Najnowszy sondaż United Surveys dla DGP i RMF FM pokazuje względnie stabilną sytuację na polskiej scenie politycznej, ale ten spokój może zbyt długo nie potrwać. Gdyby wyniki aktualnego sondażu przełożyć na podział mandatów (wykorzystaliśmy do tego kalkulator opracowany przez prof. Jarosława Flisa), to klub PiS mógłby liczyć na 212 mandatów. Z kolei koalicja anty-PiS ‒ złożona z KO, Lewicy i Polski 2050 (ludowcy nie przekraczają w badaniu progu wyborczego) ‒ miałaby ich 223 lub 248, gdyby doliczyć Konfederację.
Jak podzielić tort
Przeliczyliśmy też inne warianty, np. uwzględniając, że PSL jednak wejdzie do Sejmu (dodaliśmy do wyniku ludowców 0,5 pkt proc. i tyle samo odjęliśmy od wyniku KO ‒ jako rezultat przepływu elektoratu). W takiej sytuacji PiS miałby 209 miejsc w izbie niższej, a opozycja (bez Konfederacji) ‒ 228.
Zbadaliśmy też dwa warianty konsolidacji opozycji. Gdyby PL2050 i PSL poszły razem, miałyby 14 proc. i 68 mandatów, ale co bardziej istotne ‒ opozycja anty-PiS jako całość miałaby 237 szabel. Z kolei w wariancie maksymalnym, gdyby wynikające z sondażu poparcie przełożyć na jeden opozycyjny blok KO, Lewicy, Hołowni i ludowców ‒ mandatów byłoby 260.
Tyle że to czysta kalkulacja, nieuwzględniająca pewnych czynników, jak np. tego, komu prezydent powierzy misję sformowania rządu i jak w związku z tym mogłyby przebiegać negocjacje.
Z wyniku sondażu wydaje się zadowolony rzecznik rządu Piotr Müller. ‒ To stabilne poparcie, ale jesteśmy na półmetku rządów, w związku z tym nie wpływa to na jakieś rozstrzygnięcia, bo nie mamy wyborów ani ich nie planujemy. Sądzę, że po zasadniczej fazie pandemii czy po antyrządowej narracji o wyjściu Polski z UE, taki wynik jest generalnie dobry, ale stać nas na więcej. Jeśli dobrze poprowadzimy w pierwszym półroczu 2022 r. narrację w zakresie komunikacji rzeczywistych efektów Polskiego Ładu, to mamy szansę na odbicie ‒ ocenia. Inaczej sytuację ocenia opozycja. ‒ Na polityce polexitowej nie zyskuje PiS, a z opozycji głównie PO. Mam świadomość, że im bardziej zjednoczona opozycja, tym większa premia za jedność. To efekt d’Hondta, w którym te same głosy działają inaczej, jeśli ugrupowań jest wiele lub wszyscy są na innej liście ‒ podkreśla Jan Grabiec, rzecznik PO.
‒ Już tyle razy my jako naród czy demokracja byliśmy w śmiertelnym zagrożeniu, że dziś np. polexit niespecjalnie robi na kimś wrażenie. Sądzę, że wyborcy oczekują, co stanie się dalej ‒ komentuje z kolei socjolog polityki prof. Jarosław Flis. Jego zdaniem nie można jednak z góry zakładać, że ta sytuacja utrzyma się do końca kadencji, choćby dlatego że PiS ma chybotliwą większość w Sejmie.
Zmiana wyborczych zasad
Na dłuższą metę sytuację może diametralnie zmienić ewentualna modyfikacja ordynacji wyborczej do Sejmu. Wczoraj prace ‒ z inicjatywy Pawła Kukiza ‒ rozpoczął Parlamentarny Zespół ds. Zmiany Ordynacji Wyborczej na Ordynację Mieszaną. Zasiada w nim 13 parlamentarzystów PiS, trzech od Kukiz’15, po jednym z Koalicji Polskiej-PSL i Polski2050 oraz dwójka działaczy koła poselskiego „Polskie sprawy”. W pracach nie zamierza brać udziału PO, która traktuje je z dużą rezerwą. ‒ To realizacja porozumienia Kaczyńskiego z Kukizem, a my nie chcemy brać udziału w tego rodzaju przedsięwzięciu ‒ Paweł Kukiz może otworzyć PiS drogę do zmian, na które ani on, ani tym bardziej my nie mamy ochoty ‒ zauważa Jan Grabiec.
