Na ile naprawdę jesteśmy otwarci na migracje?

Reklama

Trzeba mieć świadomość, że Polska w ostatnich pięciu latach najszybciej w historii świata zmieniła status państwa typowo emigracyjnego na imigracyjny, przyjmujący. To jest fenomen światowy.

Reklama

Na imigracyjny? Przecież właśnie byliśmy rugani przez UE za brak chęci przyjmowania migrantów….

Już pięć lat temu przyjmowaliśmy migrację zarobkową z Ukrainy, choć liczba pozwoleń na pobyt stały była niewielka. Od tego czasu szybko rośnie - do tego stopnia, że Polska od dwóch lat jest krajem, który wydaje najwięcej różnego rodzaju statusów pobytowych w Unii Europejskiej + Wielka Brytania. Jesteśmy więc przez pryzmat historii najnowszej postrzegani jako państwo emigracyjne, ale obecnie mamy status państwa imigracyjnego ze względu na dużą diasporę ukraińską.

Nałożyło się tu kilka procesów. Korzyścią z bycia w UE jest bardzo dobry stan naszej gospodarki, do tego wcześniej mieliśmy odpływ ludzi z powodu emigracji akcesyjnej, a ponadto jesteśmy społeczeństwem starzejącym się - wszystko to spowodowało tzw. vacuum effect, czyli zjawisko znane w demografii, polegające na tym, że ściągamy, zasysamy do siebie przybyszów, jak odkurzacz. Bardzo potrzebujemy tych ludzi. Natomiast agresja rosyjska w 2014 r. wygenerowała dodatkowo problemy gospodarcze Ukrainy. Pojawiła się więc dobrze wykształcona, chętnie pracująca oraz reprezentująca wiarę chrześcijańską emigracja z Ukrainy.

Wiarę chrześcijańską. To ma znaczenie?

To ma w Polsce nadal gigantyczne znaczenie. Z tego powodu my się na tę migrację tak szeroko otworzyliśmy. Gdyby to była migracja z państw azjatyckich, czy afrykańskich, to byśmy już nie byli tacy otwarci. Przykładowo w czasie kryzysu lat 2015-2016 Polacy deklarowali, że o wiele szybciej zgodzą się na napływ do Polski imigrantów z Syrii reprezentujących chrześcijaństwo niż z innych wyzwań. To z czym mamy obecnie do czynienia, w migracjach nazywa się to invissible migration, czyli migracja niewidzialna.

Czyli: ci ludzie się wtapiają, są, ale ich nie dostrzegamy?

Tak, spotykamy ich niemal w każdym miejscu. Na ulicy, w sklepie, korzystając z usług, pracując w firmie. Ale nie rozpoznajemy ich jako migrantów. Czyli to, co się dziś dzieje, trafiło na sytuację, w której państwo jest mocno dychotomiczne. Z jednej strony jest państwem imigracyjnym, przyjmującym ludzi z innych krajów, niewidzialnych, zasysanych do nas jak wspomniany odkurzacz. Z drugiej mamy jeszcze gigantyczne, stereotypowe postrzeganie imigracji w kontekście kulturowym. Przykładowo pokutuje stereotyp, że imigrant z państw arabskich na pewno będzie chciał żyć tylko na koszt państwa, a może być nawet groźny dla społeczeństwa. Może być terrorystą.

Ten stereotyp jest większy niż w innych krajach?

U nas jest dużo mocniejszy. Wystarczy przypomnieć sytuację z granicy polsko – białoruskiej. Gros koczujących tam osób ma dokładnie taki sam status, jak osoby uciekające przed wojną z Ukrainy. Natomiast ze względu na to, że pochodzili z innych rejonów świata (i tu wkracza ów aspekt kulturowy), to zagrały właśnie te stereotypy. Teraz otwieramy przed Ukraińcami serca, przyjmujemy do domów, a tam nastąpiła pełna blokada. I poza grupka wolontariuszy mało kto się przejmuje tym, co się dzieje obecnie na naszej granicy z Białorusią pod kątem kryzysu humanitarnego.

To pachnie rasizmem.

I tak i nie. To nie jest czysty rasizm, ale postrzeganie migracji z punktu widzenia różnic kulturowych i po prostu strach podsycany przez niektóre media czy polityków, ale również tzw. celebrytów Aspekt kulturowy i strach zmieniają nasze podejście.

Czy to cecha Polaków? Że nie lubimy obcych z innych kultur?

