Łączna wartość polskiego wsparcia rządowego, bez uwzględnienia wielomiliardowych sum wydanych na pomoc dla uchodźców, wyniosła w pierwszych dwóch latach wojny ok. 9 mld dol. – stwierdził w swoim exposé sejmowym minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. To znacznie więcej, niż przez ostatnie miesiące komunikowali przedstawiciele rządu, więc nieco zafrapowany tym nagłym wzrostem postanowiłem dopytać w MSZ.

W pierwszej rozmowie jeden z urzędników przyznał, że to jednak pomyłka i tak naprawdę chodzi o połowę tej kwoty. Później już oficjalnie dostałem taką odpowiedź: „podana przez Ministra R. Sikorskiego w exposé liczba 9 mld dol. obejmowała zarówno wartość polskiej pomocy dla Ukrainy przekazaną dwustronnie (ok. 4,5 mld dol.), jak i podobną sumę przekazaną za pośrednictwem instytucji europejskich (budżet UE, European Investment Bank, Macro-Financial Assistance). Ponieważ w tekście mowa jest o «wartości polskiego wsparcia rządowego» uznaliśmy, że wielkość tej pomocy precyzyjniej oddaje liczba 4,5 mld dol. Czyli tak naprawdę ta pomoc, którą przekazaliśmy Ukrainie, ma wartość nie 9, a 4,5 mld dol.”.

Najciekawsze jest to że, jak podaje MSZ, źródłem tych danych jest Kiloński Instytut Badań nad Gospodarką Światową. Abstrahując od tego, że urzędnicy mijają się z prawdą i nie potrafią ze zrozumieniem przepisać liczb, bo według tych danych pomoc bilateralna to 4,3 mld euro, a w ramach instytucji europejskich – 1,2 mld euro, czyli ok. 6, a nie 9 mld dol., to kilka kwestii może zadziwiać.

Po pierwsze, MSZ bazuje na danych zewnętrznych. Zaskakuje to, że MSZ nie jest w stanie wydobyć tych danych od polskich urzędników. Jeśli dodamy do tego, że sam Kiloński Instytut twierdzi, że Polska te dane pokazuje w sposób nietransparentny, to naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego urzędnicy korzystają z takiego źródła. Być może najprostszą jest tu odpowiedź najbardziej oczywista, czyli pewne lenistwo intelektualne.

Po drugie, to zdziwienie pogłębia się, jeśli pamiętamy, jak ewoluował sposób pokazywania danych w Ukraine Support Tracker. Prawie półtora roku temu pisałem tak: „Ten wskaźnik jest cytowany przez poważne światowe media, ostatnio chociażby przez BBC. Ale warto odnotować, jak zmienia się sposób prezentacji danych. Jeszcze kilka miesięcy temu mieliśmy np. rozróżnienie na zadeklarowaną pomoc militarną i tę faktycznie dostarczoną. Jeszcze w październiku 2022 r., w tej drugiej, bardziej oddającej stan rzeczy kategorii, Polska była na miejscu drugim po USA, Niemcy na piątym. My przekazaliśmy wówczas sprzęt o wartości 1,8 mld euro, Niemcy o wartości 600 mln euro. W najnowszych aktualizacjach już nie ma tego rozbicia i wychodzi na to, że Berlin zadeklarował pomoc militarną w wysokości ponad 2 mld euro, my wciąż 1,8 mld euro. Ile faktycznie Niemcy przekazali, nie wiadomo”. Jeszcze później instytut zaczął pokazywać „środki alokowane”. Tak czy inaczej, trudno oprzeć się wrażeniu, że wskaźniki zostały podrasowane po to, by Niemcy, gdzie instytut ma swoją siedzibę, wypadały lepiej.

Ale polityka Kilońskiego Instytutu to nic złego, tak naprawdę naszym niemieckim sąsiadom możemy tylko przyklasnąć i podziwiać ich za to, że swoją pomoc Ukrainie, która obecnie jest naprawdę imponująca, trzy–cztery razy większa niż ta z Polski, potrafią dobrze sprzedać na arenie międzynarodowej. W Polsce, mimo zmiany rządu, wciąż pokutuje przeświadczenie, że nie powinniśmy się tą pomocą chwalić. Wciąż nie doczekaliśmy się solidnego zestawienia mówiącego o tym, jak bardzo pomogliśmy Ukrainie po inwazji Rosji. A takie przydałoby się nie tylko na potrzeby naszych relacji z zachodnimi sojusznikami. Może miałoby też wpływ na podejście do Polski niektórych polityków z Kijowa. ©℗