Sowiecka operacja „Trust” znokautowała polski wywiad. To dowód, że najmniejsze niedopatrzenie polskich tajnych służb może zaowocować klęską.

Ucieczka sędziego Tomasza Szmydta na Białoruś była jak kubeł zimnej wody. Nagle zdano sobie sprawę, że nasze państwo może być zinfiltrowane przez rosyjski oraz białoruski wywiad. Niestety ta ucieczka nie przywróciła jeszcze pamięci o tym, że – wbrew mitom o skuteczności polskich tajnych służb, gdy musiały one stawiać czoła sowieckim agentom – nawet najmniejsze niedopatrzenie może zaowocować klęską. Czego najlepszym przykładem jest operacja „Trust”.

Nieprzypadkowe przypadki

Aleksandr Jakuszew, monarchista, który – jak twierdził – podczas wojny domowej w Rosji spiskował przeciw bolszewikom, zatrzymał się w 1921 r. w Tallinie. Zawitał tam jako urzędnik Ludowego Komisariatu Handlu Wewnętrznego, wysłany na konferencję do norweskiego Oslo. Do stolicy Estonii Jakuszew wstąpił, by przekazać list od swojej konkubiny Warwy Straszkiewicz do jej krewniaka Jurija Artamonowa.

„Obaj panowie spędzili wieczór (…), dyskutując na temat sytuacji w Rosji Sowieckiej. Artamonow przedstawił się gościowi jako przedstawiciel berlińskiej Naczelnej Rady Monarchistycznej” – pisze Marek Świerczek w książce „Największa klęska polskiego wywiadu. Sowiecka operacja dezinformacyjna «Trust»”. Jakuszew przekonywał, że bolszewicy utracili już poparcie społeczne. „Zasugerował, że jest przedstawicielem monarchistycznej organizacji podziemnej oraz że – w jego ocenie – możliwe jest obalenie bolszewików w drodze przewrotu dokonanego przez tę organizację” – relacjonuje Świerczek. Do rozmowy szybko „włączono” sztabskapitana Wsiewołoda Szczełgaczowa, oficera kontrwywiadu i przedstawiciela „białego” gen. Piotra Wrangla.

Artamonow spisał relację ze spotkania i posłał ją do Berlina na adres Wyższej Rady Monarchistycznej. Po czym list trafił do GPU (Państwowego Zarządu Politycznego) w Moskwie. Kierujący instytucją, zajmującą się wywiadem i kontrwywiadem, Feliks Dzierżyński nakazał podjęcie błyskawicznych działań. „Wskutek czego Jakuszew po powrocie z delegacji został aresztowany wraz z rodziną Straszkiewiczów. Zarzucono mu udział w organizacji kontrrewolucji i szpiegostwo” – pisze Świerczek. Za to groziła kara śmierci. Według oficjalnej wersji wydarzeń zgodził się wówczas na współpracę i już jako agent GPU nawiązał kontakt z Artamonowem, podając się za emisariusza działającej w Rosji podziemnej organizacji monarchistycznej MOCR (Monarchistyczna Organizacja Centralnej Rosji).

Jednak Świerczek powątpiewa w taki rozwój wypadków. Jak zauważa, Jakuszew był „znajomym Lwa Trockiego, przeżył rewolucję, czerwony terror i wedle własnych zeznań już wcześniej miał do czynienia z Czeka (policją polityczną – red.). Co więcej, w trakcie trwającej od 1922 r. do 1927 r. operacji «Trust» ani razu nie przejawił słabości i braku koncentracji, w tym w tak trudnych sytuacjach jak przesłuchanie przez byłego dyrektora policji carskiej gen. Jewgienija Klimowicza”. To świadczy, zdaniem Świerczka, że Jakuszew od początku był prowokatorem i człowiekiem Dzierżyńskiego. Zaś pomysł na powołanie w bolszewickiej Rosji do życia fikcyjnej organizacji podziemnej nie narodził się przypadkiem.

