Poprzedni rząd wydał na elektronikę w szkole kilka miliardów złotych. –PiS rozdawał laptopy jak zabawki– powiedziała w czwartek minister edukacji Barbara Nowacka. Wraz z wicepremierem i ministrem cyfryzacji Krzysztofem Gawkowskim zdecydowali, że w 2024 r. zakupu laptopów dla czwartoklasistów nie będzie.

Do końca czerwca oba resorty i Instytut Badań Edukacyjnych mają przygotować za to koncepcję nowego programu, który zapewni dzieciom urządzenia mobilne. Ten, który zostawił w spadku rząd Prawa i Sprawiedliwości, okazał się jednym z największych problemów nowych ministrów.

Metoda startupowa

Jest koniec stycznia 2023 r. Premier Mateusz Morawiecki zwołuje konferencję prasową, której temat prawie do końca jest tajemnicą. Sprawa budzi ekscytację w jego obozie. Zaledwie pięć dni wcześniej rozmawiamy z pełnomocniczką premiera ds. GovTech Justyną Orłowską. Kiedy pytamy ją o zakupy sprzętowe dla szkół, usztywnia się. Mówi nam jedynie to, że rząd szykuje prawdziwe fajerwerki. Musimy tylko trochę poczekać.

Premier w końcu staje przed dziennikarzami i zapowiada: – Począwszy od września tego roku, wszyscy uczniowie czwartej klasy otrzymają nieodpłatnie laptopy, które będą służyły im przez kolejne lata edukacji. W tym roku sprzęt trafi do 370 tys. uczniów.

Plan zakupu laptopów to bomba. Jego koszty oszacowano na ponad 1 mld zł, który ma pochodzić z Krajowego Programu Odbudowy. Problem w tym, że unijny przelew nigdy nie dociera. Od urzędników Komisji Europejskiej słyszymy bowiem, że nie da się zakwalifikować finansowania sprzętu dla uczniów jako wydatku z KPO. Jak to możliwe, że nikt wcześniej tego nie zauważył? Punkt C.2.1.2. KPO mówi, że celem są „nowe komputery przenośne do dyspozycji uczniów”. Do 2025 r. planuje się zakupić 750 tys. urządzeń. Ze szczegółowego opisu wynika, że zostaną one dostarczone do szkół na użytek uczniów. Nie ma tam wprost nic o tym, że laptopy trafią na własność do dzieci. Decyzję w tej sprawie miał osobiście podjąć premier.

Podczas ogłoszenia programu Morawiecki tłumaczy, że chodzi o niwelowanie nierówności. – Są przyczyną straconych szans, utraconych talentów, także przyczyną wielu tragedii. Staramy się na wszystkie możliwe sposoby te nierówności wyrównywać – przekonuje Morawiecki. W jaki sposób laptopy zniwelują nierówności i jakie? Tego już nikt nie wyjaśnia. Minister rządu PiS nazywa to podejście „metodą startupową”: wrzucamy rozwiązanie i sprawdzamy, co się stanie.

Taką samą metodę zastosowano w przypadku wcześniejszego programu – zakupu laptopów, tabletów i komputerów stacjonarnych dla dzieci z terenów popegeerowskich. Gminy, w których funkcjonowały państwowe gospodarstwa rolne, łącznie wydały pół miliarda złotych na prawie 220 tys. urządzeń. Podobnie jak w przypadku Laptopa dla ucznia chodziło tu o wyrównywanie szans. Czy rzeczywiście udało się to osiągnąć? Nie wiemy. Nie określono wymiernych celów programu. O ewaluacji i jej wynikach nie dostajemy informacji. Wiemy natomiast, że przedsięwzięcie dało politykom PiS okazję, by podpromować się w swoich okręgach wyborczych. Na specjalnych spotkaniach czy akademiach sprzęt rozdawali m.in. Marlena Maląg, Paweł Szefernaker, Paweł Hreniak i Grzegorz Piechowiak, czyli osoby, które z cyfryzacją czy edukacją nie miały dotąd wiele wspólnego. Sytuacja powtórzyła się zaraz przed wyborami, kiedy rozdawano laptopy dla czwartoklasistów. Zajmowała się tym osobiście m.in. wiceminister sportu Anna Krupka.

