Reklama
„Zmniejszenie liczebności wojsk na naszej granicy proporcjonalnie obniża napięcie. Ukraina zawsze pozostaje w gotowości, ale cieszy każdy krok zmniejszający obecność wojskową i deeskalujący sytuację na Donbasie” – skomentował na Twitterze prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski czwartkowy komunikat Rosji o zakończeniu ćwiczeń na ukraińskim pograniczu i okupowanym Krymie. Jednak to nie koniec napięć w Europie Środkowej i Wschodniej z Kremlem w tle.
Rosyjski minister obrony Siergiej Szojgu ogłosił powrót żołnierzy do swoich macierzystych jednostek podczas wizytacji na Krymie. W ostatnich tygodniach wpływowi politycy z Kijowa i Zachodu ostrzegali, że wzrost aktywności rosyjskich wojsk nieopodal granic Ukrainy osiągnął poziom niewidziany od lat 2014–2015. Padały nawet ostrzeżenia przed możliwą inwazją. Moskwa oczekuje od Ukrainy nie tylko ustępstw politycznych w sprawie Donbasu, lecz także wznowienia dostaw wody na Krym, wycofania się z sankcji wymierzonych w prorosyjskich polityków i rezygnacji z dążeń do członkostwa w NATO i Unii Europejskiej.
Tymczasem w piątek wiceszef rosyjskiej Rady Bezpieczeństwa, były prezydent i premier Dmitrij Miedwiediew w programowym artykule opublikowanym na państwowej stronie informacyjnej RIA Nowosti wprost wyraził oczekiwania Moskwy wobec Zachodu i porównał ostatnie napięcia wokół Ukrainy do kryzysu kubańskiego z 1961 r. Świat stanął wtedy na granicy konfliktu atomowego, przed którym uchronił ostatecznie kompromis zawarty między przywódcami USA i ZSRR Johnem Kennedym i Nikitą Chruszczowem. „W ostatnich latach stosunki Rosji i USA de facto przeszły od rywalizacji do konfrontacji, a w istocie wróciły do epoki zimnej wojny” – pisze Miedwiediew.
„Na porządku dziennym pojawiło się pytanie, czy nowa amerykańska administracja odnajdzie w sobie mądrość kompromisu, do którego doszli liderzy państw uczestników kryzysu karaibskiego lat 60. zeszłego wieku. I co może pomóc gasić problemy, kiedy sytuacja dochodzi do granicy? (…) Najważniejsze jest nie tylko zrozumienie konieczności i możliwości kompromisów, ale też gotowość pójścia na te kompromisy. Gotowość rezygnacji z języka ultimatów i chamstwa, które uniemożliwiają dialog” – dodaje eks prezydent i wymienia główne pretensje Rosji do Zachodu, wśród nich sankcje, politykę Stanów Zjednoczonych wobec sąsiadów Rosji, zwłaszcza Ukrainy, i przeciwdziałanie projektowi gazociągu Nord Stream 2.
Kilka dni wcześniej rzecznik prezydenta Rosji Dmitrij Pieskow odrzucił wprawdzie amerykańską propozycję zorganizowania spotkania Joego Bidena z Władimirem Putinem, mówiąc, że nie nadszedł jeszcze czas, ale w kuluarach trwają już dyskusje na temat potencjalnego miejsca takiego spotkania. Wśród propozycji pojawiały się już Belgrad, Bratysława, Helsinki i Wiedeń. Wczoraj rosyjskie media podały, że w grę wchodzi czerwiec. Dlatego artykuł Miedwiediewa można interpretować jako listę oczekiwań Rosji wobec nowej administracji USA. Poza Ukrainą chodzi o Białoruś, o której Putin mówił sporo w środowym orędziu.
W czwartek na Kremlu stawił się Alaksandr Łukaszenka, by rozmawiać o dalszej integracji obu państw. Ponieważ na piątek zwołano w Moskwie specjalne posiedzenie senatu, do którego prerogatyw należy zatwierdzanie wysłania wojsk za granicę, spodziewano się, że białoruski przywódca może zgodzić się na rozlokowanie rosyjskiej armii na swoim terytorium. Nic takiego jednak nie nastąpiło, a obie strony przekonują – podobnie jak w 2019 r. – że do uzgodnienia pozostała już tylko niewielka część z 31 rozdziałów integracyjnych. Rosyjski senat zajął się zaś regularną pracą ustawodawczą.
Łukaszenka przed tygodniem obiecał też ogłoszenie „jednej z ważniejszych decyzji ćwierćwiecza”. W sobotę przywódca zapowiedział zmianę zasad przejęcia władzy po śmierci urzędującego prezydenta. Zgodnie z konstytucją p.o. głową państwa w takiej sytuacji jest premier, ale Łukaszenka chce, aby „w razie czego” państwem kierowała kolektywnie – pod przewodnictwem szefa rządu – Rada Bezpieczeństwa, w której skład wchodzą szefowie najważniejszych, głównie siłowych instytucji państwowych.
Nie milkną też echa ujawnienia, że za wybuchem w składzie amunicji w czeskich Vrběticach w 2014 r. stał rosyjski wywiad wojskowy. Czesi zażądali w czwartek, by Pragę opuściło do końca maja 63 dyplomatów i pracowników rosyjskiej ambasady. W geście solidarności rosyjskich dyplomatów wydaliły też Słowacja i państwa bałtyckie. – Stoi za nami cała Unia Europejska i Sojusz Północnoatlantycki. We wszystkich komunikatach państwa członkowskie obu organizacji jednoznacznie nas wsparły i potępiły Rosję – cieszył się szef MSZ Jakub Kulhánek.
Czeskie śledztwo rzuciło też nowe światło na podobne eksplozje w składach amunicji, do których w latach 2014–2015 doszło w Bułgarii. W jednej z nich, w miejscowości Gorni Łom nieopodal serbskiej granicy, zginęło 15 osób. Daty wybuchów pokrywają się z wizytami w Bułgarii funkcjonariuszy rosyjskiej jednostki 29155, wyspecjalizowanej w atakach poza granicami Rosji. Do podejrzanych pożarów w magazynach z amunicją dochodziło też w 2017 r. na Ukrainie. Tamtejsze władze również oskarżały Rosjan o sabotaż, jednak nigdy nie udało się im tego dowieść.