Nie, natomiast kraje zachodnie miały dużo czasu na przepracowanie zjawisk, które u nas dzieją się w błyskawicznym tempie. My te procesy społeczne przerabiamy w ostatnich czterech latach. Nie możemy więc powiedzieć o nas, że jesteśmy rasistami. Raczej – że nie odrobiliśmy pewnej lekcji. W przypadku Białorusi zareagowaliśmy, jak zareagowaliśmy. Prawdopodobnie byłoby inaczej, gdyby nie było hejtu, gdyby nie było konferencji prasowej, na której ministrowie Kamiński i Błaszczak informowali o znalezieniu w telefonach osób znajdujących się przy polsko – białoruskiej granicy treści pedofilskich oraz słynnej krowy - tych konferencji nie da się odzobaczyć. To była kompletnie różna narracja od tej, która dziś trwa wobec osób z Ukrainy. Wyobraźmy sobie, że teraz któryś z rządzących polityków mówi: drodzy państwo, wśród tłumu wlewającego się do Polski są banderowcy chcący dokonać rewolucji. Co by było? Mamy dziś pozytywną narrację, którą jednak można szybko zmienić. Tak, jak stało się to w przypadku ludzi idących z Białorusi. Wystarczyła iskra, by nakręcić spiralę strachu, niepewności.

Czyli narracja jest pisana od góry. Czy może też być od dołu?

Może, ale w mniejszym zakresie. Kiedy pojawiały się pierwsze artykuły, czy powinniśmy pomagać Ukraińcom, pod nimi widziałem nienawistne komentarze: po co, dlaczego im pomagać, niech sobie radzą sami. To się skończyło z chwilą wybuchu wojny. Widać więc zupełnie inne podejście. Dlaczego tak się dzieje? Nie potrafię do końca wytłumaczyć, bo jest to reakcja na żywym organizmie. Te procesy można obserwować dopiero od kilku lat. Wojna to z kolei sprawa dni. W ciągu pół roku doświadczamy dwóch kryzysów migracyjnych. Zachowujemy się wobec nich skrajnie różnie. I teraz trzeba sobie wytłumaczyć, dlaczego tak się dzieje. Powtórzę – na pewno znaczenie ma element kulturowy i kompletnie inne podejście elit politycznych, mediów oraz wcześniejszego przygotowania. Bo jednak w naszym kraju mieszka milion Ukraińców, spotykamy ich. To jest więc mój imigrant, mój uchodźca.

Czy to oznacza, że społeczeństwo potrzebuje przewodnika, który mu wskaże, jak się zachować wobec tego czy innego uchodźcy? Bo samo nie wie.

Trochę tak, ale nie do końca. Mamy doświadczenie z migracją ukraińska, z wojną z 2014 r., która nie wywołała w naszym kraju żadnych problemów. Nie mamy żadnego doświadczenia z migracją muzułmańską, widzimy problemy, jakie pojawiają się w krajach, które masowo przyjęły w swojej najnowszej historii tych ludzi pod swój dach. Ta informacja jednak dociera do nas w sposób wypaczony, skonstruowana w tzw. mediach publicznych i przez elity rządzące, które z przekazów docierających z Zachodu wybrały te elementy, które pozwoliły im wykreować wizerunek pewnego typu migranta – nieroba, złodzieja, a nawet gwałciciela czy terrorysty. Należy przypomnieć obrzydliwy spot antyuchodźczy przed wyborami do Parlamentu Europejskiego. Z tzw. maili Dworczyka dowiedzieliśmy się, że w kierownictwie PiS został uznany jako zbyt drastyczny, ale został ostatecznie wyemitowany. Jednak na pewno obraz ten nie dotyczy Ukraińców.

Pytanie, co się stanie dalej? Co w sytuacji, kiedy ludzie zaczną się zastanawiać, czy słusznie Ukraińcom przyznano 500 plus, co z miejscami w szpitalach dla nich, skoro nasz system ochrony zdrowia, ciągle w pandemii, ledwo daje radę? Pojawią się zdania, a “nasze” dzieci….

To będzie związane ze skalą fali z Ukrainy. Te pytania i protesty na pewno wystąpią, jeśli nie będziemy mogli dostać się do lekarza, bo trzeba pomóc też migrantom, jeżeli zabraknie miejsc w przedszkolach i żłobkach, a przyjęto ukraińskie dzieci. To są demony, które w odpowiedni sposób karmione mogą się pojawić. A wiadomo, że mamy przynajmniej jedną partię polityczną, która już zaczyna bić w ten bębenek, bo chce skupić wokół siebie odpowiedni elektorat.