Technooptymizm

Takie podejście do inwestycji w sprzęt nie spodobało się w Komisji Europejskiej. Jej urzędnicy podkreślają, że kolejność powinna być taka: najpierw strategia, a dopiero potem zakupy. To jeden z kamieni milowych KPO.

Resort edukacji przedłożył strategię dopiero 9 listopada 2023 r., dwa tygodnie po przegranych wyborach. Prekonsultacje „Polityki transformacji cyfrowej edukacji” trwały do 8 grudnia. Ponieważ 27 listopada rząd Morawieckiego został odwołany, kończył je już kolejny – gabinet dwutygodniowy. Od powołania rządu Donalda Tuska minęło prawie dwa miesiące, ale dokument nadal formalnie nie został przyjęty.

Co ciekawe, w „Polityce transformacji cyfrowej edukacji” są fragmenty, które podają w wątpliwość sens zakupu laptopów dla uczniów. W dokumencie czytamy, że „nawet tam, gdzie komputery są wykorzystywane w klasie, ich wpływ na wyniki uczniów jest zróżnicowany, by nie powiedzieć: mniejszy od oczekiwań. Uczniowie, którzy w umiarkowanym stopniu korzystają z urządzeń komputerowych w szkole, osiągają zazwyczaj nieco lepsze wyniki w nauce niż ci rzadko korzystający. Z kolei użytkownicy często korzystający z komputerów w szkole wcale nie osiągają oczekiwanych efektów uczenia się, nawet po uwzględnieniu tła społecznego i warunków demograficznych. Nie zaobserwowano również znaczącej poprawy wyników uczniów w zakresie czytania czy umiejętności matematycznych w krajach, które zainwestowały w technologie informacyjno-komunikacyjne w edukacji”. W kolejnym akapicie pojawia się już retoryka życzeniowa znana z wystąpień premiera Morawieckiego: „Zakładamy natomiast, że powszechne dostarczenie technologii uczniom i nauczycielom we wszystkich regionach kraju pomoże w redukowaniu różnic w poziomach umiejętności uczniów z rodzin uprzywilejowanych i społecznie pokrzywdzonych”.

Szwecja, która niegdyś była prekursorem cyfryzacji w szkołach – np. wczesnego wprowadzania tabletów – zapowiedziała powrót do papierowych książek i testów wypełnianych ołówkiem

W lutym 2023 r. list otwarty w sprawie laptopów dla dzieci pisze Wiesław Paluszyński, wiceprezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji. „Gdy decydujemy się kupić wszystkim dzieciom z jednego rocznika za publiczne pieniądze komputery, powinniśmy mieć kompleksowy program wsparcia tego działania przez szkolenie nauczycieli i edukację rodziców. To najważniejsza i decydująca o sukcesie przedsięwzięcia cywilizacyjnego część projektu. Komputer powinien trafić do przygotowanego do jego wykorzystania środowiska szkoły. Powinien mieć zainstalowane oprogramowanie, które w tym procesie będzie wykorzystywane i elementy zapewniające bezpieczeństwo jego młodego użytkownika w środowisku sieciowym” – dowodzi Paluszyński.

Brak strategii cyfryzacji oświaty to nie koniec problemów. Z pisma, do którego dotarły dziennikarki TVN24 (a DGP pisał o jego istnieniu tydzień wcześniej), wynika, że KE oficjalnie poinformowała rząd, iż projekt „Laptop dla ucznia” nie może zostać sfinansowany z KPO w zaproponowanym kształcie. Pojawiają się nowe zastrzeżenia. Dotyczą one m.in. ministerialnego rozporządzenia o minimalnych wymogach sprzętowych dla urządzeń używanych w szkołach. Pada też sugestia, że jakiś sprzęt powinien trafić też do placówek ponadpodstawowych. Do resortów edukacji i cyfryzacji pismo nadchodzi w fatalnym momencie – w dniu odwołania rządu Mateusza Morawieckiego. Jak zapewnia Janusz Cieszyński, nie zdążył się o nim dowiedzieć.

