Nieformalne spotkanie pod auspicjami ONZ zaplanowano na 27–29 kwietnia. Oprócz greckich i tureckich Cypryjczyków weźmie w nim udział Grecja, Turcja i Wielka Brytania. Te trzy państwa na mocy traktatu z 1960 r., gdy powstawała Republika Cypryjska, pełnią rolę gwarantów m.in. przestrzegania wyspiarskiej konstytucji. Powołując się na rolę gwaranta, Ankara wkroczyła na Cypr w 1974 r. W ten sposób odpowiedziała na przewrót skrajnie prawicowych greckich Cypryjczyków, którzy przejęli władzę z pomocą rządzącej w Atenach junty czarnych pułkowników. Ale problemy na wyspie zaczęły się już 11 lat wcześniej. Doszło wtedy do starć greckich i tureckich Cypryjczyków. W ich wyniku do enklaw trafiła połowa tureckich Cypryjczyków. Getta istniały aż do wejścia Ankary na wyspę.
Od tureckiej inwazji Cypr jest podzielony. Większą część na południu kontrolują greccy Cypryjczycy, mniejszą na północy – tureccy Cypryjczycy. Greckie południe jest kontynuatorem Republiki Cypryjskiej, które uważa północną część za swoje terytorium, tyle że okupowane przez Ankarę. Ma przy tym wsparcie świata. Powstałej w 1983 r. Tureckiej Republiki Cypru Północnego nie uznaje nikt poza Ankarą. Rozmowy, które mają się odbyć w Genewie, to tylko wstęp do potencjalnych rokowań pokojowych. Strony będą w ich czasie dyskutować, czy w ogóle są w stanie usiąść razem do negocjacyjnego stołu. Wiele wskazuje na to, że nie.
Cel dotychczasowych rozmów był jasny od kilkudziesięciu lat: stworzenie dwustrefowej, dwunarodowej federacji. Uczestnicy zajmowali się sześcioma kategoriami zagadnień: bezpieczeństwem i jego gwarantami, systemem rządów i podziałem władzy, własnością (nieruchomości), aspektami terytorialnymi, sprawami unijnymi i kwestiami gospodarczymi. Najtrudniejszy rozdział to ten o bezpieczeństwie i gwarantach. Jest tak, bo greckimi i tureckimi Cypryjczykami kieruje bardzo silna emocja – strach. Greccy mieszkańcy wyspy boją się powtórki z 1974 r., gdy doszło do inwazji. Tureccy obawiają się, że znowu, jak w latach 60., wylądują w enklawach. Dlatego greccy Cypryjczycy nie chcą obecności tureckich wojsk na wyspie ani Ankary jako gwaranta, a tureccy Cypryjczycy dokładnie na odwrót – wolą, aby pozostały one w koszarach na północy. Sytuacja jest patowa. Racje obu stron leżą po dwóch stronach wyspy.
Kolejną kość niezgody stanowi władza i jej podział. Greccy Cypryjczycy, których jest więcej, woleliby silne państwo ze słabymi podmiotami federacyjnymi. Tureccy Cypryjczycy, jeśli już mieliby się jednoczyć, to raczej w ramach luźnego związku, najlepiej konfederacji. Decydenci z obu stron wcale nie musieliby skorzystać na zjednoczeniu. Dla greckocypryjskich polityków, którzy rządzą bogatą republiką, będącą członkiem Unii Europejskiej, oznaczałoby ono podzielenie się tortem z kolegami po fachu z północy. Z kolei tureckocypryjscy prominenci w zjednoczonym kraju dzierżyliby mniejszą władzę niż w swojej nieuznawanej republice, bo ze względu na liczniejszą populację greckim Cypryjczykom przypadłoby więcej stanowisk.
