Z debatą przedwyborczą jest trochę jak z wyborami samorządowymi – każdy może ogłosić się zwycięzcą. Gdyby więc zapytać dziś, kto wygrał wczorajsze starcie, każdy będzie miał swojego faworyta.

Na początek ciekawostka: gdyby literalnie spisać treść wszystkich sześciu pytań-felietonów, które padły we wczorajszej debacie TVP, zajęłyby one mniej więcej tyle, ile tekst, który państwo właśnie czytają. Felietonów, bo odtwórczo rozwijały pytania referendalne zgodnie z obowiązującym w TVP kluczem.

Pojedynek samców alfa, na którym skorzystali pozostali

Inna sprawa, że od samej debaty ciekawsze okazało się to, co działo się przed nią, a więc spekulacje, kto na nią przyjdzie, a kto nie. Bo jeśli debata czymś zaskoczyła, to brakiem zaskoczeń. Na szczęście nie doszło do żadnych ekscesów na terenie TVP, czego obawiał się sztab PO. Sami uczestnicy też zbytnio nie zaskoczyli, a Tusk i Morawiecki bohatersko odegrali role, które znamy z kampanii. Na pierwszym planie mieliśmy więc pojedynek dwóch samców alfa ze słabszymi momentami („pięć na jednego, banda rudego” – to Morawiecki, albo „Pinokio” – to Tusk) i bardziej wyrazistymi (Tusk o Saudach, którzy za polską rafinerię zapłacili mniej niż za piłkarza Ronaldo, albo Morawiecki mówiący, że jak wróci Tusk, będzie jak w Lidlu – w ramach „tygodnia niemieckiego” sprzedamy linie lotnicze Niemcom, a w „tygodniu francuskim” linie energetyczne Francuzom).

Na przepychankach Morawieckiego i Tuska skorzystali pozostali. Szymon Hołownia ma największe doświadczenie telewizyjne i je wykorzystał, łącząc przekaz programowy z komentowaniem przebiegu debaty. Precyzyjnie odmierzone dawki wiedzy o programie Lewicy serwowała Joanna Scheuring-Wielgus, a Krzysztof Bosak reprezentował swój zwykły sprawny poziom. Nawet Krzysztof Maj z Bezpartyjnych Samorządowców miał swoje pięć czy raczej siedem minut. W rezultacie w zasadzie każdy mógł wyjść ze studia zadowolony, że osiągnął cel minimum. Tusk dotarł do widzów TVP z przekazem KO i ofertą zmiany oraz rzucił PiS wyzwanie do kolejnej debaty, Mateusz Morawiecki pokazał, że bezpardonowo ściera się z Tuskiem, a pozostali mieli szansę pokazać się na tle przedstawicieli największych ugrupowań jako politycy merytoryczni.

Nieoczekiwane wydarzenia

Nic jednak nie wskazuje na to, by debata – pewnie jedyna w tej kampanii z udziałem przedstawicieli wszystkich ogólnopolskich komitetów – miała zdecydować o wyborczym wyniku. Co dalej?

Kampanijna dynamika ma to do siebie, że nie na wszystkie wydarzenia politycy mają wpływ. Gdy w tym okresie dzieje się coś niespodziewanego, najczęściej efekt może być taki, że jedna strona politycznego sporu na tym zyskuje, a druga traci. Niedawne obrazki z paryskich ulic, na których doszło do zamieszek, w istotny sposób podbiły narrację PiS dotyczącą zbyt liberalnej polityki migracyjnej. Ale gdy wybuchła afera wizowa, karty się odwróciły, bo wyszło na jaw, że o restrykcyjnej polityce migracyjnej PiS przede wszystkim mówi, a w praktyce ma bardzo liberalne podejście do wpuszczania na Stary Kontynent cudzoziemców. Teraz wszyscy jesteśmy zszokowani wydarzeniami z Izraela, a niektórych kandydatów już korci, by zrobić z tego użytek w kampanii wyborczej. „Zmaltretowana przez Hamasowców kobieta na zdjęciu to 30-letnia Niemka Shani Louk, która przyjechała do Izraela na festiwal muzyczny. Jeżeli nie chcecie takich rzeczy w Polsce, to idźcie na referendum” – pisze na portalu X Aleksandra Kuź, kandydująca z list PiS.

Pytanie też, czy i jak w kampanii będzie rezonować afera pokazująca prawdziwe oblicze znanych YouTuberów. Z jednej strony premier zapowiedział już twarde rozliczenie winnych wykorzystania nieletnich dziewczyn, z drugiej Donald Tusk punktuje, że PiS nie potrafił przez pół roku powołać nowego szefa państwowej komisji ds. zwalczania pedofilii.

Błędy na finiszu

Ostatni tydzień kampanii to napięcie na najwyższym poziomie i myślenie o tym, by nie popełnić błędu. Spektakularna wpadka w końcówce kampanii może zepsuć wrażenie budowane przez kilka tygodni. Jeszcze niedawno widzieliśmy skutki kampanijnego przemęczenia w PiS. Kilkukrotnie czy to Mateusz Morawiecki, czy Jarosław Kaczyński popełniali językowe gafy. Ten pierwszy powiedział m.in. że, „katastrofą byłby powrót PiS do władzy”, a drugi namawiał do głosowania w referendum „cztery razy tak”. Oba wydarzenia były czytelnymi przejęzyczeniami, ale opozycja może je nagłaśniać i szukać punktów. Kłopotem na finiszu dla PiS może być rozlewanie się „awarii dystrybutorów”. Z kolei politycy opozycyjni muszą uważać na słowa, mówiąc o partnerach z innych ugrupowań, ponieważ dopiero co udało się pokazać, że opozycja już się nie kłóci. Jedno, dwa ostre słowa mogą to wrażenie pogrzebać razem z szansami na wygraną.

Efekt „wagonika z orkiestrą”

Obecne sondaże pokazują malejący dystans między PiS a KO. Cel KO to tzw. mijanka, czyli wyjście na pierwsze miejsce, dla PiS jest nim obrona pozycji lidera. W tym przypadku chodzi nie tylko o prestiż. Oprócz liczby mandatów korzyści mogą być dwie. Pierwsza to efekt „wagonika z orkiestrą”, czyli przyłączenie się niezdecydowanych wyborców do zwycięskiej opcji. Ostatni sondaż United Surveys dla DGP i RMF FM z zeszłego tygodnia pokazywał, że jest ich ponad 5 proc. Nawet 2 pkt proc. z tego będą nie do pogardzenia, jeśli faktycznie odległość PiS od KO będzie niewielka. Druga to inicjatywa przy tworzeniu rządu, bo Andrzej Duda już zapowiedział, że postąpi zgodnie z tradycją, desygnując kandydata ze zwycięskiego ugrupowania. Dlatego komunikat o nadchodzącym zwycięstwie słyszymy jednocześnie i z PiS, i z KO. ©℗