Przejmując stery w Ministerstwie Cyfryzacji, Krzysztof Gawkowski też nie wie o dokumentach. Dzień po zaprzysiężeniu rządu ogłasza więc, że zamierza nadal rozdawać laptopy dzieciom. Pomysł jest taki, by uzupełnić zakupy sprzętu o edukacyjne komponenty, których nie uwzględnili poprzednicy. Wkrótce minister odkrywa jednak, że to tykająca bomba.

Pułapka na słonie

Nie ma pieniędzy na laptopy dla uczniów – mówi nam 20 stycznia wicepremier Gawkowski. Tydzień później w Radiu Zet potwierdza to szefowa resortu edukacji Barbara Nowacka.

Poprzednie kierownictwo MC uregulowało faktury za komputery dzięki mechanizmowi prefinansowania Polskiego Funduszu Rozwoju. Plan był taki, że kiedy problemy z Komisją się rozwiążą, a do Polski trafią fundusze z KPO, rząd zwróci pieniądze PFR.

Ponieważ Bruksela podważyła sens całego przedsięwzięcia, wicepremier i minister edukacji są w pułapce. Z jednej strony nie mają za co zrobić sprzętowych zakupów, bo nie zapisano na to pieniędzy w budżecie, z drugiej – muszą dostarczyć czwartoklasistom sprzęt do końca września. Zobowiązuje ich do tego ustawa przyjęta w lipcu 2023 r. Można by ją nowelizować, ale będzie wymagała podpisu prezydenta. A trudno zakładać, że Andrzej Duda zgodzi się na anulowanie całego programu. Poza tym ministrowie staliby się łatwym celem PiS. Raz, że Krzysztof Gawkowski i Barbara Nowacka osiem miesięcy temu sami zagłosowali za ustawą. Dwa – chodzi w końcu o szczytny cel. W takie tony zaczął już zresztą uderzać były minister edukacji Przemysław Czarnek. „Macie na rozmaite głupoty, typu niemal dwukrotne zwiększenie liczebności kierownictwa w MEN i MNiSW, co kosztuje podatników grube miliony rocznie, a na laptopy dla dzieci nie macie?” – dopytywał na portalu X (dawniej Twitter).

Ale sytuację można też zinterpretować inaczej. Owszem, ministrowie znaleźli się w pułapce, ale nie z powodu działań PiS, lecz z braku woli politycznej we własnym obozie. Można by przecież uciec się do mechanizmu prefinansowania wymyślonego przez poprzednią władzę. Sugerował to zresztą Janusz Cieszyński. Zwracał też uwagę, że termin na rozliczenie laptopowego kamienia milowego mija w 2025 r., więc jest jeszcze czas, żeby porozumieć się z Komisją Europejską i wprowadzić korekty do programu. To, czy pieniądze na laptopy się znajdą, czy nie, zależy ostatecznie od premiera i ministra finansów.

Laboratoria PR

Laptopy dla czwartoklasistów czy komputery dla dzieci z gmin popegeerowskich to tylko część inwestycji w elektronikę dokonanych przez rząd Mateusza Morawieckiego. Od 2021 r. 1,2 mld zł poszło również na Laboratoria Przyszłości. To program, który miał wyposażyć szkoły w nowoczesne urządzenia – z jednej strony drukarki 3D, kamery, aparaty fotograficzne, z drugiej – lutownice czy maszyny do szycia.

