Reklama
Donald Trump, jak żaden inny prezydent USA, dał się zapamiętać z ostrej antyimigracyjnej retoryki. Jej symbolem stał się mur na granicy z Meksykiem, który wraz z uzbrojonymi patrolami straży granicznej zniechęca przybyszów z Ameryki Łacińskiej do nielegalnego przyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Na wiecach Trump przedstawiał siebie jako pogromcę kojotów (przemytnicy ludzi), a graniczną rzekę Rio Grande jako fosę przed uzbrojoną twierdzą, w której chronione są miejsca pracy oraz amerykańskie ideały.
W kampanijnej rywalizacji inaczej amerykańskie wartości interpretował Joe Biden. Do Białego Domu 78-latek z Delaware wkraczał, rozbudzając nadzieję na zmianę w tych Amerykanach, którzy opowiadają się za liberalnym podejściem do migracji, a przed domami stawiają tabliczki z hasłem: „Nikt nie jest nielegalny”. Demokrata zapowiadał jednoznaczne zerwanie z linią Trumpa, którego oskarżał o „nieustanny atak na naszą historię jako narodu imigrantów”. Mówił o usprawnieniu przeciążonego systemu na granicy, kompleksowych rozwiązaniach, ścieżce do obywatelstwa dla tych, którzy przebywają bez dokumentów w USA, oraz humanitarnym traktowaniu każdego.
W kilka tygodni od prezydenckiej inauguracji Bidena na południową granicę USA zaczęły przybywać rekordowe rzesze Latynosów, w tym tysiące dzieci bez opieki. Migranci tłoczyli się w tymczasowych ośrodkach, republikanie mówili o kryzysie, a liberałowie naciskali na ułatwienie pracy organizacjom pozarządowym. Biały Dom szybko znalazł się w defensywie, a oddelegowana do sprawy wiceprezydent Kamala Harris apelowała w Gwatemali do migrantów: „Nie przyjeżdżajcie”.
Apel ten nie przyniósł większych rezultatów. Amerykańskie telewizje wciąż obiegają ściskające za serce obrazy migrantów uciekających przed służbami czy ludzi tłoczonych w klatkach (prowizoryczne ogrodzenia). W Waszyngtonie demokraci apelują o cierpliwość. „Potrzeba czasu, by zbudować coś po okrucieństwie poprzedniej administracji” – deklarował sekretarz bezpieczeństwa krajowego USA Alejandro Mayorkas.
O skali wyzwania świadczą liczby. W 2021 r. amerykańska straż graniczna dokonała ponad 1,6 mln aresztowań za nielegalne przekroczenie granicy, najwięcej od 20 lat. W tym roku odsyła się też więcej migrantów na podstawie przepisów pandemicznych. Od marca do grudnia 2020 r., jeszcze za rządów Trumpa, było ich ok. 400 tys. W ciągu pierwszych ośmiu miesięcy prezydentury Bidena liczba ta sięgnęła 700 tys.
Chodzi o zarządzenie „Title 42”. Zapis ten pozwala rządowi federalnemu na wydanie w interesie zdrowia publicznego czasowego zakazu przyjazdu na terytorium USA osobom bez paszportu tego kraju. Wykorzystując „Title 42”, pogranicznicy nie stosują się do zwykłej imigracyjnej procedury, w tym przesłuchań. Biały Dom broni powoływania się na kontrowersyjne prawo. To nie jest narzędzie restrykcyjnej polityki imigracyjnej, to kwestia zagrożenia zdrowia publicznego – zapewniają urzędnicy.
Zdania tego nie podzielają środowiska medyczne oraz organizacje pozarządowe. „To prawo nie chroni przed COVID-19 ani strażników granicznych, ani migrantów, ani Amerykanów. Zamiast tego dehumanizuje migrantów” – przekonuje profesor Julia Koehler z Uniwersytetu Harvarda. Według sygnatariuszy jednego z listów protestacyjnych „Title 42” ma nawet przyczyniać się do pogorszenia sytuacji epidemicznej, gdyż powoduje jeszcze większe przeludnienie i kolejki w ośrodkach.
Wyjątkowe kontrowersje budzi odsyłanie migrantów z Haiti. Rząd USA organizuje dla nich loty na tę karaibską wyspę, pogrążoną w kryzysie humanitarnym po lipcowym zabójstwie prezydenta oraz sierpniowym trzęsieniu ziemi. Podejście Bidena uznawane jest przez część urzędników za w prostej linii kontynuację polityki Trumpa. Niektórzy w proteście rezygnują ze stanowisk.
Politycznie Biden znajduje się więc w kleszczach między sfrustrowanymi bezradnością państwa wobec ludzkich dramatów demokratami a potęgującymi wrażenie kryzysu granicznego republikanami. Kongresmeni GOP ciskają w niego gromy za „otwartą granicę”. Są przekonani, że migranci zmierzają do USA przyciągani obietnicami demokraty, że zniesie restrykcje Trumpa. „Biden nas zaprosił” – te deklaracje często odtwarzane są w mediach sympatyzującymi z republikanami.
Demokraci są podzieleni. Część polityków, w tym wielu z przygranicznych regionów, skupia się nie tylko na humanitarnym aspekcie, ale chce także większych środków na zapewnienie bezpieczeństwa oraz prowadzenie migracyjnych spraw. A lokalne władze oraz organizacje pozarządowe na południu USA uwijają się jak w ukropie. W pandemii do ich codziennych przygranicznych obowiązków doszły testy na COVID-19 oraz zapewnianie bezpiecznych miejsc dla kwarantanny, m.in. w hotelach.
Utrzymujące się przeciążenie przygranicznego systemu odbija się w sondażach. Na nieco ponad rok przed trudnymi dla prezydenckiej partii wyborami środka kadencji przywódca USA za politykę migracyjną zbiera fatalne noty. W badaniu Ipsos jedynie 38 proc. ankietowanych Amerykanów oceniło ją korzystnie.
Granica skupia spore zainteresowanie mediów, ale przyznać należy, że na innych polach polityka imigracyjna Bidena jest mniej restrykcyjna niż Trumpa. Prezydent m.in. wstrzymał budowę fragmentów muru i ułatwił procedury łączenia rodzin. W Kongresie demokraci próbują przeforsować szeroką reformę, której głównym punktem jest zapewnienie ścieżki do obywatelstwa dla ok. 11 mln osób przebywających w USA bez dokumentów.
Zarazem w sprawie południowej granicy Biały Dom pozostaje nieugięty. Gdy sąd okręgowy orzekł, że „Title 42” nie wolno stosować wobec rodzin, rząd odwołał się od wyroku. I dopiął swego – sąd apelacyjny przychylił się do stanowiska administracji.
Politykę migracyjną Joe Bidena dobrze ocenia tylko 38 proc. Amerykanów