Cenni zdrajcy

„Jednym z kluczowych wydarzeń wpływających na bezpieczeństwo Rzeczpospolitej po odzyskaniu niepodległości była zdrada eksponenta Oddziału II NDWP (Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego – red.) w Moskwie, por. Ignacego Dobrzyńskiego ps. Świerszcz” – twierdzi w opracowaniu „Zdrada POW z 1920 r.” Marek Świerczek. „Przejście Dobrzyńskiego na stronę bolszewików w 1920 r. miało bowiem niezwykle poważne skutki w postaci namówienia przez niego do zdrady eksponenta Oddziału II NDWP w Petersburgu Wiktora Steckiewicza ps. Wilk oraz nie do końca ustalonej liczby członków POW (Polskiej Organizacji Wojskowej – red.). Konsekwencją tego było też uwikłanie polskiego wywiadu w aferę «Trust»” – wyjaśnia.

Być może to por. Steckiewicz wymyślił błyskotliwą operację, a Dzierżyński jedynie ją zatwierdził, po czym awansował zdrajcę na szefa Oddziału Kontrwywiadowczego GPU. Acz przy obecnym stanie wiedzy historycy nie potrafią jednoznacznie tego rozstrzygnąć, ojcem pomysłu mógł też być drugi z zaufanych ludzi Dzierżyńskiego, także zwerbowany przez Czeka oficer Wojska Polskiego – Ignacy Sosnowski. Niektóre poszlaki wskazują jeszcze na mogącego się chwalić szwajcarskimi korzeniami Artura Artuzowa, awansowanego w 1922 r. przez Dzierżyńskiego na szefa Oddziału Zagranicznego GPU.

Ta wąska grupa osób zajęła się latem 1921 r. odtworzeniem w bolszewickiej Rosji podziemnej organizacji monarchistów. Kreując ją, postarano się, by jedynie ścisłe kierownictwa MOCR współpracowało z bezpieką; inni członkowie konspiracji mieli być szczerymi antykomunistami, nienawidzącymi bolszewickiego reżymu. Maskarada służyła temu, by utworzone przez rosyjskich emigrantów w Polsce i krajach Europy Zachodniej organizacje uwierzyły, iż mają do czynienia z potężnym podziemiem, zdolnym odsunąć od władzy komunistów. Wówczas „biali” emigranci zaczęliby współpracować z fikcyjnymi monarchistami, a następnie wciągać do tej kooperacji służby wywiadowcze zachodnich państw.

Dlatego szefostwo MOCR dobrano bardzo starannie. Na czele monarchistycznego podziemia postawiono gen. Nikołaja Potapowa, którego po rewolucji lutowej w Rosji demokratyczny rząd awansował w 1917 r. na kwatermistrza generalnego Sztabu Generalnego. Dzierżyński mógł mu zaufać, bo Potapow jeszcze przed przejęciem władzy przez bolszewików z własnej woli nawiązał z nimi współpracę. Szef sekcji wojskowej Czeka Michaił Kedrow we wspomnieniach zapisał, iż stało się to już w lipcu 1917 r., tuż po próbie puczu gen. Ławra Korniłowa. „Po dniach lipcowych generał Potapow, zastępca szefa Sztabu Generalnego i kwatermistrz generalny, zaoferował za moim pośrednictwem swoje usługi dla Organizacji Wojskowej bolszewików” – wspominał Kedrow. Uczynił to tak dyskretnie, że jeszcze kilka lat później mógł nadal uchodzić za carskiego generała. Zastępcą Potapowa uczyniono gen. Andrieja Zajonczkowskiego. Weterana z czasów I wojny światowej awansowano w 1916 r. na szefa oddziału w Sztabie Generalnym.

Dwaj wysokiej rangi oficerowie znani Rosjanom za sprawą służby w carskiej armii dobrze nadawali się do uwiarygodniania maskarady. Do kierownictwa MOCR dołączono jeszcze Aleksandra Jakuszewa.

Atrakcyjne źródło

„Pod koniec kwietnia 1921 r. szef SG (Sztabu Generalnego – red.) WP gen. dyw. Władysław Sikorski polecił Oddziałowi II zintensyfikowanie działalności wywiadowczej w Rosji Radzieckiej, ponieważ od pewnego czasu napływają z rozmaitych źródeł wiadomości o wojennych przygotowaniach w Rosji Sowieckiej” – pisze w opracowaniu „Zagrożenie bezpieczeństwa Rzeczpospolitej Polskiej ze strony Rosji Radzieckiej (ZSRR) w ocenach polskiego wywiadu wojskowego w latach 1920–1924” Wojciech Włodarkiewicz. Autor podkreśla, iż „Polski wywiad wojskowy w Rosji Radzieckiej, a następnie w ZSRR, pracował w bardzo trudnych warunkach państwa totalitarnego, które ściśle kontrolowało własnych obywateli oraz skutecznie ich izolowało od mieszkańców innych państw”.