Pieniądze na zakupy trafiały do szkół za pośrednictwem samorządów, a wysokość dofinansowania zależała od liczby dzieci w placówce. Można było dostać od 30 tys. zł to 300 tys. zł. Program wzięła pod lupę Najwyższa Izba Kontroli (nie ma jeszcze wyników), a raport o efektach programu przygotowała fundacja EdTech Poland, której wiceprezes Rafał Lew-Starowicz w 2021 r. przez pół roku jednocześnie był zatrudniony jako zastępca dyrektora w Ministerstwie Edukacji i Nauki. EdTech Poland do końca kadencji ściśle współpracowała z resortem Przemysława Czarnka.

W reporcie „Laboratoria przyszłości z perspektywy szkoły” czytamy, że tylko połowa badanych przeszła szkolenia z obsługi sprzętu. Autorzy zauważają też, że choć wśród celów programu wymieniano „wprowadzenie do szkół nowoczesnych, interdyscyplinarnych zajęć w zakresie STEAM, rozwój kompetencji przyszłości wśród uczniów”, to resort edukacji nie opublikował szczegółowych wyjaśnień, czym właściwie są te kompetencje przyszłości.

Dalej czytamy, że wedle oceny części szkół program realizowano na wariackich papierach: „Tryb ogłoszenia i terminy wyboru wyposażenia był zbyt krótki. W wybór sprzętu zaangażowaliśmy prawie wszystkich nauczycieli. Proces wyboru miał prawie chaotyczny przebieg. Nagle trzeba było zweryfikować posiadane zasoby, następnie znaleźć firmę która dysponowałaby potrzebnymi zasobami. Przebrnąć przez zamówienia publiczne, zamówić sprzęt, który nas interesuje i to wszystko w iście wariackim tempie. Przy tak licznych zamówieniach firmy pozbyły się zalegających śmieci w magazynach, których nikt nie chciał kupić, bo nie odpowiadały potrzebom. My nie mieliśmy specjalnego wyboru, bo trzeba było zamówić wszystko do końca roku” – mówił jeden z ankietowanych uczestników programu. Jesienią 2022 r., kiedy sporządzano raport, 10 proc. placówek deklarowało, że nie korzysta z zakupionego sprzętu.

Drugi filar projektu to mobilne laboratoria przyszłości – 16 busów, którymi podróżowali edukatorzy, oferując m.in. szkolenia dla nauczycieli. Projektem zajmowały się Instytut Badań Edukacyjnych, Ośrodek Rozwoju Edukacji, a później również Centrum GovTech. Ta ostatnia to instytucja kultury, którą powołał w czerwcu 2023 r. Przemysław Czarnek. W grudniu nowy minister nauki Dariusz Wieczorek poinformował o planie likwidacji GovTech, tłumacząc, że miała to być szalupa ratunkowa dla ludzi PiS. W ubiegłym tygodniu szef instytucji Antoni Rytel został zwolniony dyscyplinarnie za przekroczenie uprawnień. Mimo zakazu wydanego przez Wieczorka w grudniu podpisał akt notarialny zakupu nieruchomości w centrum Warszawy. Lokal był wart 9,5 mln zł. Co ciekawe, wpisu do księgi wieczystej nieruchomości dokonano ostatniego dnia roboczego 2023 r. – 29 grudnia o 15.49.

Centrum GovTech

Cyfryzacyjne inicjatywy ministerstwa kierowanego przez Przemysława Czarnka obrosły rozległą siecią ludzi i instytucji. Przed objęciem posady dyrektora Centrum GovTech Antoni Rytel był pełnomocnikiem ministra ds. transformacji cyfrowej. Michał Przymusiński najpierw pełnił funkcję wicedyrektora programu GovTech w kancelarii premiera (to jeszcze inna jednostka niż instytucja kultury o tej samej nazwie), by potem przenieść się na stanowisko zastępcy dyrektora IBE ds. cyfryzacji, edukacji i nauki. Wicedyrektor Centrum GovTech Wojciech Janek również pracował jako wicedyrektor w programie GovTech, a następnie w Centrum Rozwoju Przemysłów Kreatywnych. To także instytucja kultury. Założył ją w maju 2022 r. Piotr Gliński, poprzedni szef resortu kultury. W marcu 2023 r. MEiN otworzyło swoją przestrzeń wystawową w siedzibie centrum przy ul. Mińskiej w Warszawie.

