Reklama
Maciej Pawłowski, Instytut Nowej Europy
Relacje dwustronne są wciąż determinowane przez bolesną przeszłość. Od 1830 r. Algieria była francuską kolonią, a w latach 1954–1962 stoczyła wojnę o niepodległość. Zginęło wówczas ponad 1 mln osób, z czego 80 proc. stanowiła algierska ludność cywilna, 15 proc. bojownicy Frontu Wyzwolenia Narodowego, a 2,5 proc. żołnierze francuscy. Kres działaniom wojennym położyło referendum z 1961 r., w którym 75 proc. obywateli Francji opowiedziało się za przyznaniem Algierii prawa do samostanowienia. W kwietniu 1962 r. stała się ona niepodległym państwem. Jednak jeszcze latem tego samego roku niepogodzeni z rozwojem wydarzeń francuscy żołnierze założyli Organizację Tajnej Armii (OAS), która przeprowadzała zamachy na terenie byłej kolonii. W odpowiedzi władze algierskie zastosowały represje wobec ludności francuskiej, zmuszając ją do emigracji, w wyniku czego z Algierii wyjechało ponad 900 tys. osób.
Obie strony nie są w stanie dojść do porozumienia w sprawie oceny kolonizacji i wojny algierskiej. Władze Algierii oczekują przeprosin, a znaczna część społeczeństwa nawet rekompensat za dokonane zbrodnie. Z kolei większość Francuzów jest przeciwna okazywaniu skruchy. Samo sformułowanie „wojna algierska” jest poprawne politycznie we Francji zaledwie od 1999 r., gdy parlament podjął stosowną uchwałę. Macron jest zaś pierwszym prezydentem, który uznał zbrodnie z tamtego okresu. Dokonał tego w marcu 2021 r., przyjmując w Pałacu Elizejskim potomków ofiar. Zadeklarował jednak wtedy, że ze strony Paryża nie będzie ani pokuty, ani przeprosin.
W styczniu został opublikowany raport historyka Benjamina Story, napisany na zlecenie Macrona, oceniający stan relacji między państwami i zawierający szereg rekomendacji na rzecz dialogu i pojednania. Dotychczas nie zostały one jednak wdrożone. Jednocześnie 28 września rzecznik rządu Gabriel Attal ogłosił decyzję o ograniczeniu przyznawania wiz obywatelom algierskim, a 5 października na łamach „Le Monde” ukazała się relacja ze spotkania Macrona z młodzieżą, podczas którego prezydent krytykował politykę historyczną Algierii. Reakcją Algieru było wprowadzenie zakazu francuskich lotów wojskowych nad terytorium kraju.
Pojednanie jest ważne dla realizacji interesów ekonomicznych Francji. Brak przeprosin przeszkadza firmom z tego kraju w utrzymywaniu pozycji na rynku algierskim. Obecnie Francja jest odbiorcą 12,8 proc. algierskiego eksportu (głównie ropa i gaz) i dostawcą 13,7 proc. importu do Algierii, a także jednym z czołowych inwestorów. Jednak we wszystkich tych kategoriach jeszcze dekadę temu była liderem. Obecnie głównym odbiorcą algierskiego gazu i ropy są Włochy, a francuskie towary są wypierane z rynku przez produkty z Chin, Hiszpanii, Niemiec, Turcji i Włoch. Z kolei w zakresie inwestycji Francja przegrywa rywalizację z Chinami, Hiszpanią, Singapurem i Turcją. Problemy historyczne zniechęcają też stronę algierską do realizacji podpisanych z Unią Europejską umów liberalizujących handel, co przejawia się w niemal całkowicie wstrzymanym imporcie samochodów. Ponadto algierskie i francuskie firmy rywalizują ze sobą o dominację na rynkach państw afrykańskich.
Nierozliczona przeszłość utrudnia też Francji współpracę z Algierią w dziedzinie bezpieczeństwa. Od 2012 r. Francja dostarcza broń wojskowym działającym w ramach Wspólnego Komitetu Operacyjnego, stanowiącego strukturę militarną stworzoną przez Algierię, Czad, Mali i Mauretanię do walki z terroryzmem w Sahelu. Francja oczekuje od Algierii większego zaangażowania wojskowego na tym terenie, jednak ze względu na trudne relacje dwustronne nie tylko go nie otrzymuje, ale również spotyka się z komplikacjami w postaci wspomnianego zakazu lotów. Ponadto oba kraje wspierały przeciwne strony wojny domowej w Libii, a obecnie muszą kontaktować się w kwestii procesu pokojowego w tym kraju. Francja ma też silnych konkurentów w zakresie współpracy wojskowej i sprzedaży broni do Algierii, którymi są Katar, Rosja i Turcja.
Chociaż przeprosiny za wojnę algierską pomogłyby w realizacji francuskich interesów, Macron nie może tego dokonać przed uzyskaniem reelekcji. Jego główni rywale na tym polu – Xavier Bertrand, Marine Le Pen i Éric Zemmour – to politycy prawicowi opierający kampanię na krytyce dialogu z Algierią oraz hasłach zaostrzenia polityki migracyjnej i walki z islamskim fundamentalizmem. Zdaniem wielu wyborców wszystkie trzy kwestie są ze sobą ściśle powiązane. Konkurenci Macrona cieszą się łącznym poparciem ponad 40 proc. społeczeństwa. Dlatego każdy nierozważny ruch może kosztować urzędującego prezydenta straty sondażowe, a w konsekwencji – utratę stanowiska. Nie można jednak wykluczyć, że po zwycięstwie jego retoryka ulegnie zmianie w imię interesów bieżących Francji.