W miastach zamieszkiwanych wspólnie przez Izraelczyków i Arabów doszło do poważnych zamieszek. Czy to nowa jakość w konflikcie izraelsko-palestyńskim?
Zamieszki występowały już w czasie drugiej intifady w październiku 2000 r. Nie były to jednak starcia pomiędzy społecznością żydowską a arabską. Wtedy uczestniczyli w nich sami Arabowie. Po raz pierwszy obserwujemy więc coś na kształt wojny domowej. Nie jest to dosłownie wojna domowa, bo większość Żydów i Arabów nie jest jednak w te zamieszki zaangażowana. Ale cała ta sytuacja bardzo mnie martwi. Uważam, że rozwiązanie tego problemu powinno być dla rządu priorytetem. To jest ważniejsze niż wszystko inne, bo dotyczy naszego bezpieczeństwa. To jest podstawa izraelskiego społeczeństwa. Mieszkamy razem – 8 mln Żydów i 2 mln Arabów. Powinniśmy to kontynuować, ale ze względu na ostatnie starcia i próby linczu odbudowanie zaufania między ludźmi zajmie nam dużo czasu.
Co sprawiło, że sytuacja w tych miejscowościach tak się zaogniła?
To wina Hamasu. Wydaje mi się, że największym sukcesem Hamasu jest podzielenie Arabów i Żydów w Jerozolimie i całym Izraelu. W ciągu ostatnich tygodni Hamas przez różne sieci społecznościowe zaogniał sytuację, doprowadzając do eskalacji napięć, które wybuchły, gdy Arabowie przebywali na Wzgórzu Świątynnym w czasie jednego z najważniejszych świąt w roku. Był ostatni tydzień ramadanu. Sytuację zaognili wtedy ekstremiści. Nie tylko arabscy, lecz także żydowscy. Niestety, policja nie poradziła sobie z całym zajściem dobrze. Ze Wzgórza Świątynnego starcia przeniosły się do miast w Izraelu, które zamieszkują Żydzi i Arabowie.
A co z izraelskimi ekstremistami? Jakie jest źródło ich agresji?
Musimy zrozumieć, że większość zamieszek wywołali Arabowie, nie Żydzi. Mamy statystyki, z których wynika, że najwięcej prób zabójstwa przez linczowanie dokonali Arabowie. Nie zmienia to jednak faktu, że Żydzi także je wzniecali – musimy to brać pod uwagę. Policja i sądy powinny zajmować się przypadkami dokonywanymi przez oba narody. Co do prawicowych ekstremistów, to oni funkcjonują od dawna. Ale to, co się dzieje teraz, znacząco różni się od sytuacji, jakie miały miejsce w poprzednich latach. Wszystko dlatego, że po raz drugi w historii Izraela prawicowy ekstremista został wybrany do Knesetu (chodzi o Itamara Ben-Gvira z partii Tekuma – red.). Pozwalał sobie na podsycanie napięć, ciesząc się immunitetem parlamentarnym. Tym pierwszym ekstremistą, który zasiadał w Knesecie, był Me’ir Kahane (założyciel partii Kach, uznanej przez USA i UE za organizację terrorystyczną – red.). Później go zamordowano. Ben-Gvir był jednym z jego uczniów, podziela jego ideologię i antyarabskie poglądy. Nie podoba mi się to, ale jesteśmy demokracją. Sąd Najwyższy zdecydował, że jego partia będzie mogła uczestniczyć w wyborach, a to są tego skutki.
Jaka w tym wszystkim jest rola premiera Netanjahu?
Netanjahu jest pierwszą osobą, którą powinniśmy obwiniać za obecną sytuację. Jest premierem nieprzerwanie od 12 lat. Dodatkowo był nim w latach 1996–1999, więc sprawuje władzę już 17 lat. To więcej niż jakikolwiek inny premier Izraela. Jest więc odpowiedzialny za animozje między Izraelczykami a Arabami. To jego również należy obwiniać za zaniedbania pośród arabskich mieszkańców wsi i miast. Liczba przestępstw wśród społeczności arabskiej rośnie. 2 mln Arabów posiada nielegalną broń. Wiemy, bo widzimy, że między Arabami wybuchają zamieszki przy użyciu lekkiej amunicji. Rząd nie zrobił nic, aby ten problem rozwiązać. Po tym, jak zamieszki w Gazie się zakończą, policja powinna wjechać na teren wszystkich arabskich wiosek, skonfiskować nielegalną broń i aresztować wszystkich, którzy uczestniczyli w starciach.
Co się teraz wydarzy? Izrael powinien kontynuować walkę?
Na trzecią intifadę nie ma szans. Ani na terytoriach (palestyńskich – red.), ani w samym Izraelu. Musimy być bardzo ostrożni i zapewnić, że izraelscy Arabowie będą demonstrować, a nie wzniecać zamieszki. Dlatego Izrael powinien kontynuować ataki na Hamas w Gazie, żeby wyeliminować ich przywódcę, dowódców, zniszczyć budynki i inne miejsca, z których korzystają. I tak długo, jak na liście Mosadu będą znajdować się cele, nie powinniśmy kończyć.
Musimy mieć pewność, że przywódcy Hamasu rozumieją, że powinni pomyśleć dwa albo trzy razy, zanim odważą się przeprowadzić kolejny atak rakietowy na terytorium Izraela. Należy zrozumieć, że po II wojnie światowej nie ma czegoś takiego jak poddanie się jednej ze stron. Wtedy kapitulowali naziści i Japonia. Teraz jest inaczej. Nie zobaczymy Hamasu błagającego na kolanach o zawieszenie broni. Zwycięstwo jest tylko w naszej głowie, jest nienamacalne.
Co z atakami na członków Hamasu? Czy to najlepsze rozwiązanie, zważywszy na straty w ludności cywilnej?
Prowadzenie działań wojennych przeciwko terrorystom nie jest proste, bo chowają się za niewinnymi ludźmi. Ich siedziby znajdują się w budynkach, w których są także mieszkania zwykłych obywateli. Wydaje mi się, że gdyby byli w szpitalu pełnym ludzi – nie zaatakowalibyśmy ich. Wysyłamy ostrzeżenia do niewinnych ludzi, żeby przed przeprowadzeniem przez nas ataku opuścili budynki. Zresztą wielokrotnie udało nam się wyeliminować członków Hamasu w podziemiach, nie w ich siedzibach. Terrorystom wydawało się, że pod ziemią są bezpieczni. Otóż nie. Ani pod ulicami miasta, ani na ziemi. Żaden terrorysta nie powinien czuć, że jest nietykalny. Dlatego musimy kontynuować nasze działania. Jedynym sposobem na zwycięstwo, nawet jeśli będzie ono miało charakter tymczasowy, jest wyeliminowanie wszystkiego, co jest związane z Hamasem.
Dani Jatom, szef Mossadu w latach 1996–1998 / Źródło zewnętrzne