Turecki zakaz reklamowy objął Twittera, należącą do niego aplikację Periscope do transmisji wideo na żywo, a także platformę do udostępniania zdjęć Pinterest. Decyzję ogłoszono we wtorek w tureckim dzienniku urzędowym. To kara za to, że te serwisy społecznościowe nie zastosowały się do nowego prawa regulującego ich działalność. Przepisy, które weszły w życie w październiku 2020 r., stanowią, że międzynarodowe firmy będące właścicielami platform społecznościowych z ponad milionem użytkowników muszą posiadać w Turcji swoich przedstawicieli zajmujących się skargami na treści umieszczane w ich serwisach.

Wiceminister transportu i infrastruktury Ömer Fatih Sayan poinformował – na Twitterze – że zakaz reklamy będzie kontrolowany przez Urząd ds. Technologii Informacyjno-Komunikacyjnych, Agencję Regulacji i Nadzoru Bankowego, bank centralny oraz inspekcję podatkową. Prorządowa gazeta „Daily Sabah” zaznacza, że firmy, które mimo zakazu zdecydowałyby się na reklamę na Twitterze, Periscopie czy Pintereście, zostaną ukarane grzywną. Według danych, które przytacza „Ahval”, tureccy reklamodawcy w I poł. 2020 r. wydali na kampanie internetowe 3,5 mld lirów (1,75 mld zł). Pieniądze trafiają głównie do mediów społecznościowych. „Ahval” podkreśla, że sposób, w jaki Ankara wzięła się za regulowanie serwisów internetowych, wywołał krytykę ze strony organizacji zajmujących się prawami człowieka.
Turcja i bez kagańca nałożonego na platformy społecznościowe nie ma dobrych notowań, jeśli chodzi o swobodę wypowiedzi. W rankingu wolności prasy prowadzonym przez Reporterów bez Granic (RSF) zajmuje 154. miejsce na 180 krajów. Oceniając krajobraz medialny tego państwa w 2020 r., RSF zwrócili uwagę, że jest ono w niechlubnej czołówce pod względem skazywania dziennikarzy na więzienie, a „cenzura stron internetowych i internetowych mediów społecznościowych” osiągnęła tam „bezprecedensowy poziom”. Nowa ustawa jeszcze przykręca śrubę. Z pozoru niewinny wymóg utworzenia krajowego przedstawicielstwa każdej większej platformy w istocie ogranicza anonimowość internautów, bo ci reprezentanci muszą na żądanie sądu ujawniać informacje o użytkownikach, które dodatkowo trzeba przechowywać w Turcji.
Reklama
Krajowy przedstawiciel ma 48 godzin, by odpowiedzieć na wniosek o usunięcie treści naruszających prywatność i dobra osobiste. Jeśli nie chce spełnić żądania, musi podać podstawy jego odrzucenia. Przy czym platforma może być pociągnięta do odpowiedzialności za szkody, jeśli zgłoszona zawartość nie zostanie usunięta lub zablokowana. Prezydent Recep Tayyip Erdoğan stwierdził, że platformy kontrolujące dane mogą ustanowić „cyfrową dyktaturę, lekceważąc demokrację, prawo i wolności”. Z kolei Sayan argumentował, że „nadużycia, pomówienia i łamanie prawa nie są wolnością, ale przestępstwem” i Turcja „nigdy nie pozwoli nikomu popełniać tych i podobnych przestępstw pod pozorem wolności”.
Losu Twittera nie podzielił Facebook, który w ostatniej chwili – w przeddzień wprowadzenia zakazu reklamowego – poinformował o rozpoczęciu procesu ustanawiania przedstawicielstwa w Turcji. W swoim komunikacie gigant zaznaczył, że ta decyzja nie zmieni standardów firmy, a w razie presji władz przedstawiciel zostanie wycofany. Facebook przypomniał, że „wolność słowa jest podstawowym prawem człowieka” i zapewnił, że dba o jej ochronę na całym świecie. „Daily Sabah” wylicza, że wcześniej do tureckich regulacji zastosowały się należący do Google’a YouTube, LinkedIn, TikTok, Dailymotion i rosyjski serwis WKontaktie.
Milenę Büyüm z tureckiego oddziału Amnesty International niepokoi kapitulacja platform wobec prawa, które nazwała „drakońskim”. Büyüm stwierdziła, że decyzje Face booka i innych serwisów stawiają te firmy „w poważnym niebezpieczeństwie, że staną się narzędziem państwowej cenzury”. Z kolei Sarah Clarke z organizacji praw człowieka Article 19 uważa, że platformy, które podporządkowały się nowym przepisom, bez wątpienia staną w obliczu presji władz. „Wzywamy firmy zajmujące się mediami społecznościowymi, aby nie przyczyniały się do cenzurowania treści internetowych w Turcji i nie narażały użytkowników na ryzyko arbitralnego aresztowania i ścigania poprzez przekazywanie ich prywatnych danych władzom tureckim” – oświadczyła Clarke.
Odcięcie reklam nie było pierwszą karą wymierzoną cyfrowym firmom przez Ankarę. Sankcje zaczęły się jeszcze w 2020 r. Jak podaje „Daily Sabah”, za brak przedstawicielstw nałożono na platformy społecznościowe – w tym Facebooka, You Tube’a i Twittera – grzywny w wysokości 40 mln lir (20 mln zł). Na nieposłuszne serwisy spadną kolejne ciosy. Sayan zapowiedział, że przepustowość łączy Twittera i Pinteresta zostanie zmniejszona o 50 proc. w kwietniu i o 90 proc. w maju. Wiceminister obiecuje jednak, że – jak przytacza dziennik „Hürriyet” – jeśli jednak wyznaczą one lokalnych przedstawicieli, 75 proc. kar zostanie uchylone, a przepustowość wróci do normy. Niezależnie od kar Twitter zapowiedział w grudniu 2020 r., że do marca zamknie aplikację Periscope. ©℗