Systemy kierowania reklam czy media społecznościowe są od lat z powodzeniem stosowane do szerzenia różnego rodzaju narracji, propagandy, dezinformacji lub teorii spiskowych. „Rosyjska fabryka trolli” i zaangażowanie w wyborach w USA w 2016 r. i we Francji w 2017 r. są już dobrze rozpoznanym problemem. Ciągle istniejącym. Państwa kontynuują działania na polu „informacyjnym”, a niektórzy uznają to za element wojny hybrydowej.
Armia USA definiuje operacje informacyjne jako „zintegrowane wykorzystanie możliwości informacyjnych podczas operacji wojskowych w celu wywierania wpływu, zakłócania, niszczenia lub w inny sposób wpływania na podejmowanie decyzji przez przeciwników”. Rosja i Białoruś w swej doktrynie wojskowej rozpoznają ryzyko „informacyjne”, uznając to pole za wyzwanie. Zarówno defensywne, jak i najwyraźniej ofensywne. Specjalistyczną doktrynę operacji informacyjnej ma także Francja.
Reklama
Dziś trudno nie zauważyć, że operacje takie wykraczają poza klasyczne rozumienie działań w ramach konfliktów zbrojnych. Przekaz informacyjny kierowany jest bezpośrednio przed fazą walki zbrojnej, czyli w czasie pokoju, ale także w fazie mniejszych napięć. Może świadczyć o eskalacji oraz na nią wpływać. Może służyć do wysyłania sygnałów między centrami polityczno-wojskowymi jednego kraju a drugiego. Czasem bardzo subtelnie. W 1939 r. o nadchodzącej wojnie i faktycznych możliwości ofensywno-obronnych Polski wiedziało niewielu, a propaganda zwycięstwa była drukowana w gazetach jeszcze w początkach września. Dziś odbieramy to jako groteskowe. Ci poświęcający czas i pieniądze na uważną lekturę gazet w końcówce lat 30. mogli się domyślać, co nadchodzi. Nie ma jednak żadnego porównania z możliwościami w 2022 r., kiedy po raz pierwszy w historii możemy „na żywo” przyglądać się rozwojowi wypadków. To zapisy medialne, wypowiedzi polityków w mediach, bezpośrednio ujawniane informacje wywiadowcze, wysokiej rozdzielczości zdjęcia satelitarne. Bardzo ważną rolę odgrywają informacje ze smartfonów zwykłych ludzi. Albo i nie: jeśli takie dane wyciekają celowo. Tym razem najlepiej obserwuje się „wojnę” na TikToku. Przejazdy bojowe wozów piechoty, czołgów, transportów pontonowych, samochodów-transporterów rakiet Iskander-M na ulicach, także broni na eszelonach (transportach kolejowych). Czego tu nie mamy. Czołgi T-80, T-90, broń termobaryczna TOS-1A (tzw. wieloprowadnicowa wyrzutnia rakietowa ciężkich pocisków zapalających), systemy rakietowe Buk M1-2, haubice samobieżne 2S19 Msta. Wszystko to mogą zobaczyć cywile z Ukrainy i państw Zachodu. Jeśli chcą więcej, to na YouTubie są też filmy pokazujące możliwości bojowe takiej broni. O zapisach i zdjęciach satelitarnych helikopterów i samolotów nawet nie wspominam. Mając na tacy cały ten sprzęt, łatwo wyobrazić sobie ryzyko poważnych zniszczeń, a te współczesna technika wojskowa może osiągnąć bardzo szybko. Czy tak łatwa dostępność tych informacji to przypadek? I tak, i nie. Przy takiej skali operacji i w dzisiejszych czasach nierealistyczne byłoby ukrycie transportu takiego sprzętu. Stratedzy i planiści w Rosji bez wątpienia muszą wiedzieć, że takie obrazy są i będą tworzone, rozprzestrzeniają się. Mają widzów i z pewnością odnoszą efekt psychologiczny. Przykładowo w pewnym momencie na Zachodzie odnotowano, że na filmach brak załóg. Ostatnio pojawiły się więc zapisy z załogami. A nawet ze sprzętem rzekomo posiadającym robocze oznaczenia taktyczne. Celowe działanie, przypadek czy stan eskalacji? Tego użytkownik smartfona sam nie oceni.