Do tego wszystkiego dochodzą niesprzyjające okoliczności. Na północy rządzi obecnie prawica, która głośno mówi, że rozmowy zjednoczeniowe to strata czasu. Dla niej rozwiązaniem nie jest już federacja – w końcu nie udało się jej zawiązać przez kilkadziesiąt lat – a koncepcja taksim, czyli utworzenie dwóch uznanych międzynarodowo państw, jednego dla greckich, drugiego dla tureckich Cypryjczyków. Ankara ostatnio głośno wspiera takie rozwiązanie. Borykający się nad Bosforem z kryzysem ekonomicznym prezydent Recep Tayyip Erdoğan woli odciągać uwagę Turków od problemów gospodarczych, grając na nacjonalistycznej nucie. Obserwując chociażby ostatnie działania Ankary, których celem jest delegalizacja prokurdyjskiej Demokratycznej Partii Ludów, trudno sobie wyobrazić pojednawcze gesty w przypadku Cypru. Hasło Kemala Atatürka „Ne mutlu Türküm diyene” (jak dobrze mówić, że jest się Turkiem) krzyczy się dzisiaj nad Bosforem wyjątkowo głośno.
UE nie ma wielu asów w rękawie, jeśli chodzi o Cypr. Gdy Erdoğan nie był jeszcze „sułtanem”, a nadzieją na islamską trzecią drogę, Wspólnota mogła grać kartą akcesyjną – ustępstwa za dążenie do zjednoczenia wyspy. Obecnie, choćby ze względu na narastający w Turcji autorytaryzm, relacje na linii Ankara–Bruksela są złe i nic nie wskazuje na to, by miały się polepszyć. Turcy prowadzą ekspansywną politykę, czego wyrazem jest ich zaangażowanie w konflikt o Górski Karabach czy aktywne działania w Libii i Syrii. We wschodniej części Morza Śródziemnego obrali konfrontacyjną strategię nie tylko wobec Republiki Cypryjskiej, ale też wobec Grecji. Z Nikozją i Atenami, będącymi członkami Unii, Ankara spiera się o złoża. Równocześnie UE jest szachowana przez Turków, którzy mogą otworzyć granicę dla migrantów, co zdestabilizowałoby sytuację polityczną we Wspólnocie.
Jeśli chodzi o greckich Cypryjczyków, Unia teoretycznie jest w stanie na nich naciskać, by dążyli do rozwiązania problemu. Wpływ Brukseli na południe mógłby być jednak znacznie większy, gdyby w 2004 r. nie przyjęto Republiki do Wspólnoty. Twarde „członkostwo za rozwiązanie” zdecydowano się zamienić na mniej efektywne namowy w ramach Unii. A greccy Cypryjczycy potrafią wykorzystywać Brukselę do walki z Turcją. W zeszłym roku uzależnili zaakceptowanie sankcji na białoruski reżim w zamian za zielone światło dla obostrzeń na Ankarę za poszukiwania złóż. Zbliżające się rozmowy o rozmowach należy więc odczytywać jako rytualny, powtarzany od lat gest. Jako wymówkę: „zobaczcie, my chcemy porozumienia, to oni nie potrafią się dogadać”. Gdyby zapytać mieszkańców obu stron wyspy, czy chcą rozwiązania problemu cypryjskiego, odpowiedzą „tak”. Trudno jednak wyobrazić sobie kompromis, gdy tureccy Cypryjczycy proponują wyjście dwupaństwowe. Greccy mieszkańcy wyspy nigdy się na to nie zgodzą, bo byłaby to legalizacja tureckiej inwazji. A co jest de facto, a co de iure, ma na podzielonym Cyprze olbrzymie znaczenie.
W 2017 r. w szwajcarskiej Crans-Montanie nie udało się osiągnąć porozumienia. Nie jest do końca jasne, co się tam stało. Krążą teorie, że przywódca greckich Cypryjczyków Nikos Anastasiadis wystraszył się tego, co wynegocjował, i uznał, że jego rodacy nie zaakceptują tego w referendum. Bo porozumienie polityków to jedno; potem ich ustalenia muszą jeszcze przyjąć mieszkańcy obu stron wyspy. – Rozmowy nie mogą trwać w nieskończoność – zaznacza Josep Borrell, szef unijnej dyplomacji. Ma rację. Nawet w przypadku wyspy z tak wielką historią, niemal pół wieku szukania porozumienia to zbyt długo. Tam, jak pisał Lawrence Durrell w „Gorzkich cytrynach Cypru”, niczego nie wolno robić w pośpiechu, „bo byłoby to sprzeczne z duchem tego miejsca”. Ale każda historia musi mieć swój koniec.
Obie strony cypryjskiego sporu podebatują o tym, czy w ogóle są w stanie usiąść do stołu rozmów