholza w kwestii wojny w Ukrainie, jest to możliwe?
To tradycyjny rys francuskiej polityki europejskiej. Wydaje mi się jednak, że Macron wyciągnął już lekcję z ostatnich pięciu lat. Na początku bardzo mocno stawiał na to, żeby Francja i Niemcy jako tandem były europejską lokomotywą. Pandemia była momentem, który pokazał, że zmiękczanie Niemiec może przynieść skutki. Zgoda Berlina np. na Fundusz Odbudowy była sukcesem Macrona. Ale jednocześnie francuski przywódca musiał się zorientować, że ten sukces wynikał w dużej mierze z tego, że wcześniej Francja zorganizowała szerszą koalicję, m.in. z Włochami czy Hiszpanią. Chodziło o to, żeby przekonać Niemcy, że istnieje duże zapotrzebowanie na tego rodzaju fundusz i pewną dozę uwspólnotowienia długu. Wydaje mi się, że Macron po tym doświadczeniu zauważył, że samo rozmawianie z Niemcami nie wystarczy. Wręcz przeciwnie, może to wzmocnić różne antagonizmy i nieufność w stosunku do Paryża i Berlina. Z tego względu inwestował w relacje z innymi krajami - z Holandią, Grecją, Estonią. Trochę gorzej wychodziło mu to w Europie Środkowo-Wschodniej, ale również tam Macron i jego rząd próbowali pewnego rodzaju sympatycznej ofensywy.
To wszystko pokazuje, że Macron nie ma obsesji wyłącznie na punkcie Berlina. Wyraźnie widać, że Francja próbuje mieć sojuszników we wszystkich częściach UE. Także po to, by mieć silniejszą pozycję względem Berlina. Kluczowy jest jednak fakt, że to nie jest już Berlin pod wodzą Angeli Merkel. Nowy rząd koalicyjny cały czas spiera się wewnętrznie, a sam Olaf Scholz nie wykazał się do tej pory przywództwem na poziomie Merkel. To w pewnym sensie wzmacnia pozycję Macrona. To on jest teraz najbardziej doświadczonym liderem spośród dużych gospodarek UE. Zobaczymy, jakie będą wyniki wyborów parlamentarnych we Francji, ale wszystko wskazuje na to, że wyrasta na czołowego europejskiego przywódcę.