Reklama
Stany Zjednoczone, Izrael i Wielka Brytania zobowiązały się do wspólnej reakcji w związku z niedawnym atakiem Iranu na powiązany z Izraelem tankowiec. Teheran zaprzeczył, jakoby brał udział w czwartkowym uderzeniu dronów.
Oba państwa wielokrotnie wymieniały się oskarżeniami o podobne ataki. Ale zdarzenie, do którego doszło w ubiegłym tygodniu u wybrzeży Omanu, oficjalnie było pierwszym, podczas którego zginęli członkowie załogi ‒ obywatele Rumunii i Wielkiej Brytanii. Łukasz Kulesa z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych podkreśla jednak, że toczący się na morzu konflikt już wcześniej przynosił ofiary śmiertelne. ‒ Walka pomiędzy Izraelem a Iranem rozgrywa się w cieniu, dlatego nieznana jest rzeczywista liczba ofiar. Nie wiadomo też, ile osób zginęło po stronie irańskiej. Głównie dlatego że sporo celów zostało zaatakowanych przez tzw. nieznanych sprawców. A tymi najprawdopodobniej były izraelskie siły specjalne ‒ tłumaczy.
Wzajemne ataki trwają przynajmniej od lata 2019 r. Izrael uderzył wtedy w statek przewożący z Iranu ropę przez wschodnią część Morza Śródziemnego i Morze Czerwone. Władze w Teheranie naruszyły bowiem sankcje, które zostały nałożone, gdy były prezydent USA Donald Trump wycofał się z umowy nuklearnej z 2015 r.
Konflikt od początku koncentrował się na irańskich tankowcach, które transportowały ropę do Syrii i Libanu. Zdaniem Izraela niektóre z nich przewoziły również broń dla islamskich bojowników, co miałoby stanowić zagrożenie dla bezpieczeństwa tego państwa.
Władze w Teheranie mają duże doświadczenie w ukrywaniu swojego transportu. Regularnie zmieniają flagi na statkach i nazwy tankowców oraz wyłączają ich automatyczne systemy identyfikacji, by uniknąć śledzenia. Według raportu Departamentu Skarbu USA z pomocą Hezbollahu Iran rozmieścił nawet szereg firm-przykrywek, dzięki którym może sprzedawać ropę mimo obowiązujących sankcji.
Państwo Żydowskie przeprowadziło co najmniej 10 ataków na perską flotę. Ich liczba znacznie wzrosła po klęsce wyborczej Donalda Trumpa w 2020 r. W rezultacie łodzie motorowe obsługiwane przez Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej zaczęły eskortować tankowce przez Morze Czerwone, a następnie przekazywać je rosyjskiej marynarce wojennej operującej na wschodzie Morza Śródziemnego.
Izraelczycy i Irańczycy zawsze jednak dbali o minimalizację szkód. Zwykle celowali w te części statku, które mogłyby go uszkodzić, ale nie zatopić. W prowadzonym konflikcie chodzi bowiem o to, by pokazać swoją siłę i przewagę, ale nie doprowadzać do rozlewu krwi.
Teraz wojna może jednak wyjść z cienia. ‒ Ze względu na charakter ataku, w którym zginęli obywatele Wielkiej Brytanii i Rumunii, należy spodziewać się bardziej zdecydowanych reakcji. Zarówno oba państwa, jak i sojusze, których są członkami, czyli NATO i UE, nie mogą pozostać obojętne ‒ tłumaczy Łukasz Kulesa z PISM.
Nie wiadomo jednak, jakie stanowisko zajmie Unia Europejska. Jej przedstawiciel Enrique Mora bierze udział w dzisiejszym zaprzysiężeniu ultrakonserwatywnego Ebrahima Ra’isiego na prezydenta Iranu. Ceremonia odbędzie się po niemal dwumiesięcznej przerwie od pośrednich negocjacji, które w Wiedniu toczyły się między Iranem a USA w sprawie powrotu do umowy nuklearnej. Wizyta Mory w Teheranie miałaby więc po części przełamać impas i ożywić rozmowy.
Ruch ten wywołał napięcia z Izraelem. ‒ Decyzja Unii Europejskiej o wysłaniu swojego przedstawiciela na ceremonię zaprzysiężenia „rzeźnika Teheranu” jest zastanawiająca i świadczy o złym osądzie ‒ napisał na Twitterze Lior Haiat, rzecznik izraelskiego ministerstwa spraw zagranicznych.
Ra’isi, który ze względu na udział w egzekucji więźniów politycznych zyskał przydomek „rzeźnika Teheranu”, zastąpi na stanowisku umiarkowanego prezydenta Hasana Rouhaniego. Dlatego czwartkowy atak wpisuje się w zmiany, jakie zaszły wewnątrz kraju. ‒ Do władzy dochodzą osoby, które uważają, że prawa na arenie międzynarodowej Iranowi może zagwarantować pokaz siły, a nie dyplomacja ‒ zaznacza Kulesa.