I fakt jest taki: jeśli ciągle będziemy powtarzali, że poradzimy sobie sami, to… nie poradzimy sobie. Musimy poprosić o pomoc medyczną dla Ukraińców, ale i możliwości przewiezienia osób, które chcą udać się do innych państw UE. Pomoc logistyczną na granicy. Powinniśmy robić to we współpracy z innymi krajami UE.

Skala migracji już jest duża. W ubiegłym roku wydano przeszło 1,5 mln oświadczeń o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcom. Zdecydowaną większość – Ukraińcom.

Liczba wydanych oświadczeń nie oznacza, że wszyscy ci ludzie byli w Polsce w tym samym momencie. Mamy przypływy (czyli ludzi, którzy pojawiają się na krótko i wracają do swojego kraju) i zasoby (ile osób z Ukrainy jest w Polsce w danym momencie). Przed wybuchem wojny było ich ok. 800 tys. Z 800 tys. osób, które dotarły do Polski od początku rosyjskiej agresji, ok. 40 proc. już nasz kraj opuściło lub wyjedzie w najbliższym czasie. Tam są bowiem ich rodziny czy znajomi. Czyli ok. 300 tys. wyjechało lub za chwilę wyjedzie do innych państw. Z tych, co zostali, przeważają matki z dziećmi.

Czyli ludzie, którzy szczególnie wymagają pomocy?

Owszem. Jeśli teraz nie będziemy dyskutować z UE o pomocy, jaką powinna nam okazać, o tym, co z tymi ludźmi dalej zrobić, jeśli będziemy kontynuowali narrację, że damy sobie sami radę – to czeka nas potencjalna katastrofa humanitarna.

Rząd daje radę?

Brakuje myślenia strategicznego i doświadczenia. Już tu i teraz powinniśmy chcieć się podzielić odpowiedzialnością z innymi krajami, żeby rozładować potencjalne napięcie. Z moich obserwacji innych kryzysów płynie jedno doświadczenie: Problemom związanym z kryzysami można przeciwdziałać, ale nie sposób nimi zarządzać. My jesteśmy na etapie, kiedy możemy jeszcze uniknąć katastrofy humanitarnej w Polsce.

Co ma pan na myśli mówiąc, że trzeba przeciwdziałać? Ten kryzys już jest.

Kryzys, tak, ale katastrofa humanitarna nie. Unikamy jej dzięki absolutnie fantastycznej postawie społeczeństwa obywatelskiego. Jednak nie ma jeszcze pewności, że katastrofa humanitarna się nie wydarzy. Jeśli się wydarzy, nie da się nią zarządzać. Ona się rządzi swoimi prawami. Nie sposób jej kontrolować. Jak wybuchający wulkan, erupcja, powódź - tym się nie zarządzi, ale można przeciwdziałać i zawczasu przygotować się na jego skutki. Tak samo jest z ludźmi. Musimy przeciwdziałać sytuacji, w której ludzie będą koczowali na ulicach, kobiety nie znajdą pracy, co popchnie je do desperackich kroków, zwiększy się przestępczość. To są np. obserwacje z Grecji w czasie kryzysu w latach 2015-2016.

Ale jak zapobiec tym sytuacjom?

Zebrać ludzi, którzy się na tym znają. Zrobić spotkanie pod hasłem: idziemy w kierunku potencjalnej katastrofy, co zrobić, by jej zapobiec? Poprosić, by zrobili zestawienie działań, jakie trzeba podjąć teraz i w kolejnych dniach. Takich ludzi ma Frontex. Takich ludzi ma specjalna jednostka Europolu ds. handlu ludźmi. Nie wiem, czy takie spotkania się dzieją. Powinny, ale efektów tych spotkań na granicy nie widzę. Ale nie skupiajmy się tylko na patologiach.

Co na tej liście działań powinno jeszcze się znaleźć?

Jednym z głównych wyzwań jest to, co zrobić z ludźmi, którzy będą opuszczali rodziny, które je przyjęły. Kolejne – w jaki sposób i gdzie zaadresować problemy ukraińskich dzieci? To ok. 250 tys. młodych osób, czyli jeden dodatkowy rocznik w Polsce, który pojawił się w ciągu zaledwie kilku dni. Żłobki, przedszkola, szkoły. Co robimy? Czy stosujemy model hybrydowy, który polega na tym, że dzieci są w ośrodkach tymczasowego pobytu i tam zapewnia im się dostęp do edukacji?

Tworzymy getta?

