Początkowo pierwsze orędzie o stanie państwa (State of The Union) prezydenta Joego Bidena miało być utrzymane w optymistycznym i ofensywnym tonie, z akcentem na sprawy wewnętrzne. Przywódca USA miał w nim wczoraj nakreślać, jak zamierza stawić czoła największej od 40 lat inflacji, zapewniając, że problemy gospodarcze są przejściowe. Nic z tego. Biały Dom w ostatnich niemal chwilach zmienił treść wygłaszanego w Kongresie przemówienia. To wydanie zamykaliśmy przed posiedzeniem parlamentu USA, ale wiadomo już, że amerykański przywódca miał skupić się przede wszystkim na agresji Władimira Putina, opisując ją jako wielkie wyzwanie dla Zachodu, wojnę demokracji z autokracją.
Jednocześnie, będąc świadomą powagi sytuacji, administracja w Waszyngtonie tonuje społeczny niepokój. Biden jeszcze w poniedziałek zapewniał, że Amerykanie nie powinni obawiać się wojny nuklearnej. Rzeczniczka Białego Jen Psaki próbowała tłumić emocje, wskazując, że poprzedni gospodarze Białego Domu także rządzili w niespokojnych czasach.
‒ Spójrzmy w przeszłość. Prezydent Barack Obama wygłaszał swoje pierwsze orędzie o stanie państwa w trakcie pokoleniowego kryzysu finansowego. Gdy George W. Bush wygłaszał je po raz pierwszy, było to niedługo po atakach z 11 września 2001 r. - przypominała.
Reklama
Wątpliwe, by oddalało to posępny nastrój w USA, wojna nie znika z amerykańskich telewizji i pierwszych stron gazet. To nie pomaga demokratom w wewnętrznej polityce, szczególnie w czasie gdy Biały Dom od wyjścia USA z Afganistanu w ubiegłym roku nie może odbić się w sondażach. Z wyliczającego sondażowe średnie portalu RealClearPolitic wynika, że poparcie dla Bidena wynosi 40,8 proc., a brak zaufania dla najważniejszego polityka w Stanach Zjednoczonych deklaruje aż 54,6 proc. obywateli. Najnowszy sondaż dla ABC News i „Washington Post” jest jeszcze gorszy ‒ Biden ma w nim poparcie na poziomie 37 proc.
Za tak niskie słupki odpowiadają w lwiej części pandemiczne problemy gospodarcze i największa w USA od 40 lat inflacja sięgająca 7,5 proc.

Reklama
Do tego dochodzą także jednak dość mierne oceny za zarządzanie kryzysem w Europie. Z sondażu dla Caps-Harris przeprowadzonego w ubiegłym tygodniu wynika, że 62 proc. Amerykanów uważa, że do ataku Rosji na Ukrainę nie doszłoby, gdyby prezydentem był Donald Trump. Co ciekawe, przekonanych jest o tym aż 38 proc. demokratów. 59 proc. spośród wszystkich pytanych twierdzi, że Putin zaatakował, bo widział słabość 78-letniego amerykańskiego przywódcy.
Po drugiej stronie oceanu Biały Dom nie zbiera złych notowań. Przeciwnie, europejscy przywódcy chwalą kryzysowe zarządzanie Amerykanów. W końcu to Waszyngton od miesięcy ku sceptycyzmie wielu ostrzegał o planach kremlowskiej pełnoskalowej inwazji na Ukrainę, dzielił się informacjami wywiadowczymi, wysyłał na wschodnią flankę NATO dodatkowych żołnierzy z USA, a na Ukrainę uzbrojenie. Teraz koordynuje natomiast nakładanie druzgocących dla Rosji gospodarczo sankcji i zdecydował się nawet na częściowe odłączenie Rosji od bankowego systemu SWIFT. Na tym nie koniec - we wtorek Waszyngton ogłosił, że wydali 12 rosyjskich dyplomatów, wielce prawdopodobne są kolejne restrykcje.
Mimo aktywnej dyplomacji Amerykanom nie udało się zapobiec wojnie. Teraz - jak sami przyznają - ich pomoc dla Ukrainy może być jedynie ograniczona. Biden wielokrotnie deklarował, że wysłanie amerykańskich wojsk nad Dniepr jest wykluczone.
„Wielu mądrych ludzi luźno rozmawia o mocnym wsparciu lotniczym i wprowadzeniu na Ukrainie «stref zakazanych dla samolotów» (ang. no fly zone). Wyjaśnijmy, co to oznacza - USA i Rosję w stanie wojny. To zły pomysł i Kongres nigdy tego nie zatwierdzi. Sprzęt wojskowy, pomoc humanitarna dla Ukrainy, paraliżujące sankcje na Rosję, przemieszczenie wojsk USA na wschodnią flankę NATO - to wszystko słuszne posunięcia. Ale nie powinniśmy nawet rozmawiać o bezpośredniej wojnie między dwoma światowymi mocarstwami jądrowymi” - napisał na Twitterze demokratyczny senator Chirs Murphy, jeden z najważniejszych polityków USA, autorytet w sprawach międzynarodowych.
Równocześnie z Waszyngtonu płyną słowa uspokajające sojuszników ze wschodniej flanki NATO. - Ukraina jest bardzo ważna dla Putina, to było jasne. Natomiast absurdalne żądania wycofania się NATO przed granice z 1997 r. to raczej rodzaj przechwałek - przekonuje w rozmowie z DGP John R. Deni, doktor United States Army War College, uczelni wojskowej amerykańskiej armii, ekspert Atlantic Council. Deni jest zarazem pesymistyczny przy ocenie pozamilitarnego rozwiązania konfliktu. - Teoretycznie Ukraińcy mogą zgodzić się na jakąś formę neutralności. Putin mógłby ogłosić to zwycięstwem i zachować twarz. To politycznie chyba jedyna opcja wyjścia z kryzysu, ale byłbym zaskoczony, gdyby Ukraińcy poszli tą drogą - przekonuje.
Ogólnie nad Potomakiem dominuje uznanie dla oporu Ukraińców i ich armii. Ale nie ma wielkich nadziei na to, że Kijów się obroni, a także na to, że na Kremlu dojdzie do zmiany władzy. Taki obrót spraw oznaczałby, że Polska stanie się de facto krajem frontowym. - Nawet jeśli atak Rosji nie będzie skuteczny, jeśli Ukrainę ominie najgorszy scenariusz, to Zachód i tak będzie musiał rewolucyjnie zmienić politykę wobec Rosji. Widzimy już historyczną zmianę w Niemczech, a to dopiero początek. My też musimy robić więcej w Polsce i krajach bałtyckich. Brytyjczycy, Francuzi, Włosi i reszta także - mówi Deni. ©℗
62 proc. Amerykanów uważa, że do ataku Rosji na Ukrainę nie doszłoby, gdyby prezydentem był Donald Trump