Kilkunastu młodych mężczyzn leży w piątek rano w grubych śpiworach. Wielu z nich jeszcze śpi. Część z nich ma nowe – nie noszące śladów zużycia - maseczki. U tych, którzy nie zasłaniają ust i nosa na twarzach rysuje się grymas zmęczenia i znużenia.

Obstawieni są paczkami, torbami i pakunkami. Mają kilka rozstawionych namiotów. Za ich plecami leży sterta gałęzi, którą używają do palenia ognisk. Przestrzeń od strony polskiej jest już wypalona.

Grupa uchodźców znajduje się między dwoma szczelnie ustawionymi kordonami wojska i pograniczników. Z białoruskiej strony przed ewentualnym odwrotem zagradza im drogę białoruskie służy. Część z około dwudziestu mundurowych ma kaski na głowach, kamizelki, wyposażeni są w pałki. Inni uzbrojeni są w pistolety maszynowe. Stoją w milczeniu.

Reklama

Przejście na polską stronę zagradzają im żołnierze i funkcjonariusze SG. Wojskowi w hełmach na głowach, kamizelkach taktycznych. Niektórzy są uzbrojeni w pistolety maszynowe. Polscy pogranicznicy mają na wyposażeniu broń krótką. Polakom towarzyszy wojskowy samochód ciężarowy i bus.

Za polskim kordonem gromadzi się coraz więcej dziennikarzy i fotoreporterów. Są wozy transmisyjne głównych stacji telewizyjnych i radiowych. Do dziennikarzy przychodzą miejscowi mieszkańcy i fotografują się na tle sprzętu.

"Jeszcze do niedawna nikt nie wiedział o naszej wsi. Teraz stała się głośna. Chyba dzięki temu, że zjechało się tylu dziennikarzy i byli posłowie, w nocy nie wyłączyli nam światła" – mówi jedna z mieszkanek Usnarzu. Wyjaśnia, że już od kilkunastu lat na noc wyłączane są latarnie uliczne. "Wyłączają, żeby oszczędzić na prądzie" – dodaje.

Usnarz Górny to niewielka wioska leżąca za Krynkami, tuż przy granicy Białorusią. Przy przydrożnym krzyżu stojącym na początku wsi kończy się zasięg polskich sieci komórkowych i asfalt. Zaczyna się szutrowa droga, która następnie przechodzi w nawierzchnię z "kocich łbów".

We wsi znajduje się wiele opuszczonych drewnianych chałup. "Panie, jakby ci uchodźcy weszli do naszej wsi i zobaczyli, jak my tu skromnie żyjemy, to może by wrócili do siebie" – mówi ze wschodnim zaśpiewem w głosie jeden z gospodarzy.

Miejscowi przyznają, że zielona granica jeszcze kilkanaście lat temu była miejscem przemytu. "Przenosili tędy wódkę, papierosy, a od czasu do czasu przechodziło kilka osób, ale zawsze ich wyłapywała nasza Straż Graniczna" – opowiada starszy mężczyzna.