Sygnałów, że wschodni sąsiad II RP przygotowuje się do najazdu, przybywało. Przez granicę przedzierali się dywersanci przeprowadzający zamachy we wschodnich województwach Rzeczpospolitej. Z kolei w jej uprzemysłowionych regionach wysłannicy Dzierżyńskiego zakładali komórki Komunistycznej Partii Robotniczej Polski, z zadaniem siania rewolucyjnego fermentu. Wielka aktywność sowieckich służb potwierdzała przypuszczenia, iż nowa wojna może wkrótce wybuchnąć. Zatem II Odział Sztabu Generalnego działał gorączkowo, chwytając się wszelkich możliwości pozyskania informacji o planach bolszewickiej Rosji, która pod koniec 1922 r. przemianowała się na Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich.

Rok wcześniej w Tallinie z attaché wojskowym polskiego poselstwa Wiktorem Tomirem Drymmerem skontaktował się kpt. Roman Birk, oficer estońskiego wywiadu pracujący w MSZ. „Drymmer objął placówkę (…) wyłącznie dzięki osobistej protekcji kolegi z wojska Ignacego Matuszewskiego (ówczesnego szefa II Oddziału – red.) po próbie znalezienia miejsca w życiu cywilnym (po podpisaniu traktatu ryskiego Drymmer na krótko porzucił służbę wojskową i podejmował dorywcze prace). Przyjeżdżając na placówkę, wiedział już, że ze swoimi kwalifikacjami nie ma szans na dobrze płatną posadę w cywilu” – wyjaśnia w opracowaniu „Zagadka Wiktora Tomira Drymmera” Marek Świerczek.

Na dokładkę Drymmera znał zdrajca Wiktor Steckiewicz i wiedział, czego się po nim spodziewać. Kapitan Birk miał więc ułatwione zadanie, zmierzające do tego, by „wkręcić” w operację „Trust” głodnego sukcesów, a zarazem niezbyt rozgarniętego Polaka. Było to tym łatwiejsze, bo sztuka ta udała się już z wywiadem estońskim oraz przewodniczącym starającej się jednoczyć rosyjskie środowiska emigracyjne Wyższej Rady Monarchistycznej, Nikołajem Markowem.

Zdaniem Świerczka Birk był ideowym komunistą i z bolszewikami współpracował od początku swojej kariery w estońskich służbach wywiadowczych i MSZ. Polski attaché tego nie wiedział i nie potrafił dokładnie sprawdzić Estończyka, za to szybko uwierzył w opowieść o działającej w ZSRR tajnej organizacji MOCR. Ze zrozumieniem przyjął do wiadomości, iż jej potrzeby finansowe na prowadzenie działalności konspiracyjnej są tak olbrzymie, że przerastają możliwości estońskiego wywiadu. Birk zaproponował dostęp do cennych materiałów wywiadowczych przesyłanych z ZSRR przez członków podziemia w zamian za pieniądze i pomoc operacyjną. Drymmer na to przystał. Po czym w styczniu 1922 r. posłał ppor. Władysława Michniewicza do Moskwy, aby ten nawiązał bezpośredni kontakt z MOCR. Udało się to bez większych problemów.

Od tego momentu Feliks Dzierżyński mógł gratulować członkom specjalnej grupy operacyjnej MOCR-Trust, której szefem został Artur Artuzow, a mózgami Polacy: Steckiewicz i Sosnowski oraz Łotysz Eduard Opperput, wielkiego sukcesu. Polska „Dwójka” połknęła przynętę i zaczęła sukcesywnie „łykać” specjalnie dla niej spreparowane informacje. Zamieniając się w najcenniejszą dla GPU zdobycz.

