Niewątpliwie udostępnienie Australijczykom amerykańskiej technologii nuklearnej znacznie zwiększy ich możliwości wojskowe, bo atomowe okręty podwodne są w stanie operować dalej, dłużej i dyskretniej niż konwencjonalne. Przy okazji jest też ważnym gestem symbolicznym, wzmacniającym międzynarodową pozycję Canberry i wewnętrzną pozycję rządu Scotta Morrisona. A prawie pewne, że za tą umową pójdą kolejne etapy współpracy Australijczyków z Londynem i Waszyngtonem (premier Boris Johnson zdążył już wspomnieć o kooperacji w zakresie m.in. cybernetyki, sztucznej inteligencji i obliczeń kwantowych).
W połączeniu z rozwojem formuły QUAD (24 września w Waszyngtonie spotykają się przywódcy USA, Australii, Japonii i Indii) oraz podtrzymaniem bardzo efektywnej wspólnoty wywiadowczej Five Eyes (w której poza Amerykanami, Australijczykami i Brytyjczykami aktywnie uczestniczą też Nowa Zelandia i Kanada), a także systemem porozumień bilateralnych, zawieranych ostatnio przez Stany Zjednoczone nawet z tak trudnymi partnerami jak Wietnam czy Indonezja – tworzy to w rejonie Indo-Pacyfiku całkiem solidną infrastrukturę bezpieczeństwa. W jej obliczu Pekin musi się bardzo poważnie zastanowić, gdyby przyszła mu ochota przejść od wojen handlowych czy informacyjnych do działań kinetycznych.
Na razie jednak (nie zaniedbując bynajmniej zbrojeń, w tym nuklearnych) chińscy komuniści stawiają na bardziej subtelne narzędzia. Pewnie za chwilę się przekonamy, jak spróbują ukarać Australię. Pozornie oczywista koncepcja, czyli zaostrzenie sankcji gospodarczych, może się okazać bronią obosieczną: co prawda dostawy na rynek chiński stanowią obecnie aż 35 proc. australijskiego eksportu, ale Canberra, gdy zostanie zmuszona, jest w stanie poszukać alternatywnych kierunków. Natomiast ChRL ma niewiele konkurencyjnych opcji, np. jeśli chodzi o zakupy rudy żelaza (z własnych kopalni pokrywa zaledwie 15 proc. zapotrzebowania, a drugi światowy potentat, czyli Brazylia, wcale może nie chcieć wchodzić mocniej w ryzykowny politycznie biznes z Państwem Środka i narazić się Amerykanom).
Interesujące tło dla tej rozgrywki tworzy też, ogłoszona oficjalnie w czwartek, chińska chęć przystąpienia do transpacyficznej strefy wolnego handlu (CPTPP). Byłoby to dla gospodarki tego kraju niezwykle intratne, ale zgodę muszą wyrazić dotychczasowi członkowie, w tym m.in. Australia. Swoją drogą, dzień po kontynentalnych Chinach swoje starania o akces zapowiedział Tajwan. Ciekawe, które z dwóch państw chińskich wybiorą teraz kraje partnerskie strefy, w tym Japonia (która niedawno ogłosiła, że bezpieczeństwo wyspiarskiej Republiki Chińskiej ceni sobie prawie jak własne) oraz Kanada (której ChRL raz po raz wchodzi w szkodę). Zwłaszcza mając świadomość, że to przecież dopuszczenie 20 lat temu do członkostwa w Światowej Organizacji Handlu i do wynikających z tego korzyści zapoczątkowało i umożliwiło Chinom prowadzenie tak ambitnej polityki globalnej, a w konsekwencji rzucenie wyzwania całemu Zachodowi. Realistycznie: najpewniej można obstawić wariant przeciągania negocjacji i traktowania ich jako użytecznej „marchewki”.
O pozycję przetargową Australii w relacjach z Pekinem można w tej sytuacji być dość spokojnym. Natomiast towarzyszące powstaniu AUKUS zerwanie przez Canberrę kontraktu z francuską Naval Group na budowę konwencjonalnych okrętów podwodnych wprowadzi pewnie zamieszanie w relacje Stanów Zjednoczonych nie tylko z Paryżem, ale całą Unią Europejską. Tym bardziej że Francja obejmie niebawem rotacyjne przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej i zapewne, mocno zraniona w swej dumie (i równie mocno w interesach), będzie chciała się zemścić. Oczywiście nie aż tak, by narobić sobie jeszcze większych strat (na to politycy francuscy są zbyt profesjonalni i pragmatyczni), ale jednak. Na razie Paryż wezwał na konsultację swoich ambasadorów w Australii i USA.
Ostatnio Unia wydaje się trzymać asertywny kurs wobec Chin, bo te posunęły się za daleko w naruszaniu jej różnych biznesów. Świadczą o tym nie tylko niedawne deklaracje dotyczące nowej strategii wobec Indo-Pacyfiku, obejmujące choćby rozpoczęcie rozmów o umowie handlowej z Tajwanem czy inicjatywy infrastrukturalne, konkurencyjne wobec chińskiego Pasa i Szlaku. Także gesty natury wojskowej – jak choćby wysłanie na Morze Południowochińskie niemieckiej fregaty rakietowej (notabene, Josep Borrell oświadczył w czwartek wyraźnie, że Unia popiera częstszy udział jednostek flot krajów członkowskich w operacjach zapewnienia bezpieczeństwa i swobody żeglugi na wodach, do których pretensje roszczą Chińczycy). Czy Bruksela wytrwa w tej polityce, czy „odmrozi sobie uszy na złość babci” (a raczej „wujkowi Joe”)? Trudno zgadywać, acz wybór wariantu z odmrażaniem wydaje się bardzo mało prawdopodobny. Zwłaszcza że Amerykanie już wysłali sygnały, że chętnie zrekompensują urażonym Francuzom te marne 40 mld dol. z niedoszłego kontraktu na okręty podwodne. Stać ich.
Niezależnie jednak od perspektyw załagodzenia tego konkretnego sporu, strategiczne kursy USA i UE mogą się rozchodzić znowu coraz szybciej. Jak nie w odniesieniu do Chin – to na innych frontach. Tym bardziej że główny promotor i beneficjent niedawnego zbliżenia euroatlantyckiego, czyli Niemcy, mogą być przez kilka miesięcy bardziej skoncentrowani na kwestiach wewnętrznych (prawdopodobnie trudne negocjacje nad stworzeniem nowego rządu koalicyjnego po nadchodzących wyborach – i potencjalnie większy wpływ na politykę Berlina „amerykosceptycznej” lewicy oraz Zielonych).
To jednak akurat nie jest zmartwienie twórców AUKUS. Oni swoje ugrali, i mają dobre perspektywy na więcej.