Jeżeli sytuacja na Ukrainie się nie poprawi to takich mniejszych czy większych „gett” będziemy mieli w kolejnych miesiącach wiele. Nie ma innego wyjścia. Ja to nazywam masowe miejsca tymczasowego pobytu. To znaczy jest, ale nasz rząd pewnie się nie zgodzi na nie. Relokacja powszechna w granicach UE. Gdyby rząd chciał to zrobić, to wyobrażam sobie, że w MSWiA czy w ramach MSZ jest dedykowana komórka, która prowadzi w tym zakresie rozmowy z unijnymi partnerami, pytając, ile mogą przyjąć ludzi, którzy przekroczyli polsko-ukraińską granicę. Mam nadzieję, że takie działania są prowadzone, ale na razie nie widzę żadnych efektów, a wiec mam co do tego wątpliwość.

W piątek wieczorem Pan Premier na Twitterze poinformował, że rząd przeznaczy ok. 40 PLN dziennie na każdego migranta, którego przyjęły pod swój dach rodziny. To jest bardzo dobry ruch, ale został bardzo źle zakomunikowany. Liczba negatywnych reakcji pod tym Tweetem jest olbrzymia i to z każdej strony. Chcę to podkreślić, że to dobry ruch, o który postulowałem od kilku dni, ale kluczowe jest jak to będzie zorganizowane, aby środki trafiały do tych co powinny i nie pojawiły się od razu jakieś pomysły zarabiania na tragedii uchodźców. W pozytywnym scenariuszu pozwoli to przedłużyć pobyt uchodźców w prywatnych domach , mieszkaniach czy pensjonatach, tak aby dać rządowi i samorządom więcej czasu na odpowiednie przygotowanie. Można byłoby też rozważyć przekazanie tych środków bezpośrednio uchodźcom, którzy sami wybieraliby miejsce pobytu. To pozwoliłoby ich dodatkowo upodmiotowić. Chciałbym także, żeby nasz premier wyszedł na konferencji i zapowiedział : wsparcie dla wszystkich organizacji pozarządowych, które dziś prowadzą działania na rzecz uchodźców, dostają pełny zwrot kosztów. Gromadźcie faktury, wszystko to ogarniemy. Trzeci punkt – zbieramy informacje od naszych europejskich sojuszników. Na dziś mamy informacje o określonej liczbie kierunków relokacji. I dogadujemy się, ile przyjmą Czesi, Niemcy, Francuzi - myślę, że pewnie zebraliby nawet milion takich miejsc oferowanych w innych państwach członkowskich. Potem przewóz osób, oczywiście nie przymusowo, i z głową, żeby nie dzielić rodzin oraz wspólnot różnego rodzaju. Powinniśmy też korzystać z innego wsparcia unijnego – powstaje duży projekt w ramach Europejskiego Funduszu Społecznego, który będzie współfinansował działania po to, byśmy stworzyli Ukraińcom godne warunki bytowe. Na pewno można by także lekko zmodyfikować Krajowy Plan Odbudowy, ale najpierw trzeba go odblokować. Wszyscy wiedzą jak, tylko rząd z jakichś powodów nie chce tego zrobić.

Może takie plany się toczą?

Nie słyszałem. Ale jeżeli nawet takie rozmowy się toczą, to nie ma żadnych komunikatów publicznych. Czy był jakiś komunikat do rodzin z Ukrainy, że jest możliwość wyjazdu do innych państw w UE? Albo do rodzin, które przyjęły Ukraińców pod swój dach? Nie było. Czy jest komunikat do szkół?

MEN dał jakieś wytyczne

Co mają robić? Powiększać klasy? Prowadzić lekcje na dwie czy trzy zmiany? Większość szkół w Warszawie pracuje na dwie zmiany. Wiele rzeczy można napisać. Jak była pandemia, nawet jeżeli zarządzanie nie było najlepsze, to wychodził premier i komunikował. A wyzwanie z uchodźcami nie jest mniejsze niż z pandemią.

Rząd powinien jasno komunikować, co chcą zrobić, w jakim zakresie, na jak długo. Pokazać, że ma strategię i panuje nad sytuacją. Podam inny przykład: ludzie przyjmują uciekających na dwa tygodnie, na miesiąc. Ale co potem? Za chwilę będziemy mieli dwa strumienie migracyjne.

To znaczy?

Jeden strumień, bardzo trudny, ludzi uciekających z Ukrainy, bombardowanej i zagrożonej brutalnością agresji rosyjskiej i to będą już ludzie bez kontaktów w Polsce, a drugi tych wychodzących z polskich rodzin. Zapowiedź wsparcia finansowego może ten proces opóźnić, ale na pewno go nie zatrzyma.

I znów, co można zrobić?