Szerokim strumieniem napływające dane poddawane są przez ekspertów analizie i interpretacji na Twitterze, a wyniki tweetowane na bieżąco. W tle są publikacje z mapami z zapisem stacjonowania lub ruchu wojsk, a nawet potencjalnych operacji wjazdu na terytorium Ukrainy. Oczywiście w scenariuszu pełnej inwazji lądowej, z zajęciem Kijowa włącznie. Mniej miejsca poświęca się ryzyku cierpień dla ludności cywilnej. Chyba jedyna taka informacja, która jak dotąd słabo się przebija, to apel Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża, by zgodnie z prawem humanitarnym oszczędzać ludność cywilną.

Reklama
Rosja, uznając niepodległość „nowych wolnych republik”, utrzymuje, że operacja tam wojsk rosyjskich będzie „legalna”, a działania mają być oparte na zasadzie prawa międzynarodowego o „niepodzielnym bezpieczeństwie”, którą to zasadę rzekomo Zachód narusza. Zwłaszcza w takim kontekście tło informacyjne nie pozostaje bez znaczenia. To kwestie motywacji oraz prawdziwych lub fałszywych dowodów lub pretekstów. Pamiętajmy, że także incydent gliwicki w 1939 r. zawierał element informacyjny: nadanie fałszywego komunikatu z przejętej radiostacji.
Odbiór doniesień przez mieszkańców Ukrainy raczej nie jest komfortowy. Znajdują się oni pod wielką presją psychiczną. Zachód ciągle podkreśla ryzyko pełnoskalowej inwazji. Jednym z mierzalnych przejawów tej atmosfery na Ukrainie są sondażowe wzrosty poparcia dla wstąpienia do UE i NATO. Powstanie też pytanie o to, jak wydarzenia za naszą wschodnią granicą wpłyną na analogiczne poparcie dla UE i NATO w Polsce. Zwłaszcza w kręgach elit politycznych ostatnio nastawionych sceptycznie lub wrogo wobec Brukseli.
Polsce udało się wykorzystać okienko historii. W ciągu ostatnich 30 lat wstąpiliśmy do NATO i UE, ugruntowując swoją pozycję w tych strukturach. Dodatkową subskrypcję bezpieczeństwa mają dawać regularne zakupy zachodniej broni. Jednak także w Polsce bez wątpienia występuje podatność na operacje informacyjne i psychologiczne.
Jak wiadomo, w internecie nie brakuje „ekspertów”, analityków poppolityki lub wróżbitów na YouTubie. W dodatku niektórzy mają wszechstronne uzdolnienia, często zmieniając swe specjalizacje, np. od katastrof lotniczych poprzez skoki narciarskie, piłkę nożną, globalne ocieplenie, epidemiologię, geopolitykę po analizę wojskowo-techniczną i strategiczną. W sytuacji pokoju nie ma z tym żadnego problemu. W sytuacji quasi-wojennej mogą powstać pytania o efekty takich działań informacyjnych, o to, w jaki sposób oddziaływają one na umysły społeczeństwa i czy aby na pewno wszystkie są przypadkowe lub uczciwie udzielane przez zwykłych entuzjastów infotainment, czy też może takich z finansowaniem, np. zagranicznym.
Analizę tę kończy przewrotna obserwacja. Moim celem jest skłonić czytelników do zastanowienia się, czy mamy w Polsce ludzi z realnym, praktycznym doświadczeniem obsługi i zarządzania sytuacją potencjalnie największego konfliktu zbrojnego w ostatnich 80 latach? Kto faktycznie jest kompetentny do wypowiadania się na ten temat, podejmowania działań w imieniu państwa, a kto jedynie czytał o problemie i teorii, np. w Wikipedii? Czy w tym obszarze mamy odpowiednich do rangi problemu ludzi u sterów państwa? Nie udzielam odpowiedzi.