Sztuka kamuflażu

„Placówka wywiadowcza N-7 polskiego wywiadu wojskowego z Piotrogrodu w marcu 1923 r. zameldowała Oddziałowi II SG o możliwości nabycia za 500 dolarów planu mobilizacji dywizji strzeleckich Piotrogrodzkiego Okręgu Wojskowego. Dokument zaoferowany przez MOCR polski wywiad wojskowy, mimo wątpliwości, ostatecznie zakupił” – opisuje Wojciech Włodarkiewicz.

Tak wyglądało przez kolejne lata sukcesywne faszerowanie polskiego wywiadu informacjami, przekazywanymi przez monarchistyczne podziemie. W gmachu na moskiewskiej Łubiance, będącym siedzibą GPU (przemianowanego już na OGPU), preparowano kolejne dokumenty dotyczące jednostek Armii Czerwonej, przemysłu zbrojeniowego, stanu ekonomii państwa i innych ważnych dla służb wywiadowczych kwestii. Po czym sprzedawano je „Dwójce”. Transakcje przeprowadzali bezpośrednio oficerowie polskiego wywiadu rezydujący w placówkach dyplomatycznych w Moskwie i Piotrogrodzie (od 1924 r. Leningradzie) lub zwerbowani przez nich obywatele radzieccy.

Drymmer chwalił się w meldunkach, że udało mu się zwerbować nawet kpt. Birka. O tym, że zdradził dużo wcześniej, wyżej ceniąc sobie kooperację z Dzierżyńskim, w Warszawie nie pomyślano. Dzięki temu w połowie 1923 r. OGPU miało już dokładnie rozpracowaną polską sieć wywiadowczą działającą na terenie ZSRR oraz w krajach nadbałtyckich. Tym jednak się nie zadowolono, bo Artuzow i jego grupa operacyjna planowali zinfiltrowanie „Dwójki” w całości, a następnie uczynienie tego samego z całym Sztabem Generalnym WP.

Jako kolejnej przynęty użyto rzekomych planów mobilizacyjnych Armii Czerwonej. Polska strona otrzymała propozycję kupienia ich za 25 tys. dol. Jednak tak olbrzymia kwota przekraczała finansowe możliwości II Oddziału. Zaoferowano więc monarchistycznemu podziemiu jedynie 3 tys. dol. Przedstawiciel MOCR, którego odegrał Łotysz Opperput, zaproponował kompromis: zamiast zdjęć dokumentów przekaże jedynie ich szczegółowy opis. Po zawarciu tej wątpliwej transakcji bezpośrednią kontrolę nad kontaktami z monarchistami postanowiło przejąć kierownictwo „Dwójki”.

Jesienią 1923 r. w Warszawie spotkali się kierujący polskim wywiadem na terenie ZSRR kpt. Michał Talikowski i kpt. Tomasz Rybotycki z reprezentującymi MOCR Aleksandrem Jakuszewem i gen. Nikołajem Potapowem. Współpracownik Dzierżyńskiego miał oko na carskiego generała, a ten nie zawiódł mocodawców. W trakcie rozmów ustalono, że na polsko-sowieckiej granicy zostaną utworzone „okna” nadzorowane przez Straż Graniczną i „Dwójkę”. Przez nie bez żadnej kontroli mogli w obie strony krążyć członkowie MOCR oraz słani przez tę organizację do Europy Zachodniej emisariusze. W zamian polska strona otrzymała kolejne, wydawać się mogło, cenne korzyści. „Trust, by wzmacniać zaufanie Oddziału II SGWP, który przynajmniej w początkowym okresie musiał być nieufny, pomimo uwiarygodnienia przez Estończyków i Drymmera, przekazywał informacje o sowieckich agentach, z których części udawało się udowodnić powiązania z GPU” – opisuje Świerczek.

Kompletnie zaślepieni

Pierwszym, który zaczął dostrzegać, że MOCR może nie być wcale tym, czym się Polakom wydaje, okazał się wysłany z misją do Moskwy przez Drymmera ppor. Władysław Michniewicz. Rozmowy z członkami podziemia i materiały, które mu dostarczali, budziły u młodego oficera coraz większe wątpliwości. Jego uwagę zwróciło to, że często zawierają informacje trudne do zweryfikowania lub już nieaktualne.

