Ulica Wokzalna nie daje dużego pola do manewru pojazdom opancerzonym. To droga składająca się z dwóch pasów i niewielkiego pobocza z chodnikiem. Jadąc w kolumnie, nie sposób stąd szybko uciec, gdy dojdzie do ostrzału. Wokzalna przechodzi w Soborną, która zaczyna się po drugiej stronie rzeki, już w Irpieniu. W początkowej fazie ataku na Kijów Rosjanie jechali nią jak na wycieczkę szkolną, przekonani, że będą witani kwiatami. 27 lutego dostali się pod ogień ukraiński. Cała kolumna spłonęła. W ich miejsce przyjechali nowi żołnierze, którzy na początku marca ustanowili front na ul. Jabłunśkiej. Poruszając się po Buczy, oglądali widok spalonej kolumny i – jak relacjonuje jeden z rozmówców – nie ukrywali, że ludność, która pozostała w mieście, będzie musiała za to zapłacić.
– Pierwsi Rosjanie w mieście nie interesowali się cywilami. Podejrzliwi byli jedynie wobec mężczyzn w wieku poborowym, ale takich było niewielu. Strzelali w powietrze, gdy widzieli żuli rabujących sklepy – opowiada 50-letni mężczyzna, który prosi o niepodawanie imienia. – Wszystko zaczęło się, gdy spłonęła ta kolumna zmechanizowana przy Wokzalnej. Nowi chcieli się mścić. Strzelali do wszystkich. Mówili, że takie mają rozkazy. Sami rabowali sklepy, kradli alkohol. Ci pierwsi Rosjanie nie pili – dodaje. Strzelano do starszych kobiet i mężczyzn, ludzi, którzy wychylili się ze swoich podwórek, by sprawdzić sytuację i zorientować się, czy można gdzieś zdobyć jedzenie. Schemat okupacji miast tej wielkości jest niemal wszędzie taki sam. Zawsze są na początku jacyś żołnierze, którzy nie czerpią nadmiernej satysfakcji z pacyfikacji. Zazwyczaj są też ciężkie boje z Ukraińcami. Duże straty. Przegrupowanie i wysłanie nowych oddziałów.
Gdy pojawiają się nowi Rosjanie, wszystko się zmienia. W tym sensie relacje cywilów z miast kilkutysięcznych czy kilkunastotysięcznych są bardzo podobne. Świadectwa z Buczy potwierdzają np. mieszkańcy Nowej Basani przy drodze do Browarów, na wschód od Kijowa. Podobnie ci, którzy pozostali w Małej Rohani pod Charkowem, gdy weszli do niej Rosjanie. – Przez cały czas stacjonowania tutaj Rosjanie wykorzystywali mojego sąsiada jako niewolnika. Miał sprzątać i gotować. Zajęli jego mieszkanie. Czasem nawet coś z nimi wypił. Rozmawiali. Na początku kwietnia, gdy Ukraińcy zaczęli odbijać okoliczne tereny, zabili go i uciekli – opowiada Andrij z Nowej Basani. – Na krótko przed wycofaniem zaczęli już do niego mówić nieprzyjemnie: „Ukrze, nie ufamy ci, zabijemy cię”. No i go zabili – dodaje. Wycofując się pod naporem batalionu ochotniczego Bratstwo, Rosjanie porzucili na drodze w Nowej Basani czołg. – Zabrakło paliwa. Gdy odeszli, przyszły miejscowe dzieci i go spaliły. Szkoda. Wyglądał na nienaruszony. Można byłoby pewnie z niego jeszcze skorzystać – opowiada Andrij.
Reklama
Rosjanie z pierwszej fali okupacji w Buczy, Małej Rohani czy Nowej Basani nie dokonywali jeszcze egzekucji, ale poruszając się po drogach, strzelali na oślep na wysokości okien lub ogrodzenia. Każdy dom traktowali jak miejsce, z którego ktoś może w nich uderzyć. – Najmocniej bili w budynki dwupiętrowe. Wyżej mógł kryć się ktoś z pociskami przeciwpancernymi. Po drodze niszczyli też auta osobowe, aby ktoś z obrony nie mógł z nich korzystać. Część samochodów kradli i malowali na nich swoje znaki – opowiada Andrij. W przypadku Nowej Basani była to litera O. W Buczy – V. Nowa Basań została odbita 1 kwietnia. Bratstwo zastosowało sprawdzoną taktykę. Najpierw uderzono w ciężarówkę z amunicją, która wybuchła i wywołała panikę wśród Rosjan. Później ostrzelano z granatników pojazdy pancerne. Ci, którzy je porzucili, byli dobijani z automatów. W Buczy można usłyszeć niemal tę samą historię. Branie ludzi jako niewolników, strzelanie po oknach. Kontrofensywa ukraińska polegająca na zaatakowaniu ciężarówki przewożącej amunicję i atak na pojazdy pancerne. Problem Buczy polegał jednak na tym, że Rosjanom na długo udało się wyprzeć za rzekę Ukraińców. Mieli czas, by się zemścić za porażkę wojskową. W sumie zamordowali ponad 400 osób.
Jeden z mieszkańców mówi DGP, że naliczono 26 punktów, w których albo są znajdowane ciała, albo odkrywane masowe groby. To wszystko w mieście, które od początku XX w. było podkijowskim letniskiem. Swoją daczę miała tu rodzina Michaiła Bułhakowa, a były prezydent Wiktor Janukowycz, zanim upadł i zbiegł do Rosji w 2014 r., odsłonił tu pomnik Tarasa Szewczenki. Jeden z mężczyzn, którego spotkałem w mieście, zapewniał, że w zasadzie nic wielkiego się nie stało. Zjawili się Rosjanie, posiedzieli chwilę i pojechali. Jakby nie wiedział albo nie chciał wiedzieć o odnajdywanych ciałach i odkopywanych niemal codziennie grobach. Mówił po ukraińsku i był w mieście od początku okupacji. Funkcjonuje jednak w trybie bohatera Bułhakowowskiej „Diaboliady”. Mówi jak Korotkow, który „zsunąwszy przepaskę, przekonał się, że oczy jego prawie że wyzdrowiały. Mimo to jednak nadmiernie ostrożny postanowił przepaski tymczasem nie zdejmować”. ©℗
Sąsiad musiał sprzątać i gotować Rosjanom. Zanim uciekli, zabili go