Wszystkie te podmioty prowadziły projekty cyfryzacyjne. Jak wynika z audytu, który minister Nowacka zleciła w Instytucie Badań Edukacyjnych Ośrodkowi Przetwarzania Informacji, w latach 2022–2023 na projekty przeznaczono tam 40 mln zł. Podpisano też kolejną umowę, opiewającą na 47 mln zł. W ocenie Macieja Jakubowskiego, nowego dyrektora IBE, można mówić co najmniej o niegospodarności. Przykład? Za PiS IBE wynajęło do obsługi pionu cyfryzacyjnego dodatkowe biuro. W sumie ponad 700 m kw. przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie. Koszt najmu to 100 tys. zł miesięcznie. Sęk w tym, że biuro świeciło pustkami – m.in. dlatego, że duża część osób zatrudnionych przy projektach to zewnętrzni współpracownicy. Chodzi zwłaszcza o informatyków.

Jak mówi wiceminister nauki Maria Mrówczyńska, audyt wykazał, że zamówione projekty nie zostały zrealizowane. Mimo obietnic nie uda się na razie uruchomić systemu, który miał być czymś na wzór platformy Pacjent.gov dla edukacji, czyli Moje Indywidualne Konto Edukacyjne (MIKE) i portal Edukacja.gov.pl. Wciąż brakuje im wymaganych funkcjonalności. Co innego słyszymy jednak od osób, które nad nowymi systemami pracowały.

We wtorek poprosiliśmy o udostępnienie dokumentacji, na podstawie której minister Nowacka oceniła działalność instytutu. W IBE usłyszeliśmy, że nie dysponują raportem na ten temat. W Ośrodku Przetwarzania Informacji – że został on wysłany do resortu nauki i że to on powinien nam go przesłać. Ministerstwo jednak milczy.

Faktem jest, że w IBE zalega nieużywany sprzęt kupowany przez pracowników. Nie ma inwentaryzacji urządzeń. Nie wiadomo, do której z licznych instytucji orbitujących wokół resortu Przemysława Czarnka należą. Nikt też nie korzysta np. z pracowni Minecrafta, do której – wedle zamysłu poprzedniej ekipy – mieli przychodzić na warsztaty uczniowie. Słyszymy, że byli może z pięć razy.

Szwedzki odwrót

W czasie, kiedy Polska uruchamiała kolejne cyfryzacyjne programy, ciekawe informacje nadeszły ze Szwecji. Wiosną ub.r. nastąpił tam radykalny zwrot w podejściu do wykorzystania narzędzi informatycznych w edukacji. Kraj, który niegdyś był prekursorem cyfryzacji w szkołach – np. wczesnego wprowadzania tabletów – zapowiedział powrót do papierowych książek i testów wypełnianych ołówkiem. – Szwedzcy uczniowie potrzebują więcej podręczników – ogłosiła minister ds. szkół Lotta Edholm. W rozmowach z dziennikarzami podkreślała, że nadużywanie urządzeń cyfrowych może się przyczyniać do obniżenia podstawowych kompetencji uczniów. Z międzynarodowego badania umiejętności czytania ze zrozumieniem u 10-latków (Progress in International Reading Literacy Study – PIRLS) wynika, że w ciągu pięciu lat liczba dzieci z trudnościami w tej dziedzinie wzrosła w Szwecji z 12 proc. do 19 proc. Tamtejsze władze uważają, że jedną z przyczyn może być właśnie zbyt duży nacisk na narzędzia cyfrowe w kształceniu. Nadużywanie ekranów może też negatywnie wpływać na naukę podstawowych przedmiotów akademickich.

Odwracanie cyfryzacji szkoły w ubiegłym roku kosztowało rząd w Sztokholmie 58 mln euro, a w 2024 r. mają na to pójść kolejne 44 mln euro. ©Ⓟ