Ale dzwonek alarmowy w głowie Michniewicza zaczął dzwonić, gdy w połowie 1923 r. zameldował się po długim pobycie w ZSRR w Pałacu Saskim. Ze zdumieniem zauważył, iż do siedziby „Dwójki” bez zapowiedzi mogą wpadać emisariusze MOCR i że czują się tam jak u siebie. Umożliwiano im wgląd w pocztę dyplomatyczną MSZ, udostępniano też raporty słane z placówek w całej Europie, a poświęcone działalności rosyjskiej emigracji. Michniewicz wrócił do polskiej ambasady w Moskwie i tam napisał długie memorandum dla kierownictwa II Oddziału. Postawił w nim tezę, że polski wywiad padł ofiarą błyskotliwej operacji zaplanowanej przez OGPU. Bojąc się, iż pismo może wpaść w ręce wroga, przywiózł je osobiście do Warszawy.

Po zapoznaniu się z raportem kpt. Talikowski oskarżył podporucznika o kompletny brak wiarygodności, a zastępcy kapitana dodali zarzut tchórzostwa i dezercji. Michniewicza na 10 dni umieszczono w areszcie domowym, po czym karnie przeniesiono do służby w 45. Pułku Piechoty stacjonującym w Równem. Po tak skutecznej pacyfikacji jedynego człowieka okazującego wątpliwości już tylko cud mógł ocalić polski wywiad. Wydarzył się on wiosną 1927 r. Oto błyskotliwy agent z grup operacyjnej MOCR-Trust Eduard Opperput zakochał się i to z wzajemnością.

Tak przynajmniej twierdzi łotewski historyk Ēriks Jēkabsons i opisuje w opracowaniu „Eduard Opperput i jego rola w operacji sowieckiego wywiadu MOCR-Trust”. Obiektem afektu była córka carskiego gen. Aleksandra Kutiepowa. Gdy miłość rozkwitła, Opperput zdecydował się rzucić żonę oraz sowieckie tajne służby i zbiec z wybranką do Finlandii. „W kwietniu (1927 r. – red.) ten jeden z najważniejszych współpracowników (…) OGPU – wraz z kochanką, przez «okno» (przejście dla agentów) uciekł do Finlandii, od razu zgłaszając się do tamtejszych służb bezpieczeństwa, odkrywając prawdę o «Truście»” – pisze Jēkabsons.

Finowie szybko przekazali to, co zeznawał Łotysz tajnym służbom innych europejskich krajów, w tym polskim. Sowiecka perfidia zaszokowała kontrwywiady państw Europy Zachodniej. One również przez kilka lat dawały się wodzić za nos. Ale nawet rosyjskie organizacje emigracyjne nie poniosły z powodu operacji „Trust” strat porównywalnych z „Dwójką”. Ta utraciła na terenie Związku Radzieckiego całą agenturę. Sowieci zlikwidowali wszystkie polskie siatki szpiegowskie, a ambasadę i konsulaty otoczyli nadzorem.

W tym czasie w Warszawie na szefa Wydziału Wywiadowczego Oddziału II ppłk. Ludwika Bociańskiego spadł obowiązek posprzątanie po aferze. Podpułkownik, z pełną aprobatą przełożonych, zamiótł kompromitującą sprawę pod dywan i nikt z „Dwójki” nie poniósł konsekwencji. Czym nie dano zesłanemu do garnizonu w Równem ppor. Michniewiczowi powodów do gorzkiej satysfakcji. Jedynie Wiktor Drymmer został przeniesiony do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, tam szybko awansował na dyrektora wydziału personalnego MSZ.

Co do działalności „Dwójki” na terenie ZSRR, to „polski wywiad wojskowy został zreorganizowany i prowadził jedynie wywiad obserwacyjny, nasłuch radiowy oraz analizował jawne materiały prasowe i radiowe Związku Radzieckiego” – opisuje Wojciech Włodarkiewicz. Co oznaczało, iż strategiczne plany i cele polityczne sowieckich władz stały się dla Warszawy kompletną tajemnicą. Nie zmieniło się to aż do 17 września 1939 r. ©Ⓟ

Polska „Dwójka” połknęła przynętę i zaczęła sukcesywnie „łykać” specjalnie dla niej spreparowane informacje. Zamieniając się w najcenniejszą dla GPU zdobycz