Siada ktoś, kto się na tym zna. Lista konkretnych wskazówek dla osób przyjmujących czasowo uchodźców. Pierwszy punkt: idź i zarejestruj taką osobę, te osoby muszą mieć dokumenty, nie uzewnętrzniaj ich wizerunku - ludzie to robią w dobrej wierze, i trzeba im powiedzieć, że tak robić po prostu nie należy, a może nawet nie wolno., itd.

Trzeba zrobić punkty, w których uchodźcy otrzymują pomoc medyczną, ewentualnie szczepienia. Miejsca weryfikacji umiejętności zawodowych. Jeżeli decydujesz, że chciałbyś już wrócić do „normalności” i dobrze by było aby uchodźcy których gościsz znaleźli już nowe miejsce to , tu masz infolinię, w każdej chwili możesz zwrócić się o pomoc, jak jest to już zbyt trudne dla ciebie. Bo mamy zryw serca, ale za chwilę będziemy mieli w związku z tym gigantyczne problemy. Trzeba zdjąć odpowiedzialność z ludzi, którzy zdecydowali się przyjąć do siebie uchodźców. Powiedzieć im dziękujemy, że państwo przyjęli rodzinę, teraz my przejmujemy opiekę. Państwo musi odzyskać kontrolę na tym. Jak słyszę, że Polska jest cudowna, bo możemy przyjąć wszystkich - to mnie przeraża

Bo? Nie jest cudowna?

To co się do tej pory dzieje jest absolutnie cudowne. Polska daje radę, ale za chwilę możemy mieć po prostu problemy, które nas przerosną. . I co? Przyrównam to do takiej sytuacji: rozpoczęliśmy szkołę, dostaliśmy dobrą ocenę z pierwszej kartkówki, czy to znaczy, że dostaniemy dobry wynik na świadectwie? No nie. Tak to nie działa.

Ile mamy czasu?

Dwa tygodnie, góra miesiąc Może po deklaracji Premiera o bezpośrednim wsparciu osób, które przyjęły uchodźców trochę dłużej.

Dlaczego tyle?

Bo zwykle tyle ludzie są w stanie utrzymać potencjał do pomagania, w tym wytrzymać psychicznie i finansowo. Musimy zdawać sobie sprawę, że w wielu przypadkach gościmy obcych dla nas ludzi.

Tyle czasu państwo ma oddech. Co zrobić, zatem, żeby to nie była tylko ta pierwsza 5 z klasówki. Co zrobić, żeby to była sztafeta, a nie sprint?

Mamy w Polsce decentralizację i każdy powinien utrzymać swoje zadania. Szkołą zajmuje się samorząd i dyrekcja - niech działają. Rząd przyznaje subwencje - niech tym się zajmie. Mamy powiatowe urzędy pracy - zostawić to i nie kombinować. Rząd zajmuje się koordynacją, komunikacją i załatwieniem kasy.

A czego z tych trzech rzeczy brakuje?

Szczerze? Brakuje wszystkiego. Jakieś spotkania się odbywają, ale nie widzę efektu. Brakuje koordynacji, nie wiadomo kto tym zarządza. Nie ma dobrej komunikacji z samorządami, ani komunikacji z społeczeństwem. Projekt ustawy o wsparciu dla uchodźców nie został skonsultowany z samorządami i organizacjami pozarządowymi, które wzięły na siebie główny ciężar pomocy. Teraz mamy chaos i to jest na początku ok. Ale trzeba przejść do czegoś, co się nazywa instytucjonalizacją chaosu. Muszą zacząć pojawiać się rozwiązania systemowe. I uwaga: wszystko musi być czasowe. My ich integrujemy czasowo w społeczeństwie polskim. Nie próbujemy ich asymilować. Więc powinna być wdrożona polityka dla migrantów czasowych.

Oni wrócą do siebie?

Patrząc na doświadczenia bałkańskie i azjatyckie i afrykańskie - choć tam są inne relacje społeczne - to większość wróci. Trzeba głównie wspierać Ukrainę na miejscu tak, aby mogli zostać u siebie, na tyle bezpiecznie na ile jest to możliwe. A w związku z przyjazdami, kluczowe jest to, żebyśmy my nie wydrenowali Ukrainy: bo rodzi się pokusa, żeby zatrzymać inteligencję: lekarzy, informatyków etc. A druga pokusa, żeby traktować tę sytuację jak przyjazd taniej siły roboczej. Musimy z tymi pokusami zawalczyć.

prof. Maciej Duszczyk prorektor ds. naukowych Uniwersytetu Warszawskiego (2016–2020), pracownik naukowy na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych oraz w Ośrodku Badań nad Migracjami UW