Powołanie zespołu z udziałem polityków partii rządzącej to kolejny element ‒ po ustawie antykorupcyjnej ‒ jej współpracy programowej z Pawłem Kukizem. To on bowiem zabiega o zmianę ordynacji ‒ najchętniej wprowadziłby jednomandatowe okręgi wyborcze (JOW), jednak jak sam przyznaje, to mało prawdopodobny wariant. ‒ Dlaczego politycy nie chcą JOW? Gdy ich o to pytałem, to w 80‒90 proc. odpowiadali, że jeśli ordynacja będzie inna niż partyjna, to my nie wejdziemy do parlamentu ‒ mówi DGP Paweł Kukiz. Nasz rozmówca spodziewa się, że do końca kadencji zespół wypracuje nowy model ordynacji. ‒ Takiej, która każdemu obywatelowi nada indywidualne bierne prawo wyborcze w wyborach do Sejmu ‒ zaznacza Kukiz.
Od rozmówcy z rządu słyszymy, że jeden z analizowanych wariantów zakłada połowę posłów wybieraną według ordynacji większościowej, a drugą połowę ‒ według proporcjonalnej. Żadne decyzje jeszcze jednak nie zapadły, zespół parlamentarny ma pracować maksymalnie przez rok.
Kiedy zmiany?
Sama ustawa w optymalnym wariancie zostałaby uchwalona do końca kadencji, ale wybory w 2023 r. odbyłyby się jeszcze według obecnej ordynacji.
‒ Jeśli takie zmiany wejdą w życie, to myślę, że najwcześniej w 2027 r., czyli za dwie kadencje ‒ przyznaje polityk PiS. ‒ Pamiętajmy jednak, że będzie to dość ryzykowny eksperyment, którego skutki będą trudne do przewidzenia. Nie wiadomo, jaki da to efekt wyborczy oraz jak takie zmiany przyjmą struktury ‒ dodaje.
Jeden z naszych rozmówców przekonuje, że na razie lider PiS Jarosław Kaczyński ostrożnie podchodzi do kwestii zmian w ordynacji. ‒ Ale jeśli faktycznie to jego ostatnia kadencja w roli czynnego polityka, to może wyjść z założenia, że dlaczego by tej ordynacji nie zmienić na potem? Wtedy być może utrudniłby życie swoim przeciwnikom i wymusił współpracę wśród swoich następców - dodaje.
To, jak różnego rodzaju ordynacje potrafią wpłynąć na podział mandatów, w 2017 r. przeliczył Jarosław Flis na podstawie wyników wyborów z roku 2015. I tak w myśl obecnej ordynacji PiS otrzymał wtedy 235 mandatów. Gdyby zastosować ordynację mieszaną w różnych wariantach, to PiS miałby 213 mandatów (wariant niemiecki), 233 (badeński), 257 (węgierski) lub 287 (rosyjski).
‒ Wszystko więc zależy od szczegółowych rozwiązań, a one mogą się różnić od siebie jak ser pleśniowy od sera spleśniałego ‒ wskazuje Jarosław Flis. ‒ Rozumiem argumenty Pawła Kukiza, ale nasza ordynacja wymaga korekt z innego powodu. Sprawia ona bowiem, że jedynym realnym przeciwnikiem dla posłów są koledzy z tej samej listy. To wymusza gromadzenie się we frakcje i obniża szanse wielu innych naganiaczy, których partie wciągają na listy ‒ ocenia ekspert.
Dziennik Gazeta Prawna